Krystyna Rodowska – Lekcja umiaru heroicznego

0
218

Krystyna Rodowska


Lekcja umiaru heroicznego


 

   Nigdy dotąd nie próbowałam porwać się na próbę opisania zjawiska poezji Julii Hartwig, z którą mierzyły się i będą mierzyć zastępy jej komentatorów i egzegetów. Od wielu lat jednak , na swój osobisty użytek śledziłam intrygujące przemiany języka tej poezji, od fazy naznaczonej surrealistyczną swobodą skojarzeń – zwłaszcza w prozach poetyckich – do dykcji coraz bardziej komunikatywnej i trzymającej się coraz bliżej konkretu. W trakcie tych moich czytelniczych przybliżeń zawsze dawała się wyczuć tajemnica rozpoznawalnej natychmiast tożsamości autorskiego ja, co zdarza się tylko w obcowaniu z wybitnymi poetami. Narastająca z biegiem czasu fascynacja żywiła się także mieszanymi uczuciami, graniczącymi z oporem wobec chłodnej przejrzystości języka, który – przy zauważalnej dynamice przemian –  trwa przy dykcji „ wysokiej”, eleganckiej i dostojnej, kwestionowanej nader często we własnej praktyce przez poetów młodszych generacji. Obserwując stałość w obrębie ewolucji,  nurt kontynuacji konfrontowany z otwieraniem się na nowe obszary doświadczania świata „ realnego „ i światów językowych – choćby poprzez wieloletnie uprawianie przez Julię Harwig przekładu poetyckiego –  dochodziłam stopniowo do wniosku, że to arcy-świadomy wybór estetyczno-etyczny obliguje Hartwig do powściągania nadmiaru emocji, do niedopuszczania bezpośrednio do głosu „ dzikości”  pewnych, niewyrażalnych stanów ducha,  które ta zadziwiająco zdyscyplinowana w bogactwie środków artystycznych Poetka zna z autopsji i potrafi tymże językiem prześwietlać po mistrzowsku. Oceniając twórczość poetycką Julii Hartwig wysoko, Czesław Miłosz nazwał ją „ poetką wykwintną”, która nie mówi wprost o nieszczęściach i ranach zadawanych jej przez życie, lecz „ znalazła sposób, żeby mówić o tym jakby okólnie, poprzez nazywanie zjawiających się przed oczami obrazów… jej głos jest równy, nie ścisza się do szeptu ani nie nasila do krzyku”

    Z wielogłosu poetów, publikujących na łamach miesięcznika „ Topos”, nr 3/4 , swoje hommages dla Poetki, wyłowiłam celne w swej paradoksalności stwierdzenie Macieja Cisły: „ Stateczna i ekstatyczna”. Wychodzi ono naprzeciw moim doświadczeniom odnajdywania w późnej poezji Julii Hartwig owego szczególnego, ujawnianego niezwykle dyskretnie napięcia między świadomością naporu treści niewyrażalnych a determinacją uładzania i „ ustateczniania” struktur językowych tak, aby spotkanie z czytelnikiem znalazło dla siebie wspólną przestrzeń. Na tej wspólnej przestrzeni, na komunikacyjnej funkcji poezji zależy jakby Poetce coraz bardziej, co jawi się jako konsekwencja obrania kierunku na „ zbiorowe drogi ludzkich mitów” – jak to sama określiła.

   Przy całym swoim niebagatelnym ekwipunku kulturowym, Julia Hartwig wychodzi najczęściej od  konkretnego obrazu , zawierza opisowi zauważonej czy zapamiętanej sytuacji, wychylając się ku zewnętrzności całą swoją wrażliwością i wyczuleniem na zmysłowy szczegół. Nie bez powodu tytuły jej ostatnich zbiorów poetyckich i felietonowych brzmią: Zobaczone, Pisane przy oknie, zmysł wzroku jest w nich najwyraźniej uprzywilejowany. Bardzo wiele jej wierszy powstało z inspiracji malarstwem, z którym obcuje chyba od zawsze. Nic dziwnego, że tak bliski tej poetce jest wspomniany już Czesław Miłosz, z jego apologią realizmu poetyckiego i determinacją trzymania się świata rzeczy widzialnych i dotykalnych, ze świadomością przy tym – wspólną także obojgu Poetom – bezradności słowa wobec ogromu ciemności i rzeczy niepojętych. W wierszu „ Medytacja” – z tomu  Bez pożegnania-  Julia Hartwig napisze o nim, ale także i o sobie:” Nie byliśmy dość godni albo zbyt pewni siebie/by chwytać się tematów które nas przekraczały/Musiał o tym wiedzieć skoro zachęcał do prostoty/i ostrzegał a nawet wyśmiewał podskakiwanie zbyt wysoko/ i zaglądanie bóstwu za kołnierz/Ale na próżno ostrzegał/bo pychą było już samo zajmowanie się sztuką”.

   Ironiczne, a właściwie autoironiczne spojrzenie autorki „ Medytacji” na demiurgiczne uroszczenia poetów, należy do stałych wątków w jej ostatnich książkach poetyckich; Poetka zdaje się nieustannie przypominać sobie i innym, że „ rzeczywistość jest, a nad nią nieznane i niezrozumiałe, którego pragnie, nie mogąc zrezygnować z niczego „ ( „ Pożegnania, przywitania, podziękowania”). Drugi człon tego zdania kładzie jednak nacisk nie tyle na absurdalność zajęcia poety, co na związane z nim nierozerwalnie rozdarcie i dramat świadomości. W ostatniej części tego samego utworu, Poetka, zwracając się do „ pięknych pań i panów” aby „ zlitowali się nad biedakiem, który chciałby napisać wiersz/ a nie wie jak to zrobić”, użycza niepostrzeżenie własnego głosu hipotetycznemu czy tez realnemu debiutantowi sztuki poetyckiej, którego najgłębsze rozterki są także wygrawerowane w jej własnej świadomości: „ Bodajbym sczezł/ nim los skaże mnie na hańbę/ podłego wiersza”. Zastosowany w poincie wiersza rodzaj męski uniwersalizuje wymowę ironii, odnosząc ją tyleż do oddanego na dobre i na złe Sztuce autorskiego ja, co do każdego poety. Skierowane przeciwko sobie i innym , zawieszone w trybie warunkowym przekleństwo, tak naprawdę ma walor zaklęcia, które ma podtrzymać w poecie – w każdym poecie! – wymóg artystycznego i poznawczego maksymalizmu. Czymże bowiem w istocie jest „ podły wiersz?” Nie brak w późnej poezji Julii Hartwig wyrazistych, a nawet ostrych sformułowań pod adresem  bełkotu, nieporadności języka „ poezji okruchów, obierzyn, odpadków, niejasnych akcji, nieprecyzyjnych słów, niedokończonych myśli, zwolnionej od wszelkiej piękności, usprawiedliwionej niechlujstwem” . Przede wszystkim jednak  Jej własne, całościowe myślenie o poezji, powołujące na swój niepowtarzalny użytek określoną poetykę, jest „ lekcją” wyboru wartości i konsekwentnego służenia im.

   To już bez mała przez pół wieku towarzyszy nam poezja Julii Hartwig. Autorka wielu zbiorów wierszy i próz poetyckich debiutowała późno, w roku 1956, tomikiem Pożegnania, ostatni zaś, wydany przez nią w roku 2OO4 tom, w latach niezwykłej, wręcz niespożytej płodności twórczej, nosi tytuł Bez pożegnania, co w wypadku poetki, tak świadomie realizującej swój projekt artystyczny, jest zapewne intencjonalnym nawiązaniem do początków poezjowania i postawionego przed sobą wówczas, albo nieco później celu wyrażenia Całości swego istnienia, owej ściganej z tomu na tom pełni rzeczywistości, z której pochwycić w sidła najbardziej nawet wyćwiczonego języka można jedynie strzępy i fragmenty.” Jak mdło widzieć wszystko wpół wykonane, wpół uratowane, wpół utracone i jeszcze tym umiarem się szczycić, z ułomności czynić cnotę, stawiać ją za wzór” – westchnie Poetka w Błyskach, oglądając się za siebie. W wielu tomach i wierszach, zwłaszcza tych z ostatnich lat, Hartwig utrwaliła świadomość porażki, niemożności zamknięcia w słowie obszarów Bytu, z czym z kolei nigdy się nie pogodziła i nie pogodzi. Owo zauważalne napięcie między niespożytą zachłannością pragnienia, by „ być wszędzie równocześnie, nie ruszając się z miejsca”, by w sobie jednej odmieniać mnogie punkty widzenia. – a świadomością nieprzekraczalnej bariery poznania i niechybnego kresu egzystencji wyposaża  poetycki świat Julii Hartwig w wymiar wewnętrznego dialogu, w opalizowanie  wielością nakładających się na siebie znaczeń i sprzeczności. I w tym sensie uwodzicielska dla jednych, irytująca  zaś być może dla temperamentów rozwichrzonych jasność i prostota  jej dykcji poetyckiej , przez które przebija „ jądro ciemności”, jest  w moich oczach lekcją umiaru nie do podrobienia, umiaru, który nazwałabym „ heroicznym”.

   Wielu krytyków, posługując się antynomią „ natura – kultura”, przypisywało poezję Julii Hartwig do tego drugiego członu. Utarło się niemal mówić o „ klasycyzmie” i o „ kulturowości”  tej Poetki.. Tymczasem powoływane do życia ad hoc antynomie mogą być traktowane wyłącznie jako myślowe protezy, próbujące ułatwić poruszanie się w gąszczu tajemnic tej tylko pozornie  klarownej poezji, w której językowi nie przyznaje się widocznej autonomii. Więc jak to jest z tą „ kulturowością”? W tomie Bez pożegnania, podobnie jak i w poprzednich, jest sporo wierszy odwołujących się do wszechstronnej znajomości literatury polskiej i obcej, zwłaszcza poezji, a także do malarstwa europejskiego i do muzyki. Poetka przywołuje postacie i losy Apollinaire’a, Josepha Brodskiego, Cézanne’a, Monteverdiego, próbę koncertu pod batutą Toscaniniego, komponuje poetycki portret-esej o Czesławie Miłoszu; zapraszając ich wszystkich w przestrzeń wiersza, sugeruje raz po raz, że są to osoby równie jej bliskie, obdarzane przyjaźnią, podziwem, oswojone w wieloletnim obcowaniu, co sylwetki drogich, niewidzialnych zmarłych, z którymi wierszem prowadzi bolesne rozmowy. Wiersze „ autobiograficzne”, wiersze o dzieciństwie spędzonym w Lublinie, o matce Rosjance, która nie wytrzymała ciężaru cudzoziemskości i odeszła przedwcześnie w śmierć, o ojcu-fotografie i najstarszym bracie, Edwardzie, który z „ fotografii uczynił dzieło sztuki”  , sąsiadują z wierszami o sławnych artystach, żyjących w różnych epokach, lecz równoczesnych w obrębie wyobraźni i pamięci. Czas przeszły i utracony owocuje rozumiejącym dopiero teraz tamte, minione sytuacje przypomnieniem. We wstrząsającym, składającym się z dwóch zdań wierszu „ Koleżanki”, Poetka zarysowuje w dramatycznym skrócie sytuację nieoczekiwanego spotkania z dwiema szkolnymi koleżankami – żydówkami, na granicy świeżo utworzonego getta.

   Kultura, oswojona przez żywy, najbardziej osobisty w niej współudział, wkracza raz po raz w sferę „ natury”, a dzieje się tak, dzięki „ czułości” instrumentów intelektu i empatii, których współbrzmienie zaciera sztuczne w świecie Hartwig podziały. W wierszu „ Pożegnanie ptaka” ostatni lot bociana z przetrąconym skrzydłem jawi się jako przejmująca, dramatyczna parabola pościgu za istnieniem pełnym, wbrew wszelkim ograniczeniom. Poetka – bezpośredni świadek tej sceny, lub poruszona do głębi czyjąś opowieścią jej narratorka-  komentuje całe wydarzenie: „ Biedne Ikarzysko! Nikt nie dostrzegł jego upadku/ Ani rolnik jadący na traktorze/ ani pasażerowie czarnej toyoty/ zajęci wymijaniem ciężarówki”. Migawka z anonimowych, codziennych dramatów dziejących się w świecie natury, podniesiona zostaje do rangi tragicznego uogólnienia, dzięki zabiegowi, którego dokonuje Poetka, polegającemu na interwencji skojarzeń kulturowych: na obraz bociana z niewygojonym do końca skrzydłem, który podjął ryzyko lotu, nakłada się sławny obraz Breughla „ Upadek Ikara”, dzięki czemu ptasi bohater tragiczny uzyskuje status antycznego herosa. Poetka, szukająca ścieżek porozumienia z innymi, korzysta w pełni ze swoich umiejętności mitologizacyjnych. W Poematach prozą, niczym malarka ze sztalugami,  portretuje wielokrotnie krowę, pojedynczą, tę właśnie krowę, zobaczoną „ oko w oko”, dociekając zarazem istoty „ krowiości” ( by sparafrazować „ sroczość” Miłosza). Pada poetycka definicja: „ Rodzimy sfinks. Pełen zagadek, mleka i bezmiernej cierpliwości” Zwyczajność została zmitologizowana w wariancie monumentalnym. Nie poprzestając jednak na nim, Poetka rozwija dalej jakże malarską analogię do ludzkiego świata: „ Teraz wygląda jak obojętna mieszczka obstawiona wazonami kwiecia w zielonym, pełnym przysmaków buduarze, sącząca tyzanę z ziół”. Innym razem, widok krowy przywołuje obraz „ kreolskiej dziewczyny”. Obrazowa inwencja idzie w parze z „ tęsknotą za symboliką trwałą”, taką, która rzuca światło na to, co efemeryczne , przypadkowe i ciemne.

   „ Jedyna sztuka której się uczysz, to sztuka pożegnania” – powiada we wcześniejszym tomie Czułość Julia Hartwig. W swoim ostatnim – jak dotąd – tomie , Poetka inicjuje pożegnanie, nie żegnając  się z nikim i z niczym. Nie żegna się także ze swoim najdawniejszym pragnieniem doświadczania pełni istnienia, również w jego niewyrażalnej grozie. Nie pociesza samej siebie ani innych, nie przemawia  z perspektywy krzepiącej wiary. Jej medytacja o czasie, emanująca niemal z każdego wiersza nie tylko tego tomu, przywołuje coraz częściej obraz niewyobrażalnej pustki, nieobjętej wzrokiem przestrzeni, która ją i wszystkich w końcu pochłonie. Obraz ten budzi trwogę, a trwoga paraliżuje, odbiera głos. Poetka broni się zaklinaniem czasu w jakiś mityczny bezczas z odcieniem wieczności, w którym to, co utracone jest wciąż obecne, dzięki misteriom odprawianym w języku. „ Łabędź będzie teraz płynął i płynął i żadna grobla nie będzie mu przeszkodą”( „ Łabędź”). Pożegnania nie będzie także i dlatego, że poezja, ten „ cień cienia” aspirujący do bycia samą rzeczywistością, bywa obdarzana łaską długiego trwania, a wtedy staje się tak czy inaczej obecna w głosach poetów następnych pokoleń, jako punkt odniesienia, pogłos, czy ukryty dialog. Tak się dzieje choćby w „ Balladzie ulicznej”, w której Poetka kontrapunktuje zaszyfrowaną w drogich Jej imionach emocję zabawą z rytmem i słownictwem romantycznego pierwowzoru, co daje w efekcie rozpoznawalny pogłos Mickiewiczowskiej ballady: „ Dzieweczka była szalona/ ktoś znalazł w zaułku jej trupa / Armandzie, Janie, Stefanie/ nie płynie stąd żadna nauka”. . Lekkość i umiejętność zabawy nie tyle  egzorcyzmują tragizm istnienia ( tu nie ma mocnych!), co są w stanie go uwiarygodnić. I na tym także polega siła „ lekcji heroicznego umiaru” Julii Hartwig.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko