Bohdan Wrocławski rozmawia z Wacławem Holewińskim (17)

0
134

Bohdan Wrocławski rozmawia z Wacławem Holewińskim (17)

 

Aleksander GierymskiI tak, Panie Wacławie, doszliśmy do tego momentu, w którym musimy porozmawiać o tym, co wewnątrz i o tym, co na zewnątrz. A może o stosunek jednego do drugiego.

Wielki George Bernard Shaw, wśród wielu cudownych myśli, zostawił nam i taką:  “Człowiek rozsądny dostosowuje się do świata. Człowiek nierozsądny usiłuje dostosować świat do siebie. Dlatego wielki postęp dokonuje się dzięki ludziom nierozsądnym”. Każdy z nas stawał kiedyś przed takimi wyborami, najtrudniejszymi wyborami życia, kiedy to rozsądek mówił stań, a pragnienie krzyczało – biegnij! Czy często Pana dotykała, lub dotyka ta „cienka, czerwona linia”?

 

Pewnie parę razy mnie dotknęła – pierwszy raz dawno, dawno temu  kiedy na przykład zamiast „pójść” w teatr studencki albo w traktowane serio taternictwo, alpinizm, poszedłem w działalność opozycyjną. Nie wiem czy bym się sprawdził jako taternik ale spróbowałem, miałem taką szansę.Potem przyszło jakieś ostrzeżenie, wezwali mnie na przesłuchanie, posadzili na 48 godzin, znów mogłem zrezygnować, wybrać inną drogę, starać się albo o karierę prawniczą, albo pójść w działalność naukową – nie prawniczą, historyczną. Wszystkie późniejsze wybory były konsekwencją tych wcześniejszych. Z perspektywy czasu myślę, że już za wielu możliwości korekt nie miałem. Więzienie jedno, drugie, jakieś ciągłe przepychanki między strachem, a odwagą – wie pan, to już był mój fach. Taki los, ani lepszy, ani gorszy – i mówię to zupełnie szczerze – od innych. Jakaś ścieżka życia. Szczęśliwie dokonywałem dobrych, uczciwych, przyzwoitych wyborów. W czasach spokojniejszych, po ‘89 roku takim krótkotrwałym dylematem była natychmiastowa – po zdanych egzaminach – rezygnacja z prokuratury ewentualnie sądu, bo te aplikacje są równoważne, a co za tym idzie dosyć spokojnym, w miarę zamożnym życiem, bo – to pewne – gdybym został w prokuraturze lub sądzie, kilka lat później odszedłbym do adwokatury. A potem rezygnacja z wydawnictwa i moje pisanie. Ryzykowne. Przecież nic się nie musiało udać, mogłem być jednym z wielu tysięcy piszących, który – gdzieś tam w głębi duszy jest przekonany, że świat się nie poznał na jego talencie. Mogła być frustracja, zniechęcenie, poczucie odrzucenie. Ale wie pan, ja często mam poczucie, że jestem trochę takim dzieckiem szczęścia, żyję dosyć wygodnie, nigdy nie miałem grosza długów, mam nadzieję, że nikogo specjalnie nie skrzywdziłem, nie choruję. Nie mam wielkiego parcia na sukces – wiem, że nie należy się nim szczególnie ekscytować, tak jak nie należy szczególnie przeżywać porażek. Generalnie los się do mnie uśmiecha i trudno mi mieć do niego pretensje. Może poza moim życiem rodzinnym – to też zaszłości podziemne ale i kwestia charakteru. Pewnie nie jest ze mną łatwo żyć.

Więc tak, zgodnie z definicją Shawa pewnie jestem nierozsądny, nie zabezpieczam sobie przyszłości, nie zastanawiam się jak będzie mi się żyło za dziesięć, piętnaście lat, dzięki temu nierozsądkowi sporo udało mi się w życiu zrobić i pewnie jeszcze sporo się uda. Taką mam przynajmniej nadzieję.

 

Kilka lat temu ustami ministra Boniego rząd ogłosił Pakt Dla Kultury (można do dziś przeczytać go w naszym tygodniku). Jak zwykle prasa uczyniła stosowny szum propagandowy, w kinie Kultura na Krakowskim Przedmieściu ustawił się rząd artystów, celebrytów i twórców aby w promieniach sławy z licznie ustawionych kamer, uczestniczyć w kilkudniowej imprezie. Było tam wielu prezesów stowarzyszeń twórczych w tym także i urzędujący obecnie prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Nieliczne głosy mówiących, że jest to jeszcze jedna, propagandowa hucpa rządu, skutecznie zagłuszali cmokierzy. Także i ci z kręgu towarzyskiego bliskiego Panu. Argumentowano, że rząd raz mówi o zielonej wyspie, by za chwilę twierdzić, że mamy kryzys, aby w kilkanaście godzin później zapewniać o tym, iż jesteśmy najszybciej rozwijającym się krajem w Europie. Według podpisanego paktu, rząd na kulturę miał przeznaczać 1%. I stało się to, co się stało – w następnym roku budżet na kulturę został obniżony. Chcę Panu zadać pytanie, który z prezesów związków twórczych prawidłowo odczytał propagandę rządową i w niej nie uczestniczył?. I jeszcze jedno, czy Pan brał udział w tej szopce i co Pan dziś o tym wszystkim sądzi?

 

Zacznę od końca – szczęśliwie, chyba użył pan właściwego określenia, nie brałem udziału w tej szopce. Od pierwszego dnia, od chwili gdy poznałem założenia i paktu, i ludzi, którzy byli jego inicjatorami nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Pakt ze strony Stowarzyszenia Pisarzy Polskich podpisał prezes – Sergiusz Sterna Wachowiak, którego lubię i jakoś cenię ale jednocześnie człowiek, w moim najgłębszym przekonaniu, mocno naiwny, wierzący w dobra wolę organizatorów tej hucpy. Będąc wówczas wiceprezesem SPP głośno o tym mówiłem i przestrzegałem przed wchodzeniem w jakikolwiek układ z władzą. I nie chodzi o ten konkretny rząd, nie chodzi o Tuska – choć być może to dla kultury najgorszy z rządów po ’89 roku. Rządy w Polsce mają to do siebie, że najlepiej czują się w błysku fleszy, w świetle kamer. Są gotowe na każdy gest, który doda im jakieś punkty w sondażach albo ustawi jakąś grupę społeczną po ich stronie.

 

Kilka dni temu Rafał Grupiński, szef Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej uznał obecnego ministra kultury za najlepszego ministra w tym resorcie od ćwierćwiecza…

 

Rafał, z którym miałem bardzo dobry kontakt jako z moim wydawcą, jako polityk odleciał. I fruwa, fruwa… Co więcej – zdradzę trochę kuchnię – w poprzedniej kadencji udaliśmy z Sergiuszem Sterną Wachowiakiem do URM-u, w którym pracował wówczas Grupiński interweniować w sprawie dotacji dla SPP. Przy nas wykonał telefon do Zdrojewskiego, umówił się, a potem tak mi sprawę relacjonował: “wiesz, jeszcze nie spotkałem takiego ministra, który jednym uchem przyjmuje twoje wiadomości, a drugim je natychmiast usuwa”… najlepszy minister kultury od 25 lat… Rozdwojenie jaźni, schizofrenia? Nie, polityka.

Nie brałem, jak powiedziałem, udziału w żadnych pracach dotyczących Paktu dla kultury, ale brałem udział w Kongresie Kultury Polskiej w 2009 roku w Krakowie gdzie po raz pierwszy zgłoszono postulat 1% na kulturę w budżecie. Problem w tym, że na tym Kongresie, dla mnie zdumiewającej imprezie, nikt z sali nie mógł zabrać głosu. Nikt! Komitet Organizacyjny arbitralnie przygotował listę prelegentów, panelistów, także listę postulatów.

 

Po co Pan tam pojechał?

 

Dziś sam się dziwię. Może miałem nadzieję, że gdzieś poza salą uda nam się dogadać z ludźmi z innych stowarzyszeń. Ale nie było na to szans, wszystko było dobrze wyreżyserowane, zaplanowane.

Ale kiedy pan pyta o Pakt dla Kultury muszę jednak dodać, że dosyć długo brałem udział w pracach nad projektem nowej ustawy medialnej przygotowywanym przez Obywatelski Komitet Mediów Publicznych, który później, w tym Pakcie znalazł się jako deklaracja, punkt wyjścia do pracy nad nową wersją ustawy medialnej. I też – niestety – mam wrażenie, że byliśmy sterowani przez grupę osób związanych z Maciejem Strzemboszem, Jackiem Żakowskim, Agnieszką Holland.

 

Dlaczego akurat przez nich?

 

Być może wynika to z naszej ignorancji, małej wiedzy, słabego zorganizowania środowiska pisarskiego. A może też z tego powodu, że to środowisko filmowców ma po prostu pieniądze na analizy, na zatrudnienie prawników, etc.

Ale – na dziś i premier i minister kultury z tego 1% łatwo się wytłumaczą. Mają jeszcze czas – przecież ten 1% ma być od 2015 roku. I nie jest to w moim odczuciu data przypadkowa. Ten 1% spadnie przecież na nowy rząd.

 

Rząd malutkiej Litwy przeznacza kilka razy więcej pieniędzy na stypendia literackie niż rząd naszego kraju. Kryteria przyznawania dotacji na cele kulturalne są dla wielu zupełnie nieczytelne, pisma, które należy złożyć do odpowiedniej, anonimowej komisji zagmatwane do tego stopnia, że wyznaczany jest przez MKiDZN drugi termin na ich poprawki a malutki błąd eliminuje nieraz wartościowe inicjatywy już na samym progu starania się o dotacje. Środowiska  twórcze są zatomizowane przez zaszłości historyczne, nie potrafią się porozumieć w podstawowych sprawach, dajmy na to socjalnych swoich członków. Nie mówię już o komisjach zagranicznych i dziesiątkach innych. Wszelkie argumenty za wspólnym działaniem choćby w kilku podstawowych dla egzystencji członków sprawach, wspólnych imprezach są zbywane jak w mocno pokłóconym małżeństwie takim powiedzeniem – a bo wie pan oni kiedyś… Czy widzi Pan w tym jakiś rozsadek, czy jest to całkowity lub częściowy odjazd od rzeczywistości zgodnie z zasadą my sobie oni sobie?

 

Nie ma, panie Bohdanie, między nami zgody. Ale po kolei, od rzeczy najważniejszej. Powiedzmy sobie prawdę – Stowarzyszenie Pisarzy Polskich powstało z jakiegoś powodu. Nie dla widzimisię ale dlatego, ze w roku 1983 władze stanu wojennego rozwiązały legalnie działający Związek Literatów Polskich, a w jego miejsce grupa uzurpatorów, kradnąc nazwę, utworzyła związek, z którym nikt z przyzwoitych pisarzy nie chciał mieć nic wspólnego. Po latach okazało się zresztą, ze większość z tych uzurpatorów była współpracownikami bezpieki, co więcej niektórzy z nich do dziś nie widzą w tym niczego zdrożnego. Więc chciałbym zadać pytanie, pytanie retoryczne: dlaczego mam być w tym samym związku z ludźmi, którzy donosili, krzywdzili moich kolegów pisarzy i nie stać ich do dziś na żadne słowo przeprosin? W moim odczuciu, zanim rozpocznie się jakiekolwiek rozmowy o wspólnych działaniach, należy jednak rozwiązać sprawy przeszłości. Nie ma rozmowy o szczegółach bez załatwienia imponderabiliów.

Druga sprawa. Jak pan wie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich jest dosyć trudno się dostać, są bardzo jasne, sztywne kryteria. To, co dzieje się w ZLP w tym zakresie woła o pomstę do nieba. Kilka lat temu kiedy wypłynęła sprawa haniebnej przeszłości prawie całego Zarządu Głównego ZLP część ludzi z tego Związku postanowiła z niego wystąpić i przystąpić do SPP, bo przecież – i to dla mnie nigdy nie ulegało wątpliwości – są tam ludzie, zwłaszcza młodzi, bezwzględnie uczciwi. Problem w tym, że jeśli ktoś nie był członkiem ZLP przed jego rozwiązaniem – tacy ludzie według statutu SPP z automatu mogą zostać członkami SPP – musi przejść normalną drogę kwalifikacyjną. I otóż wtedy postanowili przystąpić do SPP członkowie całego oddziału ZLP. Problem w tym, że Komisja Kwalifikacyjna zarekomendowała przyjęcie… dwu osób. Więc drugie moje pytanie: dlaczego mam być w jednym związku z grafomanami? Nie jestem przekonany, że to dobra droga.

Sprawa kolejna, w swoim pytaniu zawarł pan sugestię, że gdyby oba związki potrafiły się dogadać to bylibyśmy bliżej w rozwiązywaniu na przykład spraw socjalnych naszych członków. To zupełne nieporozumienie. Po pierwsze: czy pan wie, że obecny minister kultury, to pierwszy taki przypadek chyba od ’45 roku ani razu nie spotkał się z Prezesem ani SPP, ani – z tego co wiem ZLP. Raz jeden spotkał się z członkami PEN Clubu. Jeden raz na prawie siedem lat. To pokazuje stosunek pana ministra do pisarzy. Po wtóre od dawna pisarze są traktowani jak wytwórcy gwoździ, sprzedawcy mydła, kierowcy taksówek. Nie ma czegoś takiego jak ubezpieczenia dla twórców – zostaliśmy potraktowani na równi z innymi, mamy prowadzić zwykłą działalność gospodarczą i płacić dokładnie takie same stawki. Liczy się kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Pisarz czy hydraulik – wpływ do budżetu ma być taki sam. Po trzecie: związki twórcze muszą składać dokładnie takie same jak inne organizacje wnioski o dofinansowanie swoich imprez – czy będą dwa związki pisarzy, czy jeden nic się tu nie zmieni. Nic! Będziemy rywalizować z Fundacją Bęc Zmiana, z inną, która chce srebrną taśmą okleić samolot LOT-u o nazwie /bodaj/ Chopin, z dziesiątkami innych projektów, z których – to jest moje przekonanie potwierdzane praktyką – dla ministerstwa liczy się wyłącznie medialność. Po czwarte: stypendia. Nie bardzo wiem co miałoby się zmienić przy jednym związku. Kryteria ustala ministerstwo i nie mamy nic do gadania.

Bo tak naprawdę, panie Bohdanie to nie związki czy stowarzyszenia twórcze powinny dbać o sprawy materialne swoich członków. To jest rola dla związku zawodowego. W moim odczuciu obejmującego wszystkie zawody twórcze. Jakiś czas temu – pewnie z pięć lat temu, padł pomysł w Zarządzie Głównym stworzenia takiego związku zawodowego. Jasno chce zaznaczyć – nie ja byłem pomysłodawcą. Ale w przeciwieństwie do wielu kolegów mam siłę i energię aby ostro brać się do realizacji takich pomysłów. Wraz z kilkoma kolegami, radcami prawnymi, adwokatami przygotowaliśmy statut takiego związku. Dokument gotowy do rejestracji. I… i koniec. Po paru miesiącach od pomysłu, Zarząd Główny SPP nie był już zainteresowany sprawą.

Poruszmy jeszcze sprawę, która – wiem to z naszych rozmów – bardzo pana boli. Warszawska Jesień Poezji, najstarsza impreza poetycka organizowana w Polsce, która pewnie umrze w tym roku – z braku dotacji – śmiercią naturalną. Wyjaśnijmy sprawę – organizatorem festiwalu, który miał 42 edycje, od zawsze było ZLP. Także to powołane przez władze stanu wojennego. SPP się do tego nie mieszało. Pan nas namawia abyśmy teraz ratowali tę imprezę razem z ZLP w imię wyższych wartości. A ja się pytam, dlaczego mamy to robić? Wie pan, ja mam taką zasadę: robię to, na co mnie stać. Skoro nie można zrobić festiwalu międzynarodowego – robię krajowy. Nie chcą dać pieniędzy na hotele? Przenocujmy uczestników u nas w domu. Nie ma nagród? Trudno, musimy się zadowolić słowem. Nie ma pieniędzy dla organizatorów? Trzeba pracować za darmo. Takie kryteria przyjęliśmy w SPP – w dużej mierze za darmo – wraz z trzema innymi osobami – robimy Biesiady Literackie – nasi goście, jeśli nie są z Warszawy, nocują w naszych domach, z kilkorgiem innych zacząłem w ubiegłym roku robić przegląd filmów o pisarzach „Pisarz też człowiek” – w listopadzie będzie jego druga edycja. SPP prowadzi – tez za darmo szkołę pisania. W Radiu Wnet z Markiem Ławrynowiczem robimy za darmo godzinną audycję literacką. Da się? Da. Więc skoro ZLP zawłaszczyło Warszawską Jesień Poezji – niech ją robi za darmo, być może w skromniejszym wymiarze, inną, może ze zmienionymi kryteriami ale niech nie udaje, że tej imprezy nie da się zrobić. Da się – mamy salę w Domu Literatury, są poeci, którzy chętnie wystąpią. Czego trzeba? Energii i chęci bezinteresownego działania. Po prostu. Jeśli tego nie ma – znaczy, że impreza nie jest potrzebna, ze musi zakończyć swój żywot. Czasami tak bywa. I ja płakać nie będę.

 

Panie Wacławie, ekumenizmu w tym nie ma za wiele. Upadnie, to upadnie. SPP sobie rzepkę skrobie, ZLP sobie siedzi i wierszyki zawija. My cacy, oni be. oni cacy my be. Ludzie, skąd się w przyrodzie bierze takie kur…. zapytał kiedyś Zdzisiek Maklakiewicz w jednym z filmów, nie pamiętam tytułu, ale wiem bo w nim grał Sted. Skąd? Gdyby Pan dostawał listy od starych pisarzy, pisarek, kiedyś znanych, których książki zapewne Pan czytał, listy, w których toczy się dramat ludzi osamotnionych na granicy ubóstwa, nie mających na czynsz, którym wyłączono prąd… Widzi Pan, ja takie listy czasami dostaję do redakcji i proszę mi nie mówić, że jest opieka społeczna, bo ci ludzie nie są raczej tymi, którzy do tego miejsca udadzą się po pomoc. Aktorzy mają swój dom pod Warszawą. To dobrze, że czasami godzą się przyjmować tam członków ZLP i SPP, bez wyjątku na stan wojenny, przynależność partyjną, czy też nie. Mogę o tym pisać, bo nigdy nie zababrałem sobie życiorysu żadnym PZPR-em ani innym dziadostwem, ale mogę też apelować do Waszych sumień, abyście powołali wspólną komisję socjalną, która będzie starała się pomagać ludziom starym, bezbronnym. Jak? Najpierw ją wspólnie powołajcie, zróbcie coś, co będzie ważniejsze od partykularnych interesów obu zwaśnionych organizacji. I tu i tam są ludzie mądrzy i szlachetni i tu i tam są ci którzy latali do PZPR-u i do niego należeli. A co może jest inaczej, Panie Wacławie?

 

Tak, panie Bohdanie, jest kompletnie inaczej. Pan wciąż operuje pojęciami – przepraszam ale musze to Panu wytknąć – PRL-u. Komisja socjalna, proszę mnie dobrze zrozumieć, zgadzam się ze wszystkimi argumentami o potrzebie pomocy starszym pisarzom, którzy nie wyciągną ręki, a pomocy potrzebują – ma sens wówczas, gdy ma możliwości, rzeczywiste możliwości pomocy. Mówiąc wprost: jeśli ma pieniądze. Ani SPP, ani ZLP nie SA w żaden sposób dotowane z budżetu, nie dostają na swoją statutową działalność ani złotówki. Jedyne pieniądze, które otrzymują – a z nimi jeszcze PEN Club – to pieniądze z Fundacji Domu Literatury, fundacji zarządzającej prócz naszej wspólnej siedziby Astorią w Zakopanem i pałacykiem w Oborach. Te pieniądze ledwie, ledwie wystarczają na pensje naszych sekretarek. Reszta idzie na – nie ma co ukrywać konieczne remonty infrastruktury. Więc niby z czego SPP albo ZLP ma pomagać. Ze składek członków? Bez żartów. Składki to jest 10 złotych miesięcznie, przy czym 80 procent naszych, a przypuszczam, że w ZLP jest podobnie, tych składek nie płaci. To zresztą szerszy problem. W obu związkach jest – to nie są ścisłe dane – mniej więcej trzy tysiące osób. Ile z nich wykazuje się jakąkolwiek aktywnością, nawet taka na poziomie przyjścia na imprezy organizowane przez kolegów? Dziesięć procent? Czy Pan wie, że warszawski oddział SPP nie jest w stanie obsadzić wszystkich miejsc, które mu przysługują na Zjeździe SPP? Nie jest bo na warszawskim zjeździe pojawia się trzydzieści, maksimum czterdzieści osób – wszyscy z urzędu zostają delegatami. Wracając do pańskiego pytania – tu nie ma prostej zależności: powołacie wspólną komisję socjalną i będzie lepiej. Nie będzie – z biedy plus biedy nie ma bogactwa. Co więcej nawet połączone związki pisarzy nie dają najmniejszej szansy na to, że – przy obecnych działaniach ministerstwa – że ich wpływ na urzędników będzie lepszy. Nasza SPP-owska komisja socjalna błaga i żebrze – generalnie z marnym skutkiem – o jakieś zapomogi, przygotowuje jakieś paczki świąteczne dla najbardziej potrzebujących i… i tyle. Czasami udaje się coś wywalczyć, częściej nie. Jaka jest recepta? Dopóki rządzący naszym krajem nie zrozumieją, że twórczość to jest jednak szczególny rodzaj działalności, aktywności ludzkiej – działalności, w której efekt najczęściej nie jest przeliczalny na złotówki – będzie tak, jak jest. Możemy oczywiście próbować wpływać na zmianę mentalności rządzących, już o tym pisałem – konieczne do tego jest znacznie szersze porozumienie. Albo związek zawodowy skupiający wszystkie zawody twórcze, albo jakiś rodzaj federacji związków i stowarzyszeń twórczych i wspólne negocjowanie uprawnień i zawodowych, i socjalnych dla wszystkich. Nie ma innej – w moim odczuciu – możliwości. Czy do takiego porozumienia dojdzie? Nie wiem, nie mam na to wpływu, ale i szczególnej nadziei – to rola Zarządu Głównego SPP – a i innych stowarzyszeń.

 

Cudowny Gustaw Herling Grudziński rzekł sobie kiedyś, że konfrontacja marzeń z rzeczywistością wypada zawsze korzystniej dla marzeń. Z tego o czym mówimy wynika zupełnie co innego. Albo Herling Grudziński się pomylił, albo rzeczywistość brutalna niezbyt często skrobała w jego drzwi, a powiedzenie ma sens wtedy, kiedy wyobraźnia kompletnie ignoruje rzeczywistość zastępując ją marzeniami. Z całą pewnością może uszlachetniać to człowieka, wypełniać jego wnętrze tym, co jest w nas najwznioślejsze. To tak w kontekście naszej obecności w życiu publicznym, społecznym w kontekście tego, co się ostatnio dzieje z całą naszą kulturą; bibliotekami, malarzami, pisarzami, domami kultury, powszechną obecnością ludzi sztuki w życiu publicznym. 

Nie odpowiedział Pan na moje pytanie, czy wie Pan kto zignorował zaproszenie do uczestniczenia w hucpie zwanej Pakt Dla Kultury, kto nie dał się nabrać na agitkę polityków? Podpowiem Panu i naszym Czytelnikom – to był Marek Wawrzkiewicz, prezes ZLP. Udało mu się być dwa razy u ministra Zdrojewskiego i rozmowy obu panów nie były kurtuazyjne. To też w nawiązaniu do tego, że prezes SPP Sterna – Wachowiak nie miał tyle szczęścia aby z ministrem odbyć spotkanie, czytaj spotkać się po to, aby każda z stron została przy swoim. A ja, Panie Wacławie, pamiętam czasy, kiedy ministra kultury można było spotkać na obiedzie w ZLP lub wieczorem na wódce w SPATIFIE, usiąść z nim przy stoliku i pogadać o wszystkim.

 

Ja tych czasów, nie byłem przecież wówczas członkiem żadnego stowarzyszenia twórczego, nie pamiętam. A i obiadów w ZLP nie jadałem. Za wódką też nie przepadałem. Jeśli jest tak, jak pan twierdzi, że Wawrzkiewicz nie dał się nabrać na żaden „pakt dla kultury” to uznanie dla jego przenikliwości. Tyle, że… no cóż, ja się tez nie dałem nabrać. Ani on genialny, ani ja, to po prostu trzeźwa ocena sytuacji. Mówi pan, że dwukrotnie przyjął go minister. Czego ma to dowodzić? Większej siły przebicia niż Sterny Wachowiaka, prezesa SPP? Panie Bohdanie, myśmy – mówię myśmy, bo działo się to za mojej kadencji, gdy byłem wiceprezesem Stowarzyszenia – poszli normalną drogą. Zadzwoniliśmy do sekretariatu ministra i poprosiliśmy aby nas przyjął. Okazało się, że Zdrojewski, ten „najlepszy minister kultury od 25 lat” nie ma dla nas czasu. Nie miał przez rok, dwa lata, trzy… Swoją drogą, wie pan kto był dla pisarzy najlepszym ministrem kultury od 25 lat? Pewnie by pan nie zgadł. Dejmek. A wie pan dlaczego? Bo kochał książki, bo czytał ich nieprawdopodobną ilość i miał ogromny szacunek dla ludzi, którzy je tworzyli. Miał za to w pogardzie aktorów i filmowców i… i dla nich zapewnie nie był najlepszym ministrem. To oczywiście jakaś kompletna bzdura, żeby tej czy innej grupie artystów było lepiej lub gorzej z powodu upodobań ministra. Nie wiem w jaki sposób Wawrzkiewicz „załatwił sobie” te spotkania, może miał szczęście, może jakieś dojścia, może Zdrojewski uznał, że jego przyjmie, a Sterny Wachowiaka nie. Nie wiem. Ale jest jednak symptomatyczne to, że przez siedem lat trwania rządu Tuska, jego minister kultury przyjął jednego prezesa dwa razy, a drugiego ani razu, to pokazuje kompletny brak zainteresowania ze strony resortu, którym kieruje sytuacją tego środowiska. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

A co do Herlinga, jednego z moich ukochanych pisarzy – rzeczywistość dosyć często i skutecznie skrobała do jego drzwi. Mógłbym na to odpowiedzieć w sposób najprostszy: kiedy umierała moja 94-letnia wówczas babcia, siedziałem przy niej w szpitalu, powiedziała do mnie: synoczek, świat jest taki piękny, jakże chciałoby się jeszcze pożyć. I niezależnie od wszystkiego, od wszystkich strapień, zmartwień, cierpień, niedostatków on jest piękny. Właśnie dlatego, że możemy mieć marzenia.

Panie Bohdanie, był pan na ostatniej  Biesiadzie literackiej, którą prowadzę wraz z Markiem Ławrynowiczem i Piotrem Müldnerem-Nieckowskim, słuchał pan fantastycznych naszych gości Andrzej Brzoski, prof. Małgorzaty Marcjanik, Piotra Matywieckiego. Każdy z tej trójki, a i Piotr Wojciechowski czytający po nich swój felieton, może być ozdoba każdego europejskiego, a i światowego salonu. Nie chcę aby zabrzmiało to jakoś górnolotnie ale dla mnie to są chwile marzeń i szczęścia. To, że mogę znać takich ludzi, mieć z nimi kontakt, słuchać, uczyć się, że sam coś od siebie mogę dać ludziom, którzy nas słuchają.

Czasami sobie myślę, że błąd naszego państwa po ’89 roku to przede wszystkim błąd strategiczny, błąd przy określaniu priorytetów. Nigdy nie zgadzałem się z hasłem, że najpierw gospodarka. Najpierw powinno iść prawo, zaraz za nim gospodarka. I przestrzeganie tego prawa z żelazną konsekwencją. I nie mam wątpliwości, że ludzie kultury – i przecież nie tylko oni – z pokorą jakoś by wytrwali poczekaliby, na lepszy czas. Tyle, że zobaczyli zupełnie inna twarz tego państwa, państwa dla wybranych, swoich, tych lepszych, państwa, które się od nich odwróciło, państwa, które zawiodło nadzieje tych wszystkich, albo prawie wszystkich, którzy poświęcili kawał swego życia dla wywracania porządku, w którym przyszło im żyć za Bieruta, Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego.

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko