Andrzej Walter – Europa chce spać

0
60

Andrzej Walter

 

 

Europa chce spać

 

 

   Skończył się czas sielanki. Siedemdziesiąt lat pokoju możemy potraktować jako czas przeszły. Intelektualiście XXI wieku nie wypada stać bezczynnie. Powinien przyjrzeć się bliżej zachodzącym przemianom oraz kierunkowi, w którym podąża świat. Przydatnym narzędziem takiego planu percepcji może okazać się zwyczajna lektura. Jakiś komplementarny przegląd prasy oraz publicystyki społeczno-politycznej. Możemy do tego dodać summę doświadczeń życia, lektur już przeczytanych, wiedzy historycznej oraz oceny mentalności narodów wraz z wniknięciem w ducha czasów.

 

   Wnioski – choćby błędne, bądź mało sprawdzalne – powinny wznieść się ponad wszelkie podziały. Nie jest to łatwe i siłą rzeczy zawsze naznaczone będzie subiektywizmem postrzegania, ale można spróbować tego uniknąć, czy ograniczyć ów subiektywizm do minimum. Mamy całą listę faktów oraz obserwacji, których nie wolno pominąć. Jakie to fakty?

 

   Najważniejszym z nich jest dogłębny kryzys, jaki spotyka dziś Europę Zachodnią. Nie jest to kryzys ekonomiczny, choć może to tak z pozoru wyglądać. Kryzys, który mam na myśli, jest kryzysem wartości, redukcją źródeł tych wartości, odcinaniem korzeni oraz tożsamości europejskiej rozumianej religijnie, narodowo i patriotycznie. Niestety dożyliśmy czasów, kiedy takie spojrzenie celowo utożsamia się z szowinizmami oraz nacjonalizmami, czy też fałszem spojrzenia religijnego, również perfidnie używając sofistycznych argumentów historycznych. Na piedestale staje człowiek oświecenia, jednostka cechująca się dumą człowieczeństwa i brakiem pokory wobec świata.  Działania te są zharmonizowane oraz precyzyjnie zaplanowane, a ludzi zwracających na to uwagę wkłada się na półkę nihilistów, czy w najlepszym razie szkodliwych wyznawców teorii spiskowych. Rzecz jasna nie ma to z takim oglądem nic wspólnego, lecz piewcom nowego świata wybitnie przeszkadza, co w efekcie powoduje zakłócanie wprowadzanej propagandy. Tak właśnie. Przecież my ewidentnie żyjemy w czasach propagandy. Jej dozowanie bywa zróżnicowane, zależnie od możliwości, okoliczności czy stylów (narodowych) działań. Generalnie jednak celem podstawowym jest unicestwienie tożsamości i tradycji chrześcijańskich. Wykreślenie po prostu całych epok i doświadczeń z życia człowieka. Odarcie go z wymiaru duchowego, wszelkiej transcendencji oraz jakichkolwiek poszukiwań Boga czy innej Siły Sprawczej. Dotarliśmy do czasów marności nad marnościami, choć szczycimy się takimi gigantycznymi osiągnięciami w zakresie praw człowieka, czy w ogóle całych tomów spisanych praw, które dane są nam dla naszego dobra. To oczywiście dobro rozumiane lepiej niż rozumie to jakakolwiek jednostka, co nieuchronnie upodabnia nasze czasy do czasów lansowania faszyzmu czy marksizmu. Sądzę, że kto podobieństw takich nie widzi, to zwyczajnie widzieć ich nie chce, w swoim  oszołomieniu walki o nowy, lepszy świat. Pytanie tylko – dla kogo będzie on lepszy.

 

   Piszę to wszystko jako refleksję „na marginesie” wydarzeń wschodnich. Bo świat się dziś wyjątkowo i sieciowo skurczył, zglobalizował i nasączył łatwym, szybkim i bezpośrednim kontaktem ponad pozorną od siebie odległością. W ramach jednej nocy możemy znaleźć się na drugiej półkuli, a narzędzia komunikacji pozwalają być ze sobą, prawie że, namacalnie. Nie można w tym kontekście powiedzieć – a co nas obchodzi jakiś tam Krym.

 

   Oczyszczenie stanu ducha Zachodniej Europy spowoduje wojna u jej bram, a jeśli i to nie będzie wystarczającym wstrząsem, spowoduje to z czasem utrata poczucia bezpieczeństwa i jednoznaczny koniec czasów pokoju. Europa jest zmęczona. Europa chce spać. Wypaliła się jej formuła, którą poddawano jako bezdyskusyjną i zapewniającą tylko dobrobyt, rozwój i pokonywanie kolejnych technologicznych barier. Człowiek pozostanie człowiekiem i nigdy nie pozbędzie się duszy oraz swoich ludzkich cech. Ta konstrukcja – antropologiczna – jest ponad konstrukcjami prawa i demokracji, czy tego chcemy, czy nie. Europa była godnym grzechu projektem, ale ów projekt poszedł zbyt daleko w swoim wymiarze dekonstrukcji ducha i jest dziś naznaczony ideami lewicowymi, negującymi z natury wymiar chrześcijański. To pozostanie drogą donikąd, choć zabrzmi to obrazoburczo w świetle długich lat promowania laickości. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie chciał państwa wyznaniowego, czy narzucania wiary siłą. To w Europie od czasów Oświecenia stało się wyborem prywatnym. Jednak cały konglomerat wartości, jakie niosło za sobą chrześcijaństwo, dodajmy – wartości uniwersalnych, ludzkich – zbudował cały system ideowy człowieka europejskiego. To już nie były wybory prywatne … Te wartości to ludzka godność, prawo do życia oraz wolnego (właśnie z natury chrześcijańskiej) autonomicznego wyboru. Ten wolny wybór zastępuje się podstępnie całą narzucaną siłą biurokracją, zastępami eurokratów wiedzących lepiej co dla ciebie, czy dla mnie – dobre. W efekcie emanuje jawna już walka z Papiestwem, Kościołem oraz wszystkim co jest w jakikolwiek sposób związane z wielowiekową Instytucją. Watykan – ze swoimi grzechami (które jakby nie było – są) – powinien zniknąć z mapy europejskiego świata. To już jest jakieś mentalne nieporozumienie.

 

   Możemy jednak zostawić aspekt chrześcijański. Weźmy pod lupę sam aspekt narodowy. Tym „wiedzącym lepiej” z Brukseli ów aspekt zawadza równie mocno. Dwoją się i troją, aby go zredukować do minimum, aby obrósł negatywnymi skojarzeniami, aby najzwyczajniej się go pozbyć. Nie ominęło to i Polski, o czym wszyscy doskonale wiemy. Nieważne kto i jak się temu przysłużył, sprawa jest złożona. Nikt nie wierzył, że nadejdzie konflikt z … Wodzem. A wódz się pojawił. Wódz ukształtowany poprzednią epoką. I nie dba o wszystkie te euro osiągnięcia w dziedzinie pseudo nowoczesności. Mówi nowym, choć jakże starym w swoim wydźwięku językiem, którego nikt na Zachodzie już nie rozumie, bądź rozumieć nie chce. Dopatruję się tu szansy dla Polski, że możemy im ten język wytłumaczyć, przetransponować, choć dość długo już żyję na świecie, aby być pewnym, że nikt nas – Polaków, słuchał tam nie będzie. A szkoda.

 

   Cała ta sytuacja, którą mamy de facto tuż obok, powoduje zasadnym postawienie sobie bodaj najważniejszego dziś pytania – co dalej? Czy brnąć w Unię pomimo znaków na niebie i ziemi, że to absurdalne. Jasnym jest, że nie mam na myśli z tej Unii występowania. Broń Boże. Nasze miejsce jest jednak w niej. Pisząc – brnąć – chodzi mi o bezrefleksyjne branie za dobrą monetę unijnych pomysłów na ten niby lepszy świat.

I zgodzę się tu z naszym premierem – szczęście, że w tych, zarówno unijnych, jak i natowskich strukturach – jesteśmy. Nie zgodzę się jednak z propagowanym ostatnio serwilizmem, służalczością wobec silnych czy uległością dyplomatyczną, która tylko nas osłabia. Powinniśmy nosić głowę wyżej. To wcale nie znaczy, że chodzi o jakieś „machanie szabelkami”. Po prostu, póki co, jest nas trochę więcej niż Belgów, Holendrów, Szwedów czy przykładowo Duńczyków. Nasza edukacja – znów póki co – nie jest wcale gorsza od tej zachodniej, a często nawet lepsza. Nasz głos może być przenikliwszy, mądrzejszy i sensowniejszy z perspektyw co najmniej wiedzy historycznej czy tego typu doświadczeń. Powróciliśmy do Europy, gdzie było nasze miejsce od wieków, czego Zachód koniunkturalnie nie chciał zauważyć w roku 1945, czy później… i powinien mieć choćby elementarne wyrzuty sumienia … (choć to pojęcie na Zachodzie też już nie jest zrozumiałe) … że nie wspomnę tu o historii sprzed zaborów, rozbiorów i tak dalej… Mam wrażenie, że taka wiedza dla ludzi Zachodu jest i pozostanie już obca. I można powiedzieć – nie ma to znaczenia, tylko współpracujmy na zasadach szacunku, a nie na zasadzie oferent – konsument. Gdyż taka jest brutalna prawda – nasze unijne przyłączenie było dla Zachodu bardzo korzystne. Od strony ekonomicznej był to majstersztyk i pozwolił Europie odsunąć na lata widmo dużego kryzysu. Nowe, wschodnie, rynki zbytu wręcz uratowały Zachód, który pod koniec lat osiemdziesiątych ledwo dyszał. Był to kryzys dobrobytu, nadprodukcji, zastoju zachodniej gospodarki – ujmując prościej, komuś to wszystko należało sprzedać, aby interes dalej się mógł kręcić. Dziś doszliśmy do ściany. Ścianą był rok 2001, a konkretnie 11 września. Świat się zmienił. Totalnie. Wszedł w nowy wiek i nową rzeczywistość. Teraz zmieni się znów.

 

   Bardzo mądrze ujął to Włodzimierz Cimoszewicz, który dopuścił możliwość „nowej zimnej wojny” wschodu z zachodem. Na szczęście tym razem jesteśmy po właściwej stronie granicy. Choć stanowi to ogromne wyzwanie. Może i stanowi szansę. To, co się dzieje za naszą wschodnią granicą kończy pewną epokę. I nigdy już świat nie będzie taki sam. Musimy sobie to jasno i dobitnie uzmysłowić. Efekty tego mogą nadejść z czasem. Nikt ostatecznie nie wie jak potoczy się ta historia. Warto jednak ponownie przemyśleć całą Europejską Formułę bytu. Sygnałów do takiego podejścia mamy aż nadto. Nie wiem tylko czy z martwą duchowością narodów, współczesnego zdehumanizowanego człowieka jest jeszcze możliwy dialog, kompromis oraz budowanie czegoś nowego. Pewne sprawy w Europie poszły zbyt daleko. Wyrazem tego może być wypowiedź z lutego 2010 Nigela Farage – brytyjskiego polityka konserwatywnego, który zwrócił się do Hermana Van Rompuya, przewodniczącego Rady Europejskiej w taki sposób:

 

Ma Pan charyzmę mokrej ścierki* i wygląda Pan jak urzędnik bankowy niższego szczebla. Chciałbym Panu zadać jedno pytanie: kim Pan jest? Nigdy o Panu nie słyszałem. Nikt w Europie o Panu nie słyszał. Chciałbym zapytać: kto na Pana głosował, Panie Przewodniczący, i jakie narzędzia mają do dyspozycji Europejczycy, by Pana odwołać. Zdaję sobie sprawę, że nie macie zbyt dużego szacunku dla demokracji, ale czy tak ma wyglądać europejska demokracja? Mimo wszystko wyczuwam, iż ma Pan pewne kompetencje, że jest Pan zdolny, a jednocześnie niebezpieczny, bo Pana główną intencją jest zamordowanie demokracji w Europie  oraz europejskich państw narodowych.  Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Widać wyraźnie, że nie może się Pan pogodzić z faktem, iż państwa narodowe nadal istnieją. Może dlatego, że pochodzi Pan z Belgii, którą trudno uznać za państwo. (…) Szanowny Panie, nie ma Pan na tym stanowisku żadnego umocowania prawnego. Myślę, że wyrażę opinię większości brytyjskiego narodu, jeśli powiem: nie znamy Pana i nie chcemy Pana. Im szybciej Pan odejdzie, tym lepiej.”   

 

*W oryginale: “charisma of a damp rag” – co można przełożyć jako charyzma ofiary losu, a dosłowniej … mokrego mopa – co w naszych mediach ujęto jako mokrej ścierki

 

   Przytoczone słowa pokazują, że można jednak mocno się przeciwstawić współczesnej nowomodnej niby europejskości spod znaku lewackiej bezideowości oraz ideologii bliskiej marksistowskiej. Czy trzeba być do tego zaraz Brytyjczykiem? Czy my, Polacy, nie jesteśmy w stanie wybrać z nas polityka, którego stać na powiedzenie w Brukseli podobnych słów? Nikt nas za to z Unii nie wyprosi. Przeciwnie. Do odważnych świat należy. Tak właśnie realizuje się demokracja, to właśnie jest wolność wypowiedzi. Jednak do tego trzeba się pozbyć kompleksów, pozbyć postawy petenta i przemienić mentalność.

 

   Nie wiem czy jesteśmy do tego zdolni. Czasy jednak mogą nas do tego zmusić. Wojna – jak widzimy – jest możliwa. Może, na razie, nie dotknie nas ona fizycznie, ale stawiając sprawę jasno – imperializm zmartwychwstaje i my musimy stanąć wobec niego mądrzejsi, silniejsi i odpowiedzialniejsi. A jakie mamy aktywa polityczne, to chyba każdy widzi. Krytykujemy miałkość polityków zachowujących się podług słupków oglądalności i wykresów popularności, to spójrzmy na polityków – jak to nazywam – bogoojczyźnianych. Rwali się do Kijowa, aż wzburzali pył na drogach, a tam prawili biednym ludziom tak zwane morały i wulgarniej – głodne kawałki, aby potem pławić się w luksusie wystawnych kolacji, ekskluzywnych kijowskich restauracji. To obrzydliwe. To żenujące, cyniczne i urągające ideom, które ci ludzie od lat głoszą czy głosili. W tej optyce słyszę słowa księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego: Platforma Obywatelska to mafia, PiS to sekta. I coś jest z ziaren prawdy w takim stwierdzeniu. Polak – wyborca stoi przed wyborem dramatycznym. I wybiera tak zwane mniejsze (w danym momencie, jego zdaniem) zło. Ponoć takich mamy polityków jacy sami jesteśmy. I w tym stwierdzeniu też widzę ziarna prawdy. Tylko historia może nam znów – po latach, powiedzieć: Sprawdzam. A my… ?  Możemy okazać się ogołoceni z argumentów. Bezbronni, zawieszeni w jakimś przedziwnym świecie dekonstrukcji tradycji z konfliktem wewnętrznym oraz coraz silniejszym szaleństwem otoczenia. Niezdolni znów się obronić. Zarówno przed agresywną ideologią młodych zachodnich buntowników z roku 1968, którzy zamienili dzieci kwiaty na aktówkę i krawaty od Armaniego oraz posadę europosła, jak i przed agresywną propagandą imperialną i mocarstwową wschodu, który roi sobie bycie potęgą (głownie surowcową). Przez wschód rozumiem nie tylko Rosję, ale i – w dalszej perspektywie – Chiny. Jeżeli w tym wszystkim pozbędziemy się siebie oraz zdrowego rozsądku, jak i trzeźwości sądu, to możemy znów usłyszeć – miałeś chamie złoty róg, ostał ci się jeno sznur …

 

   Wierzę, że tak się nie stanie. Takie jednakowoż myśli hulają mi po głowie, takie rozmowy dziś się między ludźmi prowadzi, taki mamy wokoło świat roku 2014 nowego wieku. W Polsce ciężko będzie naprawić dwadzieścia pięć lat błędów. Trudno będzie wzniecić i przywrócić ukruszone autorytety. Nowych nie widać, a te, których już z nami nie ma – milczą. Pozornie. Bo pozostawili po sobie wytrawne i mądre księgi. Wystarczy po nie sięgnąć i poczytać. Wystarczy zrozumieć, przeanalizować i pojąć. Tam to wszystko czarno na białym stoi – zapisane życiem i słowami. Zapisane refleksją i namysłem, doznaniem i … tak, właśnie, w całej tej arcyeuropejskości zapisane … polską duszą, którą naprawdę posiadamy – tylko trzeba w to uwierzyć. I nie wolno tego nigdy sprzedać. Za żadną cenę. A już najbardziej za cenę namiastki dobrobytu.

 

   Powie ktoś: o co chodzi? Jaka polska dusza, w takim zdeformowanym postindustrialnym świecie? Ano taka. Taka właśnie, która pozwoliła przez ostatnie pół wieku przetrwać bolszewickie zniewolenie, wzniecać bunty, aby potem wspólnie z czerwonymi katami wódkę pijać po pewnych – znanych niektórym warszawskim redaktorom – kątach. Aby zamienić siekierkę na kijek, a kijek na kolonialną, europejską rubież , kraj bez wartości, z rzeszą nowych konsumentów, kupujących duże drogie samochody i montujących w nich zasilanie na gaz, a wykreślających książki z rozkładu dnia oraz z pólek (bo się kurzą…!). Taka dusza, która pozwala, aby utrzymywać od wieków tę zdolność wzniecania i gaszenia pożarów. Trwania w niewoli i w wolności bezsensownym roztrwanianiu. To rogata dusza. Pokomplikowana. Pokręcona.

   Ale nasza, i jakże piękna w swej brzydocie.

 

   Była, jest i … na zawsze już taką pozostanie. Ukryła się w Mickiewiczu, Słowackim, Norwidzie, Reymoncie, Żeromskim, Miłoszu i Szymborskiej. W tobie i we mnie. W tych naszych niedostępnych szklanych domach, na kredyt we franku szwajcarskim. W tych kłótniach i swarach, w romantyzmie i pozytywizmie, w domu i poza nim. I w tych, którzy krzykną – a po co tu Szymborska … Można jej przecież było nie wymieniać. I tak dalej i tym podobne … Polskie piekiełko i polski raj. Kraj, gdzie kruszynę chleba piecze się dziś na zachodnich spulchniaczach. Trudno. Kołowrót dziejów i zmian świata. Przemian. Przepoczwarzeń. Polska dusza jednak w nas pozostanie i to jest ta jedna, jedyna – najważniejsza szansa na Przyszłość. A nasz polski głos powinien zabrzmieć w tej obcej Przyszłości głośno i donośnie. Aby skutecznie obudzić Europę w tym jej przedziwnym współczesnym bezgranicznym letargu …

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko