Jan Stanisław Smalewski – Minął luty

0
71

Jan Stanisław Smalewski


Minął luty.

Igrzyska zamiast chleba?

 

Ryszard Tomczyk

Wyszedł, udało się wyprowadzić w pole dziennikarzy warujących pod bramami więzienia. Mariusz T. wytransportowany został na wolność, której społeczeństwo, a zwłaszcza media mu wzbraniały. Uwolniony żyje sobie gdzieś w ostępach ciszy, mimo że czujne oko Temidy wciąż go obserwuje. Wygrała sprawiedliwość , ale przegrało liberalne prawo, które ułomnością nowelizowanych zapisów kodeksu postępowania karnego wobec brutalnych zabójców i zbrodniarzy nie spełnia oczekiwań i starych nawyków społeczeństwa. – Zero pobłażania dla sprawców zbrodni, śmierć za śmierć.

Ale nie tylko o to chodzi. Narody słowiańskie są mniej pobłażliwe, mają w naturze więcej zawiści i buntu (zobaczcie, co dzieje się na Ukrainie). W przypadku Mariusza T. ujawnił się niedostatek w stanowieniu polskiego prawa polegający na bardzo ważnym aspekcie psychologicznym, na braku czynnika resocjalizacyjnego; braku instytucji, specjalistów i nawyków korzystania z tego typu udogodnień.

Odchylenia psychiczne u rozmaitych zboczeńców, nie dające się leczyć i uniemożliwiające resocjalizację, należałoby rozpatrywać w obszarach podejmowania decyzji sprawczych z zastosowaniem mechanizmów chemicznej kastracji, czy trwałej izolacji od społeczeństwa.

 

Dlaczego o tym piszę? Gdyż obawiam się, że po wrzaskliwej dyskusji ogólnospołecznej do czasu kolejnego dramatycznego zdarzenia z udziałem jakiegoś zboczeńca, znów zapanuje błogi spokój, za ujawnione niedoróbki w polskim więziennictwie i sądach nikt się nie weźmie.

Zresztą przyjrzyjmy się naszym posłom, czym oni się zajmują? Teraz dla wielu z nich problemem nr 1 jest Ukraina. I jak się okazuje nie tylko w aspektach poważnego podejścia do tematu. Pojawiają się idioci, którzy jadą tam na przykład po to, żeby sobie zrobić „śmieszne fotki” z oponami czy drewnianymi tarczami na Majdanie, by udawać bohaterów, szpanować odwagą i… głupotą, o której sami nie wiedzą.

Syndrom wojny udziela się nie tylko tym, co robią wypady na Ukrainę. Poseł Jacek Protasiewicz po „dwóch małych buteleczkach” – jak sam przyznał – „przypomniał sobie o Hitlerze i obozach koncentracyjnych”. Na telewizyjny wywiad z Moniką Olejnik nie stawił się. Bał się, że Polacy nie zaakceptują jego pomysłu wzniecania koszmarów wojny z Niemcami.

No cóż, posłów mamy takich, jakich sobie wybraliśmy – sorry!

 

Polskie prawo pozostaje ułomne, bo ludzie którzy go tworzą, modernizują, doskonalą, wciąż pozostają ułomni. Ułomni w naturze rzeczy, jakimi pozostają normy prawne według których katalogowany jest współczesny świat. – Zło – dobro, mieć czy dawać?, jak kapitalizm dla siebie złączyć z socjalizmem dla innych?

Póki co, ważne jest jednak, iż ustała ta obrzydliwie nudząca i judząca społeczeństwo wrzawa wokół zbrodni Mariusza T., jakiej dopuścił się ćwierć wieku temu. Zbrodni zabójstwa czterech chłopców z pobudek seksualnych.

Mariusz T. w lutym znalazł się na wolności. Na trzy miesiące (na razie) aresztu skazano natomiast księdza G. – także za odchylenia na tle seksualnym. Sprawa księdza-zboczeńca ujawniła przy okazji inny margines zachowań środowiska, w którym ów poszlakowany człowiek się obracał. Kościołowi zarzuca się, że rozpoznając anolmalne zachowania niektórych duchownych, zamiast leczenia lub rygorystycznego postępowania prawnego, zmierzającego do eliminowania tychże ze środowiska, któremu ślubowali czystość, kierowano ich do zakonów, bądź na zagraniczne misje.

Zło – dobro; gdzie jest prawdziwa skala dla tych wartości? Z uporem maniaka powracam do wiary. W kościele katolickim jednoznacznie ustala to dekalog. Ale współczesny Kościół też nie jest w tej materii wolny od wypaczeń. Skalę wartości duchowych przysłania mu bowiem byt materialny. Przynajmniej tak było za Benedykta XVI, co wciąż przypominają media, zwłaszcza włoskie i amerykańskie.

Dwoi się i troi papież Franciszek, by zreformować Kościół Katolicki, przywracając mu właściwe oblicze moralne, by na pierwsze miejsce w doktrynie kościelnej wypchnąć służebność swoich pasterzy. Polski Kościół póki co mu w tym nie pomaga. Trudno się zatem dziwić, iż wśród powołanych przez niego w lutym purpuratów zabrakło Polaka, czego oczekiwali wierni.

 

Tak, oczywiście, dostrzegłem ten nowy gest papieża Franciszka, gest wyciągnięcia z cienia Benedykta XVI. Mówiło się, że być może weźmie on udział w kwietniowej celebrze uroczystego wyniesienia na ołtarze papieży Jana Pawła II i Jana XXIII.

Papież Franciszek nie czekał do 27 kwietnia i zaprosił Benedykta XVI już w lutym na konsystorz, podczas którego poszerzono kolegium kardynalskie o nowych purpuratów.

Myślę, że to nie tylko próba odwrócenia uwagi od aktualnych kłopotów Kościoła z księżmi pedofilami i korupcją w Kościele. To przede wszystkim pokazanie, że nowy papież skonsultował kolejne nominacje kardynalskie z poprzednikiem. No i oczywiście ważny gest poprzedzający zapowiedziane kanonizacje swych wielkich poprzedników.

 

Jeśli pieniądze, duże pieniądze, to odbywająca się w lutym olimpiada. Dla kibiców sportów zimowych igrzyska w Soczi budziły najwięcej emocji. Powiedziano i napisano o niej tak dużo, że ja tylko pokuszę się o kilka refleksji osobistych.

Przede wszystkim jako literata zaskoczyły mnie wątki kulturowe, jakie pokazano podczas uroczystości jej zamknięcia. Tym akurat mnie Putin pozytywnie zaskoczył. Przykład do naśladowania dla naszych rządzących. Wątpię zresztą, czy byłoby ich stać na takie wyeksponowanie polskiej kultury przy okazji podobnej imprezy sportowej w naszym kraju, gdzie kulturę zepchnięto akurat na margines życia społecznego.

Cieszyłem się i wzruszałem podobnie jak inni kibice, gdy zdobywaliśmy medale. Gdy nasi narodowi bohaterowie Justyna Kowalczyk i Kamil Stoch nie zawiedli, i gdy dodatkowo zyskaliśmy złotego strażaka w sportach lodowych. Chwała im, też podziwiam ich za to.

Ubolewam jednak, że media sportowe perfidnie wykorzystują medalowe sukcesy panczenistów do swoich zagrywek propagandowych. Skoro przecież bez krytych stadionów lodowych zdobyliśmy kilka medali, wcale nie musi oznaczać zaraz, że budując je, będziemy zdobywać ich więcej.

Są w Polsce priorytety i nasi rządzący powinni o tym pamiętać: najpierw praca i chleb, potem dopiero igrzyska.

Premier Tusk bardzo mądrze powiedział przy okazji jednego z wywiadów na temat pomocy Ukrainie: „Przecież nie wyprujemy sobie żył”. Szkoda tylko, że tej uwagi nie wygłosił przy okazji prezentacji pomysłu krakowian z olimpiadą zimową za 8 lat w Polsce, w naszym Krakowie!!!

Nie bądźmy ślepi, nasza królowa śniegu Justyna nie dlatego zdobyła złoty medal w biegu na 10 km stylem klasycznym (i to mimo złamania kości śródstopia), że mogła trenować w jakichś tam wybudowanych specjalnie dla niej śnieżnych Karpatach, czy Sudetach (przecież zimy w Polsce jakie są, każdy widzi – sorry!), ale dlatego, że latami ciężką pracą z przywiązaną do pasa oponą ciągała się na wrotkach po górskich drogach rodzinnej miejscowości.

Panczeniści też ćwiczyli często metodami „jak za króla Ćwieczka” i to właśnie one, a nie luksusy przywiodły ich do sukcesu.

Nauczmy się najpierw budować drogi. Uzdrówmy lecznictwo, naprawmy sytuację w szkołach podstawowych i średnich, skończmy to co rozpoczęte, zanim pomyślimy o nowym.

Zbudowaliśmy kilka stadionów piłkarzom (bo premier piłkarz inicjatywę oszołomów piłkarskich wspierał) i co z tego tytułu mamy? Kłopoty z ich wykorzystaniem. A sukcesów piłkarskich o ile więcej nam przybyło? Mniej niż zero.

Ostatnio (żenada!) w prasie niemieckiej nawet pojawiały się sugestie, że drużyna narodowa Niemiec powinna odmówić w eliminacjach do mistrzostw świata gry z Polakami, gry „z podwórkową ligą piłkarzy polskich”.

Tak, Rosję stać było na zorganizowanie olimpiady zimowej w ciepłym kurorcie Soczi, ale nie porównujmy się z Rosją. Wystarczy, że przypomnimy sobie ostatni konkurs pucharu świata w Zakopanem. Woda po skoczni lała się strumieniami.

 

Soczi i tak nie było pełnym sukcesem Rosjan. Pokazało światu zderzenie bogactwa szerzącego się w Rosji przy udziale nowobogackich oligarchów z zasłoniętą drewnianymi płotami wiejską zadawnioną biedą, bieduszką.

Gdyby nie odsunięcie się przywódców państw europejskich od Putina, który sam musiał święcić ten swój gorzki sukces (szefów międzynarodowego sportu nie liczę, byli tam z obowiązku), udałoby się może zyskać więcej. Bo technika, rozmach, organizacja pozytywnie dominowały. A i terroryści nie podnieśli głowy, czego osobiście się obawiałem (nie tylko ja zresztą – wiadomo).

Co przyćmiło ostateczne polityczne zwycięstwo Rosji (w tym medalowe przecież także – pamiętamy) podczas imprezy sportowej o wymiarze światowym? Przyćmiły go wydarzenia na Ukrainie. Zanim jednak o nich, nie sposób jeszcze pokusić się o jedną refleksję: Spryciuch z tego Putina. I ma łeb na karku facet – samiec. We Francji skandal z prezydenckimi sprawami damsko- męskimi gonił skandal. A w Rosji cichutko. Przy okazji sportowej olimpiady prezydent sportowo się ożenił, to znaczy zmienił żonę i świat prawie tego nie zauważył. Prawie, gdyby nie niektóre zachodnie brukowce, no i nasze niektóre dzienniki także.

Bo np. „Fakt” z 22 lutego br. w dodatku Historia poświęcił Putinowi aż dwie strony. W materiale „Putin szpieg i damski bokser” mogliśmy przeczytać o tym, jak major KGB, przyszły car Rosji donosił jako drugorzędny funkcjonariusz placówki w Dreźnie na studentów i werbował szpicli. Jak zdradzał żonę, lał ją po pijaku, nie mając wówczas żadnego pojęcia, iż zbierane są na niego haki. A zbierał je inny szpicel  oficer Stasi Michael Mannsteins.

Stewardesa Aerofłotu Ludmiła, która ukończył romanistykę, wyszła w roku 1983 za mąż za Putina. Rok później urodziła mu córeczkę. Maszę. Kapitan Putin, który trafia na placówkę do Drezna, ściąga ją tam, do „dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze. Na topornej brązowej meblościance ustawiają tandetne figurki ze szkła i kładą album o prawosławnym świętym, księciu Aleksandrze Newskim”.

Ich małżeństwo nie było jednak idyllą, o jakiej potem opowiadała prezydentowa w moskiewskiej telewizji. Putin nie tylko ją bił, izolował od świata zewnętrznego, ale także notorycznie zdradzał. Tam w NRD w szczerych kobiecych rozmowach opowiadała o tym przyjaciółce, o której nie wiedziała, że jest także agentką (o pseudo „Balkon” – z racji dużego biustu), która potem o wszystkim donosiła szefom na Zachodzie. O małżeństwie Putinów napisał później autor publikacji na temat niemieckich organizacji szpiegowskich Erich Schmidt-Eenboom.

W zeszłym roku Putinowie ogłosili, że nie są już małżeństwem. Podczas olimpiady w Soczi Putin ponownie się ożenił, z młodą sportsmenką gimnastyki artystycznej. No,no,no… No cóż, życzymy nowej żonie Putina, by nie podzieliła losu Ludmiły.

 

            O czym śnią rządzący? Bogactwo, przepych i buta władzy. O tym, co zgubiło także prezydenta Ukrainy Janukowycza. Biedni Ukraińcy wiele mogli mu wybaczyć, ale złotych sedesów w prywatnych pałacach już mu nie wybaczą.

Euromajdan  zakończył się w lutym tragicznie, udowadniając przy okazji, jak blisko od siebie leżą władza i korupcja, wielkość monarchy i małość człowieka. Za byłym prezydentem Janukowyczem naród ukraiński wydał międzynarodowy list gończy. On sam odnalazł się… w Moskwie. Pod pieczą swego Kremlowskiego orędownika Putina. Odnalazł się i poprosił Rosję o pomoc „w naprowadzeniu porządku na Ukrainie”. Teraz nikt nie ma już na świecie wątpliwości, jakie były prawdziwe intencje prezydenta Ukrainy, gdy mamił zachód hasłami o demokracji i współpracy z Unią Europejską.

            Czy Janukowycz zasłużył na złoty sedes i wybijaną diamentami sedesową deskę?

 

Choćbyś się myszą zapadł w ciemną norę

i choćbyś się kretem zakopał w ziemi

znajdą cię odkopią wyczekają porę

gdy wyjdziesz zaczerpnąć powietrza

nóż ci wbiją w plecy

 

Znajdą cię boś świętość władzy skalał swym ubóstwem

mieniąc się bogiem wśród zwykłych i biednych

bo przepych zaślepił twe odbicie w złotym lustrze

by się wywyższyć poniżyłeś innych

 

            Janukowycz przegrał, bo sprawując władzę, nie docenił opozycji. Więził ją, nakłaniał do jej fizycznego likwidowania. Zamknął w więzieniu byłą premier Julię Timoszenko, by nie mogła zagrozić jego prezydenturze.

             W lutym Euromajdan stał się miejscem uświęconym krwią ukraińskich bohaterów walki z niesprawiedliwością. Stał się Majdanem politycznym, rozgrywek wewnętrznych o narodowe samostanowienie, a ostatnio Majdanem społecznego sprawowania władzy.

 

Co mnie jako obserwatora ukraińskich wydarzeń martwi szczególnie?

Majdan nie załatwił spraw do końca, on jakby tylko je rozpoczął, wiele jeszcze przed Ukraińcami.

Przypadek kijowskiego Majdanu nie był mimo wszystko dla innych państw dobrym przykładem rozwiązywania sporów politycznych. Bezradni Ukraińcy w konflikcie z wybraną legalnie władzą zmuszeni zostali stanąć do walki z nią metodami poza parlamentarnymi. Wybrali opór, upór, nieustępliwość w działaniu strajkowym, wybrali otwartą walkę, która skończyła się dla jej uczestników tragicznie, ofiarami z obu stron. Przegrał też prezydent Janukowycz, chociaż ani on sam, ani Moskwa Putina nadal tego nie rozumieją.

            W walce tej na razie nie ma zwycięzców, bo przegrali nie tylko rządzący, w jakimś sensie przegrała również opozycja. Kierujący Majdanem przywódcy – jak teraz głoszą ludzie wiecujący na Majdanie, też do końca nie sprawdzili się. Zarzuca się im, że nie potrafili doprowadzić do ustąpienia prezydenta bez rozlewu krwi, bez ofiar wśród demonstrantów.

            Nie wiem, czy w ogóle – w sytuacji narastającego napięcia oraz poparcia dla Janukowycza ze strony wschodniej Ukrainy i ze strony Kremla – było to możliwe? Wiem natomiast jedno: Ukraińcy zachodniej części Ukrainy zbyt ufnie podeszli do obietnic ze strony Unii Europejskiej. Obietnic lepszej przyszłości dla swych obywateli pod wpływami demokracji zachodniej i zachodnich pieniędzy.

            Unia nie doceniła chyba woli Rosji, woli stanowienia wspólnie z Ukrainą mocarstwa wschodu. UE zbyt łatwo, zbyt szybko i zbyt pochopnie podeszła do problemu możliwości włączenia Ukrainy w struktury cywilizacji zachodniej, czego konsekwencje będzie teraz musiała ponieść. Jakie one będą, też jeszcze nie jest wiadome.

            Na pewno UE zaprzepaściła szanse silniejszego zbliżenia Ukrainy do siebie po roku 2004, po pomarańczowej rewolucji, której demokratyczne efekty zaprzepaścił późniejszy rząd sterowany z Moskwy za pośrednictwem prorosyjskiego prezydenta Janukowycza.

Zachód nie potrafił też „odbić” z rąk prorosyjskiego przywódcy Julii Timoszenko, zabierając ją chociażby na leczenie w klinikach niemieckich. Gdyby tak się stało, była premier Ukrainy mogłaby teraz posłużyć jako zakładnik nowej demokratycznej władzy. Mogłaby stać się gwarantem przemian z poręczenia Zachodu.

            Niestety, więziona przez Janukowycza Julia Timoszenko wypaliła się zdrowotnie i politycznie, a oswojone w końcu z jej uwięzieniem społeczeństwo przestało inwestować w nią swoje nadzieje polityczne. Ona sama bardzo szybko przekonała się o tym, gdy zaraz po uwolnieniu spotkała się z ludźmi na Majdanie, przemawiając do nich. Pierwsze jej słowa i reakcje o odwecie na Janukowyczu zaskoczyły. Zaskoczyły wielu polityków. Oczekiwano w danej chwili słów otuchy i… swoistego „błogosławieństwa” byłej premier, a tych zabrakło.

Społeczeństwo nie chce już pomarańczowej Julii. Mówi się, że nie wykorzystała swoich lat rządzenia krajem, by przybliżyć Ukrainę do Europy Zachodniej, by wykorzystać pomarańczową rewolucję do zmiany orientacji politycznej Ukrainy.

Z racji geopolitycznego położenia Ukrainy, z racji jej dwojakich narodowościowych korzeni i silnego umocowania zachodniej jej części w kulturze rosyjskiej, było to trudne do zrealizowania, wręcz niemożliwe. Obawiam się także, iż obecnie również jest to bariera nie do pokonania, tym bardziej iż nie wiadomo dotąd, kto w imieniu Ukraińców miałby to robić. Ukraińcy opowiadają się aktualnie za całkowitą wymianą władzy, za wymianą wszystkich dotychczas z nią związanych ludzi na nowych przywódców. To jakby gra w ciemno. Niepewna i zastanawiająca.

 

Rządza odwetu i chęć zemsty to źli doradcy w kwestiach politycznych. Niestety, społeczeństwa postkomunistyczne budowane były latami na odwecie (mas robotniczych i plebsu przeciwko burżuazji, „czerwonych” przeciwko „białym”), wychowywane w kulturze braku poszanowania dla prawa międzynarodowego, kierujące się przesłankami „kto ma władzę, ten może wszystko”. Dlatego pozostają w tyle za kulturą europejską, ba, stanowią dla niej nawet pewne zagrożenie.

Być może w społeczeństwach takich demokracja nie powinna zasadzać się na 51% przewadze zwolenników nad przeciwnikami, to za mało, to zawsze może wzniecać strajki i bratobójcze waśnie. Demokracja w takich państwach powinna opierać się na innych zasadach większościowych. Na zasadach większego dystansu do prawa, budowania większego szacunku do ustaleń i uregulowań prawnych, strukturalnych, obowiązujących w cywilizowanym świecie. Myślę, że to powinny być normy w granicach 2/3, 3/4 społeczeństwa. Dopiero wtedy większość mogłaby poczuć się pewniej.

Póki co Ukrainie nadal zagraża brak stabilizacji, a nowa sytuacja z rodzącymi się napięciami na Krymie pomnaża niepokój. Czy jakakolwiek nowa, nieokrzepła władza, nawet jeśli w maju uda się przeprowadzić nowe wybory, potrafi pogodzić interesy obu części (zachodniej i wschodniej) państwa? Potrafi rozwiązać sprawy Krymu, zwłaszcza, gdy nie sprawdziły się przypuszczenia, że Putin się nie zaangażuje?

Jak rozwinie się nowa, powstała w ostatnich dniach lutego sytuacja na Krymie po wkroczeniu wojsk rosyjskich?

Kłopoty z wypracowaniem jakichkolwiek wzorców zmierzających do scalenia narodu ukraińskiego, mogą zaprzepaścić dorobek Majdanu. Mogą zostać wykorzystane przez Rosję. Putin, gdy tylko zechce, potrafi wykorzystać zwaśnienie Ukraińców w obszarze geopolitycznym, ale i także w kwestach ekonomicznych i finansowych.

A Europa, Ameryka? Nikt nie chce wojny z Rosją. W sprawy Gruzji też przecież nie udało się skutecznie zaangażować.

Zresztą nie łudźmy się, dawnego zimnowojennego nastawienia polityków USA i byłego ZSRR już nie ma. Współcześnie mocarstwom nie towarzyszy już ten sam temperament polityczny. Dzisiaj nie ideologia, ale wspólne cele walki z terroryzmem i walki o wpływy finansowe (biznes) głównie się liczą. I łączą.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko