Zdzisław Antolski – Zima bezdomnych psów

0
240

Zdzisław Antolski


Zima bezdomnych psów

 

Tadeusz Kulisiewicz Zażywałem wówczas małe, seledynowe pigułki o nazwie relanium, przepisane mi na stany depresyjno-nerwicowe. Jeszcze w liceum poszedłem do przychodni zdrowia psychicznego, mieszczącej się w ponurej, przedwojennej, narożnej kamienicy, bo źle spałem, miałem lęki i myśli samobójcze.

W grubych murach, jakby więziennych, w wąskim korytarzyku przed gabinetem lekarza, kłębił się spory tłumek. Pani doktor, kobieta w średnim wielu, ale już posiwiała, taka w typie baba-chłop, poleciła mi właśnie ten lek, twierdząc że jest on wspaniałym wynalazkiem farmakologii, doskonale działa, usuwając w okamgnieniu wszelkie lęki i niepokoje.

Pani doktor budziła zaufanie, więc opowiedziałem jej swoje zahamowania i dotychczasowe życiowe porażki. Nigdy jeszcze nikomu obcemu się nie zwierzałem, bo moi rodzice nie chcieli słuchać takich wyznań. Mówili, że trzeba się wziąć w garść i walczyć w życiu o swoje. Sami wiele przeszli pod okupacją, lata stalinowskie też im dały nieźle w kość. Opowiadanie o swoich przeżyciach obcym ludziom, uważali za przejaw słabości. Nie mieli dla mnie zrozumienia, chociaż mama całe życie cierpiała na depresję i obawiała się, że zamkną ją w szpitalu w Kobierzynie.

Matka była nadopiekuńcza, ale i apodyktyczna. Jako dziecko starałem się tak postępować, aby jej nie drażnić i nie spowodować wybuchów gniewu i histerii. W efekcie, jakbym unicestwił, zdusił swoją osobowość. Nie śmiałem się nigdy głośno, jak inne dzieci, nie krzyczałem podczas zabawy, siedziałem cichutko w kącie, przyglądając się swoimi nielicznym zabawkom. Aby mieć towarzystwo obdarzałem duszą małych żołnierzyków wyciętych z papieru. Swoje emocje przenosiłem na nich. To oni odczuwali miłość, gniew, radość, smutek.

Sam byłem nijaki, pusty w środku, ciągle przestraszony, bezradny i słaby. Nawet tak mówili dorośli ze zdziwieniem: – Zbyszek jest taki cichy i spokojny, jakby go nie było. Mama takie opinie błędnie przyjmowała za podziw z ich strony i była dumna, że jej synek jest taki grzeczny i dobrze wychowany, podczas kiedy we mnie wrzał gniew połączony ze smutkiem. Później niemal nałogowo czytałem książki, które były moim życiem zastępczym, rodzajem narkotyku.

*

W aptece dostałem cały pakiet, przewiązanych gumką, plastikowych listków tego środka. Brałem rano dwie pigułki, po pięć miligramów, i popijałem butelką piwa. Dzięki temu mogłem w klasie maturalnej jakoś wytrzymać te pięć, siedem godzin dziennie. Potem były przerwane studia i nieudane małżeństwo. Zażywałem to lekarstwo albo i nie, bo czasem o nim zapominałem. Mijały nawet miesiące, kiedy lepiej się czułem i nie musiałem się wspomagać chemicznie. Jednak pewnego dnia dopadł mnie potworny ból zęba. Nie do wytrzymania. Powinienem udać się do dentysty. Od dziecka odczuwałem paniczny, paraliżujący mnie strach przed gabinetem stomatologicznym, wziąłem więc dwie pigułki relanium jednorazowo, a ponieważ lęk nie ustępował, jeszcze dwie, a potem, już trochę przydymiony, jeszcze chyba kilka.

Straciłem nad sobą kontrolę. Machinalnie, z rozpaczą połykałem następne krążki, jakbym chciał popełnić samobójstwo. Nagle, stało się coś nieoczekiwanie dziwnego, ale zarazem cudownego. Poczułem przypływ nieznanej mi wcześniej energii, siły i odwagi. Byłem gotów na wszystko. Wizytę u dentysty zniosłem nad podziw lekko, niemalże na luzie, lekceważąc ból. To był cud! Wspaniałe uczucie własnej potęgi i nieograniczonych możliwości! Na swoje nieszczęście zapamiętałem jednak, że wzięcie większej ilości niepozornych pigułek może uczynić mnie niezwyciężonym supermenem.

Od tej pory, kiedy miałem trudny dzień, a biorąc pod uwagę moją wrodzoną nieśmiałość oraz chroniczne poczucie słabości i wstydu, zdarzało się to nader często, brałem od razu pięć pigułek naraz. Działanie miały podobne do setki wódki, a może nawet ćwiartki, ale bez skutków ubocznych w postaci bełkotliwej mowy, czy zataczania się podczas chodzenia. Również umysł pracował lepiej. Jednak ich cudowne działanie już nie było takie natychmiastowe, więc brałem jeszcze kilka więcej, aby tylko powrócił ten stan euforii i poczucia wszechmocy.

Miałem spory zapas cudownego specyfiku, jednak intensywna jego konsumpcja sprawiła, że kolejny raz musiałem się udać do mojej ulubionej pani doktor w narożnej przychodni. Jakież było moje zdumienie i rozczarowanie, kiedy dowiedziałem się od niej, że lekarstwo to, nie jest tak wspaniałe, jak dotychczas sama mi zachwalała. Okazało się, według badań opublikowanych w prasie lekarskiej, że ma swoje skutki uboczne i powoduje uzależnienie.

Przepisała mi zupełnie inny środek, który wcale nie działał tak dobrze, jak byłem przyzwyczajony. Musiałem więc biegać za relanium do przychodni osiedlowej, a potem chodzić do różnych specjalistów, których niby to na marginesie, mimochodem, prosiłem o „coś na uspokojenie”, oczywiście najlepiej relanium. Było to czasochłonne i kosztowne, bo bywałem tam nawet prywatnie, aby zapewnić sobie stały dopływ lekarstwa. Żeby zdobyć pieniądze oszukiwałem rodziców, wynajdując sobie jakieś dolegliwości, przez które rzekomo musiałem udać się do specjalisty.

Nosiłem wówczas w sobie poczucie wielkiego ciężaru nieszczęścia i nie znajdowałem nikogo, komu mógłbym się z niego zwierzyć, aby poczuć ulgę. Nawet Bóg nie był odpowiednią osobą dla mojej szczerości.

Wydawało mi się, że mój umysł i ciało należą do dwóch różnych osób. Ciało miałem anemiczne, niezgrabne, kalekie, nie nadające się do niczego, a chciałem osiągnąć w życiu wiele, chociażby minimum egzystencji uważanej za dobrą: wykształcenie, satysfakcjonującą pracę i w miarę szczęśliwe małżeństwo. Ale z pierwszej miłości do licealnej blondynki, Agnieszki, która widziała we mnie coś interesującego, sam zrezygnowałem, bo bałem się, że moje słabe zdrowie, ciągłe choroby i małe uzdolnienia, o czym świadczyły mierne wyniki w szkole, sprawią, że ją unieszczęśliwię, albo ona sama mnie rzuci, przekonawszy się jakim wybrakowanym towarem jestem, zupełnym szmelcem, nadającym się tylko na złom. Ta miłość była potężna jak eksplozja bomby atomowej i zostawiła we mnie podobne skutki – spaloną ziemię.

Studia bardzo męczyły mnie emocjonalnie, a ostatecznym powodem ich porzucenia były zajęcia na pływalni, gdzie musiałem pokazywać swoje przeraźliwie chude ciało. A pływać i tak się nie nauczyłem.

*

Mimo, że przerwanie znajomości z Agnieszką, było moją suwerenną decyzją, przeżyłem to zdarzenie bardzo ciężko, trułem się myślą, że może trzeba było spróbować? I w ogóle taka tchórzliwa kapitulacja przed swoimi słabościami, była dla mojej psychiki chyba jeszcze gorsza, niż gdyby to Agnieszka sama mnie porzuciła lub obdarzyła pogardą.

Z tych wątpliwości zaczęły powstawać moje pierwsze wiersze i powiadania, które się nawet podobały w środowisku, bo wygrałem kilka konkursów, a moje opowiadanie ukazało się w prestiżowym piśmie młodych pisarzy „Nowy Wyraz”. Jednak w przekonaniu, że powinienem pisać utwierdził mnie dopiero pan Tadeusz Nowak, pisarz którego bardzo sobie ceniłem, a jego książki uważałem za niedościgły mój wzór do naśladowania, redaktor działu literackiego w „Tygodniku Kulturalnym”, gdzie zacząłem publikować. Zawsze po wysłaniu opowiadania do redakcji, czekałem z niepokojem, aż nadejdzie list z winietą pisma, w którym pan Tadeusz poinformuje mnie, który z nadesłanych utworów ukaże się w jednym z najbliższych numerów.

Rezygnacja z miłości do Agnieszki i jej odrzucenie, jako osoby, która jak soczewka skupiała w sobie całą moją klęskę, było rodzajem samobójstwa symbolicznego. Okazało się wszakże, że duchowe samounicestwienie nie pozostaje bez kary. Budziłem się rano z uczuciem wielkiego apokaliptycznego strachu. Jakby tkwiło we mnie jakieś obce ciało lub pasożyt, który wydzielał toksyny lęku. Bo dopiero obecność Agnieszki uświadamiała mi w całej pełni moją małą wartość, jako człowieka i mężczyzny, którą wcześniej przykrywałem złudzeniami i marzeniami.

W moim przypadku nie jest ważne, czy kobieta jest mądra, wrażliwa, wierna, a nawet czy jest piękna, czy brzydka. Ważne jest, jakiego człowieka robi ze mnie: szczęśliwego i silnego, czy słabego i upokorzonego. Ta miłość była jak eksplozja bomby atomowej i zostawiła we mnie podobne skutki – spalona ziemia. Ten potworny strach, niby nie miał bezpośredniego, konkretnego uzasadnienia – ale był! Nie siedział w mojej głowie, jak mi to wmawiali terapeuci, on umiejscowił się w moim brzuchu. Najpierw odczuwałem silny skurcz żołądka, który następnie wywoływał pesymistyczne myśli.

Myślałem więc o tym, co miałem tego dnia do zrobienia, ale przecież najpierw musiałem zneutralizować ten strach, który powodował, że drżały mi ręce i nogi, a myśli gdzieś uciekały w niebyt. Uznałem, że jeśli nie nadaję się do funkcjonowania w społeczeństwie, nie spełniam swoich najmniejszych wymagań, to  nie powinienem żyć. I w pewnym sensie obumarłem, popełniłem duchowe samobójstwo. Ale fizycznie żyłem nadal, jak romantyczny Gustaw, upiór z „Dziadów” Mickiewicza.

Dlaczegóż więc się ożeniłem z inną? Aby się ratować przed depresją? Może dla żartu, może z przekory wobec losu, może zrobiłem to dla niej, bo bardzo chciała być mężatką? Może z samotności, bo kiedy wyjechała ze świeżo poznanym literatem, którego sam zaprosiłem do naszego miasta, uczułem się tak beznadziejnie. Mieszkałem z powrotem przy rodzicach, w małym pokoiku, w bloku, wręcz przygnieciony samotnością.

*

Szukałem pracy. Wychodziłem rano na miasto. Zamarznięty śnieg, przysypany żółtym piaskiem. Miejscami gładkie rowki lodu wyślizgane przez dzieci. Po osiedlu i w całym mieście wałęsały się watahy bezpańskich psów. Po piętnaście, dwadzieścia w stadzie. Przeróżnej maści i gabarytów. Oto biegnie kłusem wielki biały owczarek, a obok niego chudy rudzielec, któremu z łatwością mogłem policzyć żebra, z wywalonym jęzorem, obok nich dwa łaciate kundelki, i tętniąca tłuszcza z tyłu. Wszystkie zwierzęta brudne, niektóre kulejące, inne owrzodzone. Nie wiem, skąd tej zimy wzięło się tak dużo porzuconych, bezpańskich psów.

Zaszedłem do redakcji gazety partyjnej, przyniosłem wiersze i opowiadania do sobotniego dodatku kulturalnego. Redakcja mieściła się przy placu imieniem Obrońców Stalingradu. Tę miejską przestrzeń zaprojektowali Rosjanie, jeszcze pod zaborem, w Kongresówce. W dwudziestoleciu, bywali tu na mszach polowych pod gołym niebem, Józef Piłsudski i Rydz Śmigły, a teraz komuniści urządzali swoje demonstracje. Ostatnio przeciw „warchołom z Radomia”.

W pokoju sekretarza redakcji witał mnie zawsze uśmiechnięty pan Tadeusz, rosły, zażywny, obnoszący się z angielską flegmą. Na ścianie wsiał portret Edwarda Gierka. Redaktor częstował gorącą herbatą, zapytał, co słychać, jak leci? Wszystkie teksty przeznaczone do numeru miał poukładane na półkach, podpięte metalowymi spinaczami, tytuły maszynopisów podkreślone zieloną kredką i korektorskie poprawki zaznaczone na czerwono. Uporządkowany świat partyjnej gazety.

Na dworze znów wpadałem w wir psiej watahy, wirujące po placu jak galaktyka, która omal nie porwała mnie ze sobą, pędząc ślepo przed siebie. Podmiejskim autobusem jechałem do miejscowości Nowiny, gdzie mieściła się redakcja „Słowa Budowlanych”. Redaktorem tego pisma zakładowego był poeta Bohdan Bogdan, który drukował mi felietony kulturalne, opowiadanka i wiersze. Honorarium nie było duże, ale starczało na papierosy i piwo w teatralnej knajpce Dziurka. Przy biurku redaktor Jerzy, nałogowy alkoholik, o wyniszczonej twarzy i zgorzkniałym uśmiechu, chudy, inteligentny facet, podobny do premiera Jaroszewicza, autor kryminałów, które pisał pod pseudonimem, wyciągnął ze sfatygowanej, skórzanej teczki butelkę zwykłej wódki i nalał nam po szklaneczce. Wypiliśmy pod papierosa.

Narzekał przy tym, że każą mu pisać pochwalne artykuły na temat nowo powstającej fabryki tlenku glinu, która jest w rzeczywistości cholernie szkodliwa. Jeśli powstanie i zacznie produkować, to mnóstwo ludzi umrze na raka, a środowisko naturalne ulegnie degradacji. Ale fabryka była oczkiem w głowie sekretarza Edwarda Gierka, który za jej pomocą zamierzał dźwignąć w Polsce budownictwo mieszkaniowe.

Wyszedłem z budynku, gdzie mieściła się redakcja i zauważyłem, że śnieg wokół przysypany jest szarym proszkiem, jakby popiołem. To był efekt pracy dymiących kominów pobliskiej cementowni. Przez nią wstrzymano budowę sanatorium dla gruźlików na pobliskiej Czerwonej Górze, otoczonej lasami. Ludzie w autobusie żartowali, że cement z kominów zaklei gruźlikom dziury w płucach.

Wróciłem do miasta. Wstąpiłem do teatralnej kawiarni Dziurka, ale nie spotkałem nikogo znajomego. Wszyscy moi koledzy z liceum wyjechali do innych miast, to samo nieliczni przyjaciele ze studiów. Poznikali też koledzy poeci. Staszek z Józkiem przenieśli się do Warszawy. Robią kariery w stołecznych redakcjach pism literackich. Nagle, ku swojemu zdumieniu, zobaczyłem matkę Agnieszki, która zaprosiła mnie do swojego stolika. Wypiliśmy kilka wódek. Opowiadała, że Agnieszka wyszła za mąż, urodziła dziecko, mieszka na Śląsku.

Byłem bardzo poruszony tą rozmową. Myślałem, że to może ja powinienem być ojcem dziecka Agnieszki, ale czy nadawałem się do tej roli? Chciałem jeszcze z kimś pogadać. Przyjaźniłem się z kilkoma niebieskimi ptakami, którzy nigdy i nigdzie nie pracowali, funkcjonując w socjalistycznym ustroju jako pasożyci. Nie wiadomo, z czego żyli, ale zawsze byli gotowi do pogaduszek abstrakcyjnych na każdy temat i do wypicia butelki piwa czy lampki wina. Podrywali dziewczyny, chodzili do kina i teatru, jedni pisali wiersze, inni nie, traktując samo życie jako dzieło sztuki. Można powiedzieć, że odgrywali po swojemu role z filmu „Wałkonie” Felliniego. Ale teraz nie spotkałem żadnego z nich.

Powlokłem się jeszcze na dworzec, gdzie rezydował zazwyczaj inny mój kolega, Romek. Był bratem słynnego wówczas dziennikarza, a zarazem partyjnego ideologa. Nie mniejszy od niego erudyta, odpadł gdzieś na drugim roku studiów,  obecnie na utrzymaniu starej matki. Sukcesywnie sprzedawał książki z bogatego rodzinnego księgozbioru, aby tylko starczyło na codzienną butelkę wina oraz na papierosy. Ubrany był niechlujnie, w jakiś stary kożuch przewiązany paskiem. Rozumiał mnie, był w podobnej sytuacji, zadręczony przez nerwicę, która zmieniła go w alkoholika, strzęp człowieka. Znajomi, którzy całe dnie spędzali na dworcu, powiedzieli mi, że Roman nie żyje. Zmarł kilka dni temu, u siebie w domu. Pił z kolegą wino i nagle spadł z krzesła. Już nie wstał.

Zapadał wczesny zmierzch, zapalono uliczne lampy. Zrobiło się zimno, ślisko i obco. Sypał drobny, wilgotny śnieg, który oblepił mi włosy i właził za kołnierz. To miasto wydawało mi się puste, gorzej: martwe. Nie miałem tu nikogo, z kim mógłbym szczerze pogadać, wyżalić się, wypłakać…

Lekarstwo, wymieszane z alkoholem, spowodowało, że nie myślałem jasno. Miałem jakieś zwidy, mówiłem sam do siebie. Do ciemnej sylwetki, stojącej przy moim lewym ramieniu, powiedziałem głośno, że mam już dość wszystkiego. Wyciągnąłem z kieszeni ostatnie pudełeczko lekarstwa, bo tylko ono trzymało mnie przy życiu i cisnąłem je z rozmachem na jezdnię, prosto pod koła rozpędzonych samochodów, które bryzgały na chodniki brunatnym błotem. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że zrobiłem głupstwo, więc zacząłem somnambulicznie iść przed siebie, żeby odzyskać moje zaczarowane pigułki, prosto pod koła wielkiej ciężarówki.

Wtedy ujrzałem, jak z mroku wyłania się stado bezpańskich psów, które z impetem biegnie wprost na mnie. Uderzenie ścięło mnie z nóg. Upadłem boleśnie na lewy łokieć, skręciłem nogę w kostce, nie mogłem się ruszyć, zacząłem płakać z bezsilności.

Słyszałem pulsujący sygnał alarmowy, niebo rozbłysło dziwnym fioletowym, cudownym światłem. Pomyślałem, że to mój Anioł Stróż powstrzymał mnie przed samobójczym krokiem, a teraz nadchodzi z nieba na ratunek. Zobaczyłem nad sobą rumianą, pucołowatą twarz funkcjonariusza.

– Chyba pijany – powiedział do swojego kolegi, który wolno kołysząc się, szedł za nim. Chwycili mnie z dwóch stron za ramiona, powlekli chodnikiem, a potem wepchnęli do milicyjnej suki. Metalicznie zatrzasnęły się drzwi. Zapadła ciemność.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko