Krzysztof Lubczyński rozmawia z KRZYSZTOFEM LANGIEM

0
160

Krzysztof Lubczyński rozmawia z KRZYSZTOFEM LANGIEM



W 1995 roku nakręcił Pan bardzo dobry film „Prowokator”. To utwór w poetyce sensacyjno-politycznej, którego akcja rozgrywa się w okresie rewolucyjnego wrzenia na początku XX wieku, a przy tym dotykający ówczesnych zagadnień moralno-kulturowych, czasu przełomu modernistycznego na ziemiach polskich. Polskie kino dotykało takich obszarów, choćby Edward Żebrowski czy Jacek Koprowicz. Miałby Pan ochotę wrócić do pokrewnej problematyki?


– Miałbym, ale co z tego, skoro na takie filmy nie ma obecnie pieniędzy. I nie wiem czy będą kiedykolwiek. Bezwzględnie rządzi reguła pokupności tematu, czyli oglądalność, a nie najwyższa nawet waga intelektualna czy kulturowa tematu. Dziś do przeszłości tak odległej producenci niechętnie sięgają. Wydaje im się chyba za odległa, a przez to trudna do zrozumienia dla szerszej widowni. Jeśli już się dotyka przeszłości, to okresu wojennego i powojennego, jednak też są to raczej preteksty do podejmowania rozmaitych zagadnień uniwersalnych, a nie do kształtu przeszłości jako takiej. Tymczasem rzeczywiście w problematyce typowej dla przełomu wieków XIX i XX jest pasjonujący ładunek intelektualny i estetyczny. Szczęśliwie w tej całej sytuacji zdarzają się wyłomy i jest szansa, że wezmę udział w kręceniu serialu o ostatnim królu Polski Stanisławie Auguście Poniatowskim. Podejrzewam, że producentów zainspirowało powodzenie historycznych seriali BBC, na przykład o Tudorach.


Chyba od ponad dwudziestu nie nakręcono w Polsce serialu dotyczącego historii dawnej. Zaczynał Pan jako asystent reżyserów Piotra Andrejewa przy filmie „Klincz” i Tadeusza Chmielewskiego przy „Wiernej rzece”. Co Panu dały te doświadczenia?


– „Klincz” dał mi możliwość wniknięcia w skromne inscenizacyjnie, kameralne kino społeczne, w mały realizm. Z kolei przy „Wiernej rzeka”, jako dużym przedsięwzięciu, sporo dowiedziałem się o tego rodzaju produkcji, plenerowej z dużą liczbą statystów. Ta wiedza już na stałe mi procentuje. Myślę, że odmienność obu wspomnianych produkcji sprawiła, że zawsze szukałem zróżnicowanej tematyki, nie zamykałem się w jakiejś jednej przestrzeni tematycznej. Tę wielogatunkowość chyba w moich filmach widać.


Zrealizował Pan też blisko trzydzieści filmów dokumentalnych o zróżnicowanej problematyce, m.in. o Kabarecie pod Egidą, o niebanalnym solidarnościowym działaczu Janie Narożniaku, o Paryżu Władysława Lubomirskiego, Lisowczykach, Powstaniu Warszawskim czy o klątwie skarbu Inków. Skąd wybór dokumentu?


– Po prostu bardzo lubię ten gatunek. Poza wszystkim pozwala on podjąć tematy, na które w kinie fabularnym nie ma szans. Trochę pomógł mi przypadek, gdy w stanie wojennym produkcja fabularna uległa radykalnym ograniczeniom, spowodowanym czynnikami politycznymi, ale także choćby aktorskim bojkotem.


Otarł się Pan też o teatr żywy, co prawda zaledwie kilka razy na przestrzeni trzydziestu lat, po raz pierwszy wystawiając sztukę Iredyńskiego „Głosy” w 1979 roku, a ostatnio w 2010 „Kobietę w czerni” Malatratta. Dlaczego nie poświecił się Pan bardziej teatrowi?


– Odpowiedź jest prosta – mojemu temperamentowi bardziej odpowiada film i telewizja. Co nie znaczy, że nie cenię teatru, bo inaczej od czasu do czasu bym do niego nie wracał. Teatr, to dobra lekcja formy, trzeba tu i teraz zaplanować, który aktor i jak na scenę wchodzi i z  niej schodzi. Tego brakuje przy pracy w filmie i telewizji, gdzie pracuje się kawałkami, zaczynając nieraz od końca, a kończąc na początku, dopiero w montażu układając narrację linearną. W teatrze wszystko od razu musi grać. Już na próbie generalnej.


W Teatrze Telewizji pracuje Pan już od 27 lat. Co ceni Pan w tej formie?


– Choćby  większą mimo wszystko niż gdzie indziej szansę realizacji wielkiej klasyki. Szkoda, że na takie realizacje jak „Książę Homburga” von Kleista z Gustawem Holoubkiem, który zrealizowałem w 1993 roku czy „Chorego z urojenia” Moliera trzy lata później, tak trudno teraz o pieniądze. Takie teksty dają możliwość rozmachu i realizacyjnego i artystycznego. Teatr Telewizji daje ciekawe możliwości, odrębne niż w filmie i niż w teatrze żywym. Daje też możliwości zabawy formą, dużo większe niż w filmie kinowym i inne niż w teatrze żywym. Ja w moje pracy najbardziej cenię właśnie formę. Nie psychologizowanie i moralizowanie jest dla mnie w sztuce najciekawsze, ale forma, umiejętność stworzenia ciekawego świata, rządzącego się swoimi prawami. 


Taką możliwość zabawy formą dał Panu niespodziewanie Teatr „Kobra”. Po przeszło ćwierć wieku od ostatniej realizacji pojawi się w Pana reżyserii na ekranach Telewizji Polskiej. Zabawa formą?


– Trochę tak, trochę nie. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych czwartkowe widowiska kryminalne przyciągały wielomilionową widownię. Ulice Polski w tym czasie pustoszały. O ile pamiętam, ostatnie, nieliczne „Kobry” pojawiły się w latach osiemdziesiątych. Historia „Kobry” i jej odbioru, to historia pewnego fenomenu, który był zresztą możliwy tylko w tamtych czasach, gdy w Polsce był najpierw jeden a potem dwa programy telewizyjne, a oferta kinowa dużo skromniejsza, nie mówiąc już o braku Internetu. To temat na książkę, jako że film dokumentalny o „Kobrze” już powstał. W widowiskach sygnowanych charakterystycznym motywem z wijącej  się kobry autorstwa Eryka Lipińskiego i niezapomnianą melodyjką pochodzącą z kompozycji Francisa Poulenca grali wybitni aktorzy, realizowano je według tekstów autorów polskich i obcych, najczęściej angielskich. Czasem były to inscenizacje popularnych kryminałów kieszonkowych z kluczykiem lub jamnikiem. „Kobry” realizowali świetni reżyserzy, a przewinął się przez nie kwiat aktorstwa polskiego. Ja się okazało, ta „Kobra” do  nie wraca. Wprawdzie nigdy nie zrealizowałem „Kobry” w telewizji, ale zrobiłem ją kiedyś na scenie żywej. Była to wspomniana „Kobieta w czerni” w Fabryce Trzciny na Pradze. 


Pierwsze „Kobry” telewizyjne realizowano na żywo i tym razem też będzie na żywo…


 – Tak, będzie to nawiązanie do początków cyklu, a poza tym w telewizji uznano, że nadawanie widowiska tu i teraz zwiększa magię widowiska i przyciąga większą widownię. Między aktami będzie wstawka filmowa. Co prawda „Kobry” na żywo były czarno-białe, ale my zastosujemy kolor, który pojawił się w telewizji polskiej na początku lat siedemdziesiątych. Także charakterystyczne logo „Kobry” z wijącą się i „puszczającą oko” kobrą, będzie kolorowe. Nie będziemy nadmiernie nawiązywać do najstarszych postaci „Kobry”, bo jednak nie robimy widowiska dla amatorów telewizyjnych smaczków z archiwum, ale dla współczesnej widowni. Wybrałem „Dawne grzeszki”, sztukę dwuaktową angielskiego autora Rogera Mortimera Smitha, tekst moim i nie tylko moim zdaniem świetny, kameralny, na niewielką obsadę, lekko napisany, który autor nazwał komedio-thrillerem, więc będzie trochę strachów, trochę śmiechów. Będą tu też pewne podteksty klasowe charakterystyczne dla społeczeństwa angielskiego. Znajdzie to odzwierciedlenie w języku postaci. Nie jest to proste, ponieważ w polskim języku nie ma aż tak jaskrawych podziałów i nie będzie łatwo o odpowiedniki.

 

Nawiąże Pan do stylistyki dawnej „Kobry”?


– Poniekąd tak, choć będę starał się zrobić to środkami nieco bardziej filmowymi niż ściśle teatralnymi. Zresztą uważni widzowie „Kobry” , a zwłaszcza jej miłośnicy na pewno pamiętają, że ewoluowała ona od widowiska zamkniętego w dekoracjach z tekstury i gipsu w studiu poprzez widowiska wychodzące w plenery, aż do prawie całkowicie filmowych.


Czy konwencja kostiumowa i scenograficzna będzie nawiązaniem do lat sześćdziesiątych?


– Tak, to będzie specyficznym smaczkiem. Tak będą ubrani bohaterowie, choć akcja sztuki będzie usytuowana współcześnie. Będziemy też szukali odpowiednich rekwizytów, ale nie będziemy popadali nadmiernie w styl retro. Rzecz będzie zrobiona trochę z przymrużeniem oka, z angielską ironią, tak zresztą jak robione były tamte „Kobry” sprzed lat. Były zresztą widowiska na bardziej poważnie, jak choćby „Szal” czy „Melissa” i były z założenia komediowe jak „Arszenik i stare koronki”. Zachowujemy też oczywiście pewien sposób pokazywania angielskości charakterystyczny dla dawnych „Kóbr”, też z lekkim przymrużeniem oka.


Tematyka i poetyka sensacyjno kryminalna pasjonuje Pana szczególnie?


– Tak, lubię ten gatunek, a poza tym poprzez niego można pokazać dużo więcej niż tylko intrygę kryminalną. Można pokazać kawałek życia społecznego, mechanizmy psychologiczne i inne rzeczy. Kryminał to gatunek pojemny. Nieprzypadkowo dla żartu zagrałem reżysera bronka Kornackiego w jednym z odcinków serialu „Wydział zabójstw”. Taką modę pojawiania się reżyserów w epizodach własnych filmów zapoczątkował mistrz kryminalnego suspensu, Alfred Hitchcock.


Dziękuję za rozmowę.


Krzysztof Lang – ur. 2 czerwca 1950 w Warszawiereżyser i scenarzysta. Absolwent chemii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Wydziału Filmowo-Telewizyjnego na Uniwersytecie Śląskim. Zajmuje się filmem fabularnym, dokumentalnym, krótkometrażowym i historycznym. Wyreżyserował szereg spektakli Teatru Telewizji. Zrealizował także filmy „Remis” (1984), „Papierowe małżeństwo” (1991) – Nagroda Srebrne Grona, Łagów 1992), „Strefa ciszy” (2000), „Miłość na wybiegu” (2009), „Śniadanie do łóżka” (2010). Realizował też odcinki m.in. seriali „Fala zbrodni”, „Wydział zabójstw”, „Magda M”, „Komisarz Alex”. W teatrze Telewizji debiutował „Natalią” W. Briusowa (1986), a zrealizował też m.in. „Półświatek” A. Dumasa (1997), „Kram z piosenkami” L. Schillera (1997) „Branda” H. Ibsena (1999), „Pierwszy września” W. Bieńko (2007), „Tajnego współpracownika” C. Harasimowicza (2011). W teatrze żywym m. in. „Korowód” A. Schnitzlera (1995).

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko