Krystyna Habrat – NA GRANICACH LITERATURY

0
157

Krystyna Habrat


NA GRANICACH LITERATURY


Franciszek Maśluszczak  Jakoś nie chce mi się teraz nic pisać. Tak już od miesięcy. Po co mam dokładać swoją pisaninę do olbrzymiej ilości drukowanego słowa, jaka jest każdego dnia produkowana? Wydaje mi się, że wielu chętniej teraz pisze niż czyta innych. To taka samoobsługa: napisz sobie sam książkę, jaką chciałbyś przeczytać.

  Zaraz, ale ja ją już znam zanim zacznę pisać! No to leniuchuję. Od czasu do czasu uszczknę coś z olbrzymiej masy książek, jakiej jeden człowiek nigdy nie będzie w stanie choćby przejrzeć, i pójdzie ona w większości na słynne z powieści Zafona cmentarzysko książek zapomnianych. U niego szyk słów w owym określeniu był inny, a tu musi być tak.

   A więc uszczknę coś, czyli poczytam. Najchętniej z mojej własnej półki, gdzie mam wiele pozycji ulubionych. Ostatnio z okazji Bożego Narodzenia wyjęłam te, związane ze świąteczną  tematyką.  Mam tu swoje ulubione: fragment z „Listów Nikodema” Dobraczyńskiego,  kilka felietonów Mirosława Żuławskiego z tomu „Pisane nocą” i amerykański zbiorek optymistycznych opowiastek: „Balsam dla duszy na Boże Narodzenie”. Wczoraj skończył się  czas bożonarodzeniowy, więc schowałam te książki i kilka innych rekwizytów.

  Ale zanim je schowałam jeszcze tu i tam  poczytałam  ulubione fragmenty. Dobraczyński utwierdza w przekonaniu, że jednak w Betlejem było zimno i padał śnieg i nie  zamierzam tego sprawdzać, bo ten akurat atrybut to dla mnie licencja poetica. Ważniejsze, jak pięknie on  sceny Narodzenia Pańskiego  opisuje.

  Żuławski nadal wzrusza opisami atmosfery rodzinnej w swoim domu, szczególnie na święta. Jakże bliskie mi rozterki jego żony, czy wyjechać na święta do cichej leśniczówki, czy też jak zwykle zaprosić do siebie obu synów z rodzinami, żeby wspólnie się radować, a najmłodsze pokolenie miało na całe życie piękne wspomnienia świątecznego stołu, przysmaków, choinki, śpiewu kolęd. Odpoczynek u znajomych w lesie kusi, ale żona autora nieodmiennie wybiera w końcu święta z rodziną,  choć będzie musiała nakupić mięs i ryb, coś tam ukisić, przyrządzić, upiec… umęczyć się, ale tak jakoś radośnie… Ja latami myślałam i robiłam podobnie, a też mamy dwóch synów.

   Dziś  ostatni raz przeglądam „Balsam dla duszy na Boże Narodzenie” zanim odstawię go na półkę na cały rok. Ten „Balsam…” to cały cykl opowiadań amerykańskich, złożony z wielu już tomów. Mam  już „Balsam dla duszy kobiety”, czytałam i inne. Książki te pisze kilku autorów, ale  dołączają też swoje inni, czasem kaznodzieje, terapeuci, ale i zwykli ludzie, pragnący podzielić się ze wszystkimi swoją  filozofią życia i   doświadczeniami. I to jest ciekawe.

  Niejedno z tych opowiadań ma prostą formę,  ale szlachetne intencje. Czasem nazbyt prostoduszne, ale podnoszące na duchu choć na chwilę. Ludzie po prostu muszą się dzielić z innymi swą radością życia, życzliwością i pełni dobrych intencji pragną nimi zarażać innych.   To właśnie w tych książkach chwyta za serce.

  Są tu wzruszające opowieści o zwyczajach domowych, które wprowadzały określony nastrój świąteczny i dzięki temu te dni wybijały się z ciągu jednakich dni, jakie zostały w pamięci. Ktoś opisuje, jak całą rodziną pieczono kiedyś ciastka na święta, wyrabiano tradycyjne potrawy. Wielu z  obecnych tam bliskich już nie ma, ale zachowało się ich miejsce w takich wspomnieniach i w święta powraca. Dzieci z ubogiego domu nie miały kominka, nad którym należało zawiesić pończochy na prezenty, więc co roku robiły taki jako atrapę z tektury i było dobrze. A kiedy rodzice wygrali na loterii i kupili sobie dom, zaprosili na święta dorosłe już dzieci i te odnalazły w kąciku przy schodach ich dawny tekturowy kominek, jako pamiątkę dawnych radości i marzeń, a przede wszystkim chyba miłości rodzinnej.

  W innych opowieściach pachnie przyprawami do ciast, ale i choiną prosto z lasu. Ślinka leci przy opisach wyrabianych pasztetów. Słychać śpiewy bożonarodzeniowe i radość przy wzajemnych życzeniach.

  Nieważne, czy poszczególne teksty należą już do prawdziwej literatury, gdzie wymagany jest kunszt języka,  wyszukana forma, wzniosła idea. Tu nawet idee bywają czasem naiwne. Szczególnie dla nas Polaków, bo my nie wierzymy w mit pucybuta, który może stać się milionerem. U nas, nawet gdyby taki zaszedł dość daleko, to tak mu dokopią, że   wnet zbankrutuje.

 Ale podobne bajeczki miło głaszczą duszę. Zaraz poprawia się humor i człowiek staje się życzliwszy dla innych. I o to chodzi!

  Tu tkwi sedno, odpowiedź, po co są takie lekkie książki? One mają nas tylko pocieszyć, uspokoić, nastawić pozytywnie do życia.

  Teoretycy literatury nie nazywają takich literaturą. Nie szkodzi. Takie książeczki są potrzebne nam, zwykłym zjadaczom chleba, którzy nie muszą karmić się każdego dnia serwowaną nam z telewizora pożywką dramatów świata. Nie muszą co dzień przezywać dylematów Hamleta czy Raskolnikowa. Czasem potrzebują zwykłego balsamu dla duszy. Nie szkodzi, że to  czasem pogranicze literatury, bo nie spełnia wymogów poetyki, gdzie nawet dydaktyką się gardzi.

   Niekiedy należy spuścić z tonu i sięgnąć po literaturę lżejszego kalibru. Dla pocieszenia serca. Mój kolega felietonowy na pewno się teraz krzywi, jeśli zdołał do tego miejsca doczytać w co wątpię, bo on szybuje w wyższych regionach  kultury. Ale i jego smętki czasem dopadają. Więc mu odpowiem, że człowiek podniesiony na duchu dzięki takiej literaturze i tak sięgnie szybko po literaturę wyższych lotów, bo ta lekka  to smakołyk, którego za dużo na raz się nie zje.

  Spóźniłam się trochę z tym felietonem. Napisałam go i zostawiłam niedokończony. Dopiero dziś, w Walentynki, przeczytałam go od nowa. A tu już i karnawał się kończy. Jednak na radość życia  zawsze  jest czas odpowiedni. Zresztą idzie wiosna, czas nadziei.


Krystyna Habrat

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko