Andrzej Walter – Ubek

0
164

Andrzej Walter

 

Ubek


Teofil Ociepka 


  

   Oto mamy kolejną ważną książkę w naszym kraju. To „Ubek” Bogdana Rymanowskiego. Do czytania „jednym tchem”. Najzabawniejsze w całej historii jest jednak to, że śledząc różne oceny i komentarze do publikacji znanego dziennikarza stacji TVN natrafiamy na analizy rzetelności „spowiedzi” byłego agenta. Możemy zapoznać się z rozważaniami – czy przypadkiem na pewno możemy wierzyć ubekowi. Możemy zapoznać się z wątpliwościami, czy skrucha jest szczera i jaka jest jej wartość – wartość Prawdy … w prawdzie objawionej. Śmiechu warte.

 

   Ponieważ od lat param się fotografią, muszę cię, drogi czytelniku, uczulić na Tło. Tło stanowi integralną część obrazu i jako takie, powoduje całościowy jego efekt. Efektu tego, co odbierasz oraz tego, jak to odbierasz, nie byłoby bez tła. Ono – niezauważalne – skupia świadomość i wznieca takie, czy inne emocje. Scena główna jest tematem zdjęcia, tło tworzy jego atmosferę. Wyjątki potwierdzają regułę.

   Tak samo dzieje się z książką Rymanowskiego. Czyta się tę książkę jak najlepszy kryminał, tyle, że jej bohater istnieje naprawdę, a opisane zdarzenia są faktem. Janusz Molka – niegdyś konspirator “Solidarności”, potem gorliwy agent, wreszcie funkcjonariusz SB – dał się namówić Bogdanowi Rymanowskiemu na niezwykłą spowiedź. Otóż spowiedź ta jest zapisem subiektywnie opisanych wydarzeń. Właściwie dramatu człowieka. Jak i ludzi z jego otoczenia. A właściwie nas wszystkich.

   Jest taka scena w kultowym już filmie francuskim „Amelia”, której motto brzmi tak: – kiedy palec wskazuje niebo, tylko idiota patrzy na palec… Lektura tej książki przypomniała mi wspomnienia Waltera Schellenberga, bodaj najciekawszych ze wspomnień opublikowanych przez wysoko postawionych byłych nazistów. Akcja płynie wartkim strumieniem. Trup ściele się gęsto. Przy okazji mamy możliwość obserwacji wydarzeń i postaw. Esencją i jądrem przedstawionych faktów jest jednak to, … czego nie przedstawiono, a co jaskrawo pokazuje, w jakim kraju przyszło nam żyć.

 

   „Lato 1989. Polska polityka gwałtownie przyśpiesza.

Generał Czesław Kiszczak (człowiek honoru – komentarz autora) usiłuje bez powodzenia stanąć na czele nowego rządu, a na początku lipca „Gazeta Wyborcza” publikuje artykuł Adama Michnika >Wasz prezydent, nasz premier<. Pierwsza część tego politycznego planu szybko się materializuje. 8 lipca Zgromadzenie Narodowe przewagą zaledwie jednego głosu wybiera generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL. Opozycja dotrzymuje tym samym umowy z Magdalenki.

   Transformacja jest kontrolowana. I to dosłownie.”

 

   Palec wskazywał niebo. I wielu spogląda za palcem. Inny palec też je pokazuje:

„- Ujawni pan agentów? – pytam.

– Pewnych nazwisk nigdy nie wymienię.

– Nadal obowiązuje pana omerta?

– Bo nie upadłem jeszcze na głowę. Dawni agenci mogą dzisiaj wygrać każdy proces, bo ich teczki zostały zniszczone.

– Widuje ich pan czasami?

– Wielu z nich oglądam w telewizji.

(…)

– Nie może pan tego napisać, bo będę miał proces. W tym kraju byli agenci mogą wyłgać się ze wszystkiego. Nawet najmocniejsze dowody nic nie znaczą.

Kiedy pytam o wiarygodność archiwów SB, odpowiada bez zastanowienia.

– Teczki są w znakomitej większości wiarygodne. Ciężko było stworzyć fikcyjną agenturę, gdyż przełożony oficera prowadzącego w każdej chwili mógł zażądać spotkania kontrolowanego z agentem. Ze mną takie spotkania odbywał pułkownik Ring, szef gdańskiej SB. Każdą otrzymaną informację mogli zweryfikować. Esbecy to byli fachowcy, nie wytwarzali gównianych dokumentów.

Molka swój wywód kończy opinią, że bezpieka jako jedyna instytucja zachowała sprawność na tonącym statku, jakim pod koniec lat 80. Był już PRL.

– Nie byłoby to możliwe, gdybyśmy pracowali na fałszywych papierach. Kto mówi, że jest inaczej, ma trupa w szafie – dodaje z przekonaniem.”

 

   Dodajmy jeszcze tutaj, że wielu wysoko postawionych oficerów było szkolonych przez KGB. O jakości tych lekcji – zwłaszcza dziś – chyba nie trzeba przekonywać. Jest oczywista i wysoka. Sowieckie służby specjalne zawsze słynęły z tego, że mogą się równać szkoleniom Mossadu, a przerastają częstokroć wyszkolenie agentów CIA. To względy ekonomiczne, a w późniejszej fazie dopiero ideologiczne, doprowadziły do rozmontowania systemu. Argumentacja zatem (tak powszechna wśród przeciwników lustracji) o spaleniu teczek jest prawdziwa, ale argumentacja o małej ich wiarygodności stanowi celowe wytwarzanie zasłony dymnej dla prawdy. Najprościej zdeprecjonować fakty relatywizując dokumentację. Potem można już stosować propagandę. A to przez 50 lat wychodziło doskonale. (liczę od roku 1939).

 

   Zatem spójrzmy z powrotem w niebo. Nie na palec. A zobaczymy tam konstrukcję naszego dzisiejszego państwa. Zastępy wątpliwych autorytetów i atmosferę: niejasności, nieufności i medialnego kreowania rzeczywistości. Co nam to przypomina?

    Po 4 czerwca 1989 Joanna Szczepkowska na łamach telewizyjnych zadeklarowała, że „tego dnia skończył się w Polsce komunizm”. A co się zaczęło? Dziś możemy właściwie już odpowiedzieć. Będzie to odpowiedź długa i pokrętna, skomplikowana i zajmująca. Żenująca odpowiedź. Odpowiedź, którą każdy z nas powinien sam rozważyć we własnym sumieniu, otoczeniu i środowisku. Nasza obecna rzeczywistość ma twarz poprzedniego systemu. Nazwaliśmy go dziś kapitalizmem, liberalną demokracją czy też jakimś innym, wiekopomnym hasłem. Prawda jest jednak brutalna. Choć wiele spraw i zasad działania uległo radykalnym zmianom, wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Rynna nazywa się wolnością i podszyta jest tak zwaną tolerancją. To wolność dla ustawionych i (już dziś) bogatych, a tolerancja dla postępu. Postępu o wydźwięku rozmontowywania tradycji. Jak napisał ktoś ostatnio – cywilizacji kredytu. Cóż, w niej właśnie żyjemy.

 

   Pozornie uczyniłem przeskok myślowy. I przeskok czasowy o całe ćwierć wieku. To, co przeskoczyłem, pozostawiam władzom rozumu inteligentnego czytelnika – niech sobie dopowie sam, bądź dopisze te brakujące historie. Każdy z nas ma inne doświadczenie. Innych ludzi spotkał w swoim życiu i inną drogę obrał. Przestrzeń publiczna zmienia się znacznie  wolniej. Właściwie ona ulega procesom historycznym, a te toczą się skokowo. Niby nic się nie dzieje, a dzieje tak wiele. To, co zostało zamiecione pod dywan, tkwi jednak w życiorysach, decyzjach, w wyborach i mentalności. Możemy udawać, że nie. Media – chcące z nas uczynić idealnych konsumentów – skutecznie nas do tego przekonują odwodząc od naturalnego myślenia. A właśnie o naszym życiu decydują ludzie skażeni, ludzie, których postawy pozostawiają wiele do życzenia ( zarówno te minione, jak i dzisiejsze), ludzie, którzy są doskonale stransformowani. Pytanie tylko – do czego?

 

   I pytanie również dlaczego? 

 

   To nie tylko media montują nam to, co mamy przed oczami. Montują to właśnie ludzie. Ludzie bez zasad, ludzie skonfigurowani bądź wychowani na zrelatywizowanych pojęciach, ludzie chciwi władzy, pozycji i materialnego dostatku. Ludzie mali i miałcy. Ich jedyną zaletą jest ładne wyglądanie na szklanym ekranie. Dlatego też upada nasza kultura, edukacja i nawet suwerenność. Sądzicie, że jest inaczej? Brawo. Można i tak. Tylko jest samookłamywanie się.

 

   Pozornie daleko odbiegłem w dywagacjach nad „stanem po”. Po czym? Nazwałbym to stanem po stole okrągłym. Stół gnije pod ciężarem zatęchłej atmosfery. Tak naprawdę nigdy jej nie oczyściliśmy. Ćwierć wieku pozorowaliśmy działania, reformy, zmiany. Niby jest lepiej. Tylko nie można już młodych ludzi nazwać „rozpuszczonymi szczeniakami”, gdyż narazimy się na proces i nakaz przeproszenia. Ci młodzi – jeśli nie wyjadą – będą pracować na nasze emerytury. Bądź też zafundują nam tańszą i sprawniejszą eutanazję. Tak będzie higienicznej. Wkrótce, z duchem postępu, usankcjonujemy takież to rozwiązanie prawnie. Jak i inne nowe i pomysłowe.

 

   Jak to się ma do książki Rymanowskiego? Nijak. A może jednak jakoś … Ja nie piszę tylko o książce, choć to bardzo dobra książka – nominowana do Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza za rok 2013. Ta książka powoduje refleksje. Wbija w fotel (chyba nawet bardziej niż „Resortowe…”). Choć wielu zauważy, że mniej. Zauważy tak, dlatego, że może tak prościej. Kawę na ławę. Łopatą do głowy. Ja, proponuję wam myślenie samodzielne, myślenie z wyobraźnią, bez nazwisk i wydarzeń. Myślenie przyczynowo-skutkowe, bez możliwości dowiedzenia tez. Myślenie prawdopodobne, będące asumptem do dyskusji. Przecież nie wiemy czy Nowak albo Kowalski … To w sumie mało ważne. My – jesteśmy zarówno Nowakiem jak i Kowalskim. Choćby nam się to nie zdarzyło. Z tej gliny powstaliśmy. Z niej wciąż czerpiemy i lepimy nowych „rozpuszczonych smarkaczy”. Doświadczyłem tego nawet we własnej firmie. Na pewne zastrzeżenia zgłoszone do praktykantów odnośnie stylu i tempa ich pracy usłyszałem same roszczeniowe sformułowania. Żaden z nich nie zapytał – co moglibyśmy zrobić lepiej? To my ich tak wychowaliśmy. Syndrom czasów? Czy po prostu efekt?

 

   Nie twierdzę też, że totalna lustracja – czerpiąca z ducha „Czarownic z Salem”, to panaceum za całe zło obecnej Polski. Tylko tego by brakowało, aby ktoś tak pomyślał. Pytam tylko – co się z nami stało? Kto nami rządzi? Kto nam radzi jak żyć – zwłaszcza w telewizorach.

 

   Kiedy czytałem „Ubeka” cały czas wracałem do lat osiemdziesiątych. Konfrontowałem wydarzenia, o których słyszałem i czytałem, ze „spowiedzią” człowieka, który w nich uczestniczył. Nie myślałem o tym czy mówi całą prawdę i tylko prawdę. Nie myślałem też czy kłamie. Pewne stwierdzenia dawały jakiś logicznie widziany obraz. Atmosferę czasów. Ludzi w tle. Ludzi, którzy nigdy nie wyszli z tego Tła, nie wyszli z cienia. Pomimo fleszy lamp i świateł reflektorów ich mentalność nadal w tym cieniu tkwi. Są po ciemnej stronie mocy. W tym cieniu dorastają ich dzieci, oraz wnuki. W tym cieniu dorastałem i ja. To cień systemu. Cień pustych słów, które i dziś brzmią podobnie. Marksiści popełnili jeden poważny błąd. Chcąc stworzyć nowego człowieka zlekceważyli siłę rodziny. Tam została wolność – jakoś tak, wobec systemu – absolutna. System upadł. Dziś nowi marksiści tego błędu już nie popełnią. (a nowi marksiści to: wojujące feministki, ateiści, genderowcy i nniej maści oszołomy)  I to się właśnie na naszych oczach dzieje. Demontaż rodziny. Singiel – czyli najbardziej pożądana komórka społeczna. Model podstawowy. Cyrograf nowoczesności. Jest z tym tylko jeden problem. Oni zaczynają walczyć z Naturą. Z naturalną potrzebą człowieka do miłości i łączenia się w pary. Do tej pory z Naturą jeszcze nikt nie wygrał. Nie wygrają i oni. Mogą to umocnić w Europie, która gnije od środka. Europa jednak – to nie cały świat …

 

   Ubek zrobił się dziś bardzo rozmowny. Snuje opowieści i historie. Czyni rachunek sumienia. A właściwie już uczynił. Jeden na piedestale, drugi na śmietniku. Jeden wytrawny jak nowy świat, a drugi kwaśny i sfermentowany. Jeden oklaskiwany przez tłum, drugi wzgardzony. W tym zawieszeniu broni do pokoju wchodzi Historia i puka. Historia nowa – nieznana. Na razie nie będzie nas łamać. Nie zażąda deklaracji współpracy. Na razie stoi u bram z hordą barbarzyńców. Zawsze możemy jej nie wpuścić. I przełączyć kanał.

 

Andrzej Walter

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko