PIOTR PROKOPIAK – POSZUKUJĄC ZNACZEŃ

0
90

PIOTR PROKOPIAK

 

POSZUKUJĄC ZNACZEŃ

 

           

            Te obrazy utrwalają się mimowolnie, wnikają w kartkę. Poezja Łucji Dudzińskiej prezentowana w debiutanckim tomiku „Z mandragory”, zdaje się być próbą ogarnięcia tego, co zagadkowe. Co jest wyczuwalne, a jednak trudne do określenia i wątłe jak nić babiego lata. Skrzętnie pielęgnowane, dostępne nam fragmenty objawienia, choć mają się skroplić w większą całość to jednak są przyczynkiem do kolejny pytań. Strzaskane lustro rozmnoży usta, powieli zdania, te ważne i mniej ważne. Można przypuszczać, że „szósty zmysł” jest  zdolnością do czerpana z podświadomości obrazów podsycanych zdarzeniami  i odczuciami, dostrzeganiem innych wymiarów nasyconych jakby emanacją człowieczej jaźni. Mnogość odrębnych jednostek daje możliwość niezliczonej ilości permutacji, a jednak łączy nas ten sam korzeń, pragnienie podporządkowania sobie świata realnego. No właśnie, korzeń… Nie jestem botanikiem, a z biologii miałem raczej mierne oceny, ale wyczytałem, że bywa, iż korzeń tytułowej mandragory przybiera kształt ludzkiej postaci. To może otwierać następne przestrzenie interpretacji. Jesteśmy zakorzenieni w czas teraźniejszy… napiętnowany przemijaniem. Oplatamy siebie nawzajem tysiącami zależności i powiązań. Unieśmiertelniamy się w przyszłych pokoleniach.

 

Między nami granica. Jesteś we mnie, a już uczysz się

samotności bycia przed i po.

 

(…) Mam cię na własność,

zanim zaczniesz należeć do świata, a on do ciebie.

 

             Autorka jawi się jako szamanka której metafory wciągają  w czeluść melancholijnych wizji. Tu nie ma dosłowności, tu każdy detal nabiera subiektywnych znaczeń. Lektura „Z mandragory” poddaje nas narkotycznemu falowaniu myśli. Poszukiwanie konkretu odnajduję w dwóch wersach:

 

Równowaga ducha to teraz, które zawsze wspomina

przeszłość, dąży do przyszłości.

 

            „Teraz” jest zawsze. Jedyna pewność dostępna człowiekowi przeradza się w złudny mit wyselekcjonowanych ułomków wspomnień, tworząc tym samym bezprecedensowy świat pośród innych światów. Poczucie niedosytu popycha głodnych na życie ku mirażom oczekiwań i nadziei.  Poczucie niedosytu mające być nigdy niezaspokojone, nawet w chwili śmierci. Dopiero głęboka zapaść psychiczna „nasyca” i okrada z imperatywu dążności ku pełni, której wizję każdy ma własną.

 

(…) W końcu każdy spełnia jakąś rolę-

czasem pod dyktando. Wyłącznie samemu z siebie

się kocha, samemu z siebie nienawidzi albo pragnienie

śmierci.

 

            Trudno tu odnaleźć porządek, choć wzmianka o „roli” sugeruje jakiś scenariusz. To trwanie/w trwaniu, gdy lecę w dół, czasem w górę. Bezustannie. Schemat jest więc prosty, nasz los okazuje się egzystencjalną sinusoidą. Dobrze – źle, źle – dobrze… Paradoksalnie, świadomość tej zależności daje poczucie stabilizacji i napawa nadzieją. Nie gaś dnia! Niech kołysze – wypowiada się podmiot liryczny w wierszu „Odrodzenie. Wyliczanka”.

            W  poezji Łucji Dudzińskiej zauważalne jest nagromadzenie czasowników traktujących właśnie o kołysaniu, huśtaniu, wznoszeniu – opadaniu. Czy więc pragnieniem autorki jest uspać czytelnika? Ależ skąd! Raczej szukałbym tu konotacji ze słowami rabbiego z Nazaretu, mówiących o przemianie i „staniu się jak dzieci” kolebiące się w przyjaznych kołyskach. Nie w sensie naiwności, ale w nabraniu ufnej wiary, że jednak życie ma jakiś cel, zaś akceptacja rzeczy zastanej przy  narodzeniu, pozwala doświadczyć harmonii  w społeczności ludzkich galaktyk. Zagrożeniem może okazać się „Destrukcja”, pragnienie wcielenia się w „cudze”, samotne doświadczanie z góry skazanej na porażkę chęci przekroczenia nieprzekraczalnych granic, wniknięcia pod cudze powieki.

 

Zachowujesz się tak, jakbyś chciał przeżyć cudze życie.

Mózg eliminuje to, co swoje. Antyciała, przeciwciała

samo-unicestwiają chęci i pragnienia. Dobierają się

do wspomnień. Mocno zaciskasz dłonie na manekinie.

 

Wszystko dzieje się za plecami. Kim jesteś?

Zastanawiasz się, obserwując sąsiada przytulonego

do dziewczyny. Drożeje zaufanie do siebie i ludzi.

Ból stawów przypomina ci, że zapomniałeś chodzić.

Wrastasz w ziemię.

           

            Poetyka poznańskiej autorki wykazuje inklinację do nadawania przedmiotom metafizycznych znaczeń. Te wiersze, sposobem wyrazu są bliskie twórczości Bruno Schulza. Może ktoś mnie posądzić, że strzelam z haubicy do komara, ale ja również nie odpowiadam za swoje skojarzenia. W „Z mandragory” świat dotykalny i rzeczywisty nabiera cech duchowych i moralnych. Łucja odkrywa własną przestrzeń stwarzając zarazem możliwość wielopoziomowej interpretacji. Skorzystawszy z tego drogowskazu, czytelnik sam decyduję którą pójść drogą. „Przenikanie”, mieszanie się duchowości z fizycznością, choć trudne do uchwycenia, pozwala na chwilę poczuć jedność.

 

Z drzew spadają gniazda. W ciałach kiełkują trawy.

Przerastają. Twarze posępne, zamyślone. Jakie będą

bez ust, bez oczy? Dziury w czaszkach tworzą miejsce

przeznaczone na pamięć. Zęby zaciśnięte w obawie,

że otworzą ropiejącą ranę. Ból i stygmaty. To coś

działa, włącza się w krwioobieg, odbarwia, zastyga

pod spodem, robi podkop. Zostawia ślady, wypalone

miejsca na trawie. I miasto kretów. Podglądają nas

z góry, od dołu.

 

            Dobór słów wyrażany w arcyciekawych metaforach świadczą o niezwykle zmysłowym odczytaniu dostępnego nam okrucha wieczności. Dudzińska jest dojrzałą poetką, a późny debiut jakby to potwierdza. Brak „parcia na wydanie” to raczej w naszym środowisku rzadkość. Pomimo licznych laurów w konkursach poetyckich, liderka Grupy Literycznej „Na krechę” wyczekała swoje. Tym bardziej „Z mandragory” jest książką dostrzegalną pośród poetyckich ekskursji słownych licznych w Polsce debiutantów. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Łucja nie każe nam zbyt długo czekać na następną książkę.

 


Łucja Dudzińska „Z mandragory” (Łódź 2013) Wyd. I   Wydawca: Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego  ISBN 978-83-64376-04-7  str. 48


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko