Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (1)

0
137

Jan Stanisław Smalewski


W sowieckich obozach śmierci (1)

 

W sierpniu 1948 roku został aresztowany Antoni Rymsza „Maks”, przyjaciel legendarnego „Łupaszki” równie legendarnej dzisiaj 5. Wileńskiej Brygady AK. Na temat historii akowskiej napisałem przed rokiem dla portalu pisarze.pl kilkanaście odcinków pt.: „Z kart historii nieznanej”. Latem tego roku ukazała się w wydawnictwie MIREKI w Krakowie książka mojego autorstwa pt.: „U boku Łupaszki”, która jest dostępna we wszystkich księgarniach na terenie kraju. Książka ta stanowi jedynie fragment historii głównego jej bohatera „Maksa”. Niebawem wyjdą dwie kolejne pozycje, w tym część opisująca powojenne lata, gdy musiał on ukrywać się przed polską bezpieką oraz radzieckimi szpiclami NKWD. W części trzeciej, ostatniej, opisane zostały losy por. Antoniego Rymszy w sowieckich obozach śmierci – w łagrach Kołymy.

Zanim czytelnik otrzyma tę pozycję w postaci książki, spróbuję mu przybliżyć najważniejsze jej fragmenty opracowane na potrzeby niniejszego portalu literackiego pisarze.pl.

Tym, którzy już znają wojenną przeszłość „Maksa”, przypomnę zatem: wiosną 1948 roku uwierzył on oszukańczej amnestii ogłoszonej przez rząd Mikołajczyka (w celu ostatecznego wyłapania żołnierzy AK). Latem aresztowała go polska SB i przekazała sowietom. Trafił do legnickiego więzienia Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Tam w lutym 1949 roku radziecki trybunał wojskowy orzekł wobec niego karę śmierci, którą Wierchownyj Sowiet SSR zamienił mu na 25 lat zesłania na Kołymę.

Warto pamiętać, że jeśli chodzi o radzieckie białe obozy śmierci, najpierw na wschód pojechały ofiary NKWD okresu „pierwszego Sowieta” (1939–1941), po oficjalnym zakończeniu II wojny załadowano do wagonów „żołnierzy wyklętych”, głównie Armii Krajowej, a w trzeciej zaś kolejności masowe wywózki dotknęły Polaków pozostawionych w granicach ZSRR. Nie były to zresztą jedyne miejsca kaźni tych Polaków, którzy sprzeciwiali się budowie socjalizmu w Polsce i uzależnieniu jej od ZSRR. Były przecież jeszcze inne represje, miejsca straceń w kraju, obozy, przepełnione więzienia. Tak bowiem wprowadzano na ziemiach polskich ustrój „demokracji ludowej”, a za czasy wojny polsko-bolszewickiej zbrodnicze porachunki długo tu jeszcze po maju 1945 roku kontynuowali „przyjaciele” spod znaku czerwonej gwiazdy.

Rymsza 6 maja 1949 roku jako więzień sowiecki rozpoczął podróż na Kołymę. Brześć nad Bugiem, Mińsk, Kujbyszew, Nowosybirsk, buchta Wanino, to stacje jego drogi krzyżowej: paraliżującego głodu, udręki w celach, gwałtów i mordów, konfrontacji z „bytownikami” i „błatnymi–urkami”, zwykłym chamstwem i wyrafinowanymi sposobami upodlania.

Polskość w takich warunkach, to był dla niego podstawowy obowiązek dźwigania krzyża łagiernika. Jako więzień od 1 grudnia 1949 roku rozpoczął walkę o życie w rejonie Magadanu.

W zbrodniczym systemie generalissimusa Stalina i przybocznych jego pretorian partyjnych, realizowanym zresztą przez watahy enkawudzistów, na plan dalszy odsunięto racje ludzkie. Liczyły się plany, w tym i aresztowań, stany osobowe w łagrach, wyniki produkcyjne uzyskane dzięki niewolniczej pracy.

Byle zastraszyć innych, wygrać wojnę, dogonić w obłędnym biegu Zachód pod względem wskaźników statystycznych.

Łagry nie były typowymi obozami koncentracyjnymi (zagłady), choć śmierć zbierała tu przerażająco obfite żniwo, a w niektórych (np. w pobliżu koła podbiegunowego) przeżycie roku graniczyło z cudem. Oficjalnie zwano je „poprawczymi obozami pracy”. W jednym z obozów(„ Dnieprowskij”) widniał nawet napis: „Praca uszlachetnia człowieka”.

Nie uśmiercano w nich świeżo przybyłych więźniów, nie dymiły tam kominy krematoriów. Dopóki system działał sprawnie i nie brakowało „wrogów ludu”, więźniów z poprzednich zaciągów, wyniszczonych pracą, skazywano po prostu na śmierć z głodu, przemrożenia i chorób. Bywało, że liczne nacje powstałe między nimi wyniszczały się wzajemnie.

Padają różne szacunki, najczęściej mówi się o kilkunastu milionach ofiar NKWD w „królestwie Gułagu”, w tym o 2 milionach Polaków.

Rymsza dotrwał do czasu odwilży po śmierci Stalina, doczekał się lepszych nieco czasów, awansował nawet na brygadzistę (wydobywał ze swoją kilkunastosobową grupą podległych mu więźniów do 75 kg złota tygodniowo). Porozumienie pomiędzy Gomułką i Chruszczowem w 1956 roku stworzyło nawet nadzieję na uwolnienie tych Polaków, którzy do tego momentu dotrwali.

Niestety jednak, Rymsza był żołnierzom Armii Krajowej, a tym ZSRR odmawiał wolności najdłużej. Jak to wszystko przebiegało w rzeczywistości, warto przeczytać w tej niezwykłej historii.

 

(…) W końcówce piątej doby podróży w kierunku Kołymy transport więźniów z legnickiego więzienia osiągnął stację kolejową Aroł. Pociąg przetoczono na boczny tor i na kilka godzin wyłączono z ruchu. Docierające informacje przeczyły sobie wzajemnie, wprowadzały rozgardiasz. Nadzieja przeplatała się z bólem i rozpaczą, strach czynił w głowach zamęt. Nie potwierdziły się przypuszczenia, że zostaną nakarmieni. Otrzymali tylko wodę; po metalowym kubku kipiatoku. Wygłodniali do szaleństwa więźniowie wyli nieludzkimi głosami, wydobywającymi się z nieszczelnych wagonów i powodującymi zdenerwowanie straży. Jej wrzaskliwe groźby i dudnienia kolbami w ściany nie skutkowały jednak.

– Ciszee bydło! Uspokoić się! Ciszee! Nie mamy chleba! – Kapitan, który kierował transportem, nie pokazał się więźniom. Ktoś mówił, że słyszał, iż z niektórych wagonów wyniesiono kilku zmarłych.

– Z głodu zmarli?

– Z głodu i choroby – tłumaczył czyjś głos. Nikt w to nie wątpił. Zdecydowana większość tych ludzi miała już za sobą gehennę wielomiesięcznych prześladowań.

– W obliczu głodu, jak w obliczu śmierci, wszyscy są równi. I tylko szkoda – rozmyślał Antoni – że nie ma przy nim majora Piercewa, którego wcześniej poznał w więzieniu. Ten były sowiecki oficer, który „zdradził” swoją ojczyznę poprzez to, że ośmielił się napisać raport do generała Masłowa, iż chce na stałe pozostać w Polsce, bo zakochał się w polskiej dziewczynie, był przecież przekonany, że są potrzebni władzy radzieckiej. Potrzebne są jej ich ręce, które mają budować socjalizm.

Nie tylko zresztą major Piercew miał złudzenia. To nadzieja, która je budziła, wprowadzała ten zamęt A może dobrze, że chociaż ona trwała z nimi?

Wytrzymać. Póki ciała nie trawi gorączka, póki kubek wody ratuje go przed zwaleniem się z nóg, wytrzymać – powtarzał sobie. – Przecież któregoś dnia droga skończy się i dojadą – do obiecanego im czyśćca.

Tymczasem w Orle zmieniła się załoga obsługująca eszelon i pociąg ruszył dalej. W drogę, która trwała kolejne dwie doby.

Do wagonów dostarczono jedynie beczki z wodą. Pijąc ją, więźniowie dyscyplinowali się wzajemnie, wydzielając sobie normy. Nikt nie wiedział, na jak długo będzie musiało jej wystarczyć.

– To barbarzyńcy! Jak oni tak mogą traktować ludzi? Jak oni tak mogą… – jęczał czyjś głos.

Mogą. Dużo więcej mogą – myślał z przestrachem Antoni Rymsza. W pamięci miał przecież niedawne tortury w sowieckim więzieniu: bicie, pozbawianie snu, psychiczne znęcanie. Głód to nie jedyna katorga, jaką powszechnie stosowali Rosjanie. Nie jedyna, ale jedna z najpotworniejszych.

Z jakimi jeszcze przyjdzie się mu zmierzyć?..

 

Wycieńczeni do granic ludzkiej wytrzymałości dojechali do Moskwy. Tam przybywały transporty z zesłańcami nie tylko z Polski. Był to pierwszy poważniejszy punkt strategiczny w sieci barbarzyńskiego totalitaryzmu, w sieci tworzącej system komunistycznego bezprawia i niewoli.

W Moskwie przetransportowano ich do więzienia „Krasnaja Prieśnia”. Ogromnego, kilkupiętrowego gmachu, w którym plac spacerowy znajdował się wysoko na dachu.

Słaniających się z wyczerpania więźniów rozlokowano najpierw w ciasnych celach i nakarmiono. Dostali zupy i po kawałku chleba. A później, grupkami, wyprowadzano ich na dach, na spacer po placu okolonym gęstym, kolczastym drutem. Z dachu widać było rozległe przestrzenie miasta. To była Moskwa – stolica mocarstwa, w którym wszechwładnie panował Stalin.

W grupie spacerowej, do której trafił Rymsza, znalazło się przypadkowo dwóch niemieckich generałów. Szedł tuż za nimi wsłuchując się w rozmowę.

– Popatrz Josef. Widzisz ten pałac przed nami? Jesteśmy na dachu świata, panami którego mieliśmy się stać.

– Kto się wywyższa, będzie poniżony – zauważył półgłosem Antoni. Ten, do którego zwracał się współtowarzysz, obejrzał się.

– Jesteś Niemcem? – zapytał. Jego skronie były niemal białe, a oczy miały w sobie coś z oczu dziecka.

– Nie, jestem Polakiem. Oficerem Armii Krajowej.

– Walczyłeś z nami, prawda?

– Tak, walczyłem z wami i z nimi też – skinął, pokazując na strażnika, który odwrócony do nich plecami stał zapatrzony przed siebie. Ten z oczami dziecka zawahał się.

– Na imię mi Josef – dotknął dłoni Rymszy. Zbyt ostrożnie – wydawało mu się – jak na gest wyrażający chęć jej uściśnięcia.

– Wiem – odparł cicho Antoni. – Słyszałem, jak rozmawialiście.

– Hej tam, Hanysy! Nie rozmawiać! – strażnik nerwowym ruchem poprawił na pasie pistolet maszynowy. Generałowie pobledli. Zanim Josef odwrócił się ponownie, w jego oczach pojawił się strach.

Jakie to dziwne – pomyślał Rymsza. – Sądząc po płaszczu, jaki miał na sobie, kiedyś dowodził tysiącami samolotów, decydował o użyciu ogromnej ilości śmiercionośnej broni, a teraz? Drży przed jednym ruskim sołdatem, który trzyma w rękach tylko karabin maszynowy…

Spacer nie trwał długo; dziesięć, może piętnaście minut. W celi było zimno, ale dali im koce. Wrzucili kilkanaście starych, obstrzępionych derek, którymi – leżąc na podłodze w jednej zbitej masie – starali się okryć jak najszczelniej.

Tak spędzili noc. Rankiem ktoś zauważył, że leżący obok niego współtowarzysz jest zimny.

– On nie oddycha! – Któryś z więźniów usiłował leżącego obrócić na bok.

– Już jest sztywny – stwierdził. – Zawołajcie strażnika. – W celi powstało zamieszanie. Ktoś zaproponował: Poczekajmy do śniadania, może uda się wziąć jego porcję. – Propozycję zaakceptowała większość. Zmarłego przesunięto w kąt celi i okryto kocem.

– Wygląda, jakby spał.

– Śpi. Na pewno śpi. Dla niego już bez znaczenia, co będzie dalej. Prawda śpiochu, że z przyjemnością oddasz nam swoją porcję chleba?…

Podstęp udał się. Niebawem do celi wszedł strażnik, żeby policzyć więźniów, a za nim podjechał wózek z zupą i chlebem. Dla pewności – gdyby sprawdzający chciał obudzić leżącego – obok zmarłego ułożyło się na podłodze kilku żywych. Udawali, że śpią.

– … trinadcat, czetirnadcat… – Udało się. Policzony.

Pobrali porcję. Gdy strażnik wyszedł, zaczęła się kłótnia, kto ma ją zjeść.

– Pajka chleba to za mało, żeby dzielić się nią z wszystkimi. Podzielimy ją dla połowy więźniów, a pozostałych obdzieli się przy następnym posiłku – padła kolejna propozycja.

– Chcecie przetrzymywać tutaj trupa? Ja nie zgadzam się! On ma prawo zostać pochowany – sprzeciwił się jeden z Niemców. Więźniowie jednak zagłuszyli go.

– Od kiedy to stałeś się taki humanitarny, szwabie, co?! Nieboszczyk ci przeszkadza?! Boisz się, że będziesz śmierdział? Poczekaj trochę, poczujesz się podobnie, jak on…

Trzy noce i dwa dni zmarły leżał pomiędzy nimi. Po pobraniu jego przydziału żywności po raz trzeci, musieli zgłosić, że nie żyje. W celi było zbyt ciasno i w powietrzu naprawdę zaczął unosić się trupi odór.

W Moskwie – tak jak wcześniej przewidywał major Piercew – oddzielono wszystkich Rosjan. Niemieckich generałów też, przenosząc ich do innej części więzienia.

– My zostajemy tutaj, w Moskwie – zwrócił się do Rymszy Josef. Gdy go wyprowadzano, kazał mu się trzymać i… nie dawać ruskim. – Ty, polski partyzant jesteś twardy, ja to wiem. Ty ich przetrzymasz. Musisz ich przetrzymać – powiedział do niego. Antoni uśmiechnął się tylko. Nie wiedział, co powiedzieć. Mimo czysto ludzkiego współczucia, jakim ich darzył, nie potrafił zdobyć się na przyjazne słowo.

 

W Moskwie podstawiony pociąg składał się ze specjalnych wagonów osobowych, podobnych do polskich pulmanów. Ponieważ stanowiły one wymysł ministra spraw wewnętrznych carskiej Rosji, od jego nazwiska skład taki nazywano „Stołypinem”.

Wymyślne wagony carskiego ministra nie były jednak w stanie zabezpieczyć potrzeb socjalistycznego mocarstwa, które budowano na gruzach carskiego imperium. Do przedziału, w którym za cara przewożono co najwyżej osiem osób, w Moskwie początkowo ładowano ich po szesnastu. Pięciu na ławce z jednej strony, pięciu z drugiej i po trzech na półkach u góry.

Już wydawało się, że jakoś w tym tłoku uda się przetrwać dalszą podróż, gdy nastąpiło tak zwane dopełnienie. Kolejnych więźniów upychano jak popadnie. Pierwszych wtłoczonych do przedziału rzucono na podłogę, pod ławki. Następnych wpychano na oślep, ubijając kolanami. Na jęki i protesty odpowiadano wulgarnymi słowami, biciem i kopaniem.

– Cisza zdrajcy, bandyci! Do Kujbyszewa dojedziecie!..

W przedziale okien nie było. W ogromnej ciasnocie, bez wody i powietrza, po niepełnych dwóch dobach podróży dotarli na miejsce. Upał dokuczał straszliwie. Duchota, brak wody, a na dodatek… pluskwy. Poznał te żyjątka jeszcze w więzieniu w Warszawie. Były też w Legnicy. Nigdy jednak wcześniej nie sądził, że mogą być aż tak dokuczliwe. Nie uwierzyłby też, że aż tyle może ich podróżować razem z nimi. Momentami zazdrościł pluskwom – one miały chociaż co jeść. No, może o tyle były w gorszej sytuacji od nich, że dla tych, które udało się pochwycić, przygoda wspólnej podróży kończyła się śmiercią. Oni byli ostrożniejsi od pluskiew.

– Do Kujbyszewa będzie tylko dwie doby – poinformował ktoś, kto znał te tereny. Miałby rację, gdyby nie fakt, że… w Kujbyszewie ich podróż nie kończyła się. Gdy pociąg wjechał na stację, długo nie otwierano wagonów.

– Coś niedobrego dzieje się wokół nas – zauważył któryś z więźniów, znajdujących się w pobliżu drzwi. – Trwają jakieś pertraktacje. Nie mogę zrozumieć, o co chodzi.

Niebawem sytuacja wyjaśniła się. Chodziło o to, że komendant transportu zapomniał zabrać ich dokumenty.

– Bez dokumentów nie przyjmą. Słyszałem, że mają zawrócić nas z powrotem do Moskwy – tłumaczył przypadkowy zwiadowca. Więźniowie nie chcieli uwierzyć. – Do Moskwy? Cały transport, z powodu braku dokumentów do Moskwy? – Informator nie mylił się. Transport zawrócono.

Tylko pluskwy i wszy cieszyły się z ich udręki. Dla nich to kilka kolejnych dni wyżerki.

Zawrócono ich do Moskwy. Tam obsługa transportu pobrała właściwe dokumenty i ponownie przywiezieni zostali do Kujbyszewa. W drodze kilka osób podzieliło los żyjątek, które w nękaniu więźniów współpracowały z Sowietami. Zostały zagniecione. Przypuszczalnie ich ofiara dla tych, co kierowali transportem, tyle samo była warta, co los rozgniecionych insektów. U Sowietów wszystkiego było mnogo i pluskiew, i więźniów. Pluskwy jednak nie wymagały opieki. Żywiły się same, nie stanowiły zagrożenia dla socjalizmu. Więźniowie przeciwnie.

 

Cdn.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko