SŁAWOMIR MAJEWSKI-Cogitationis Poenam Nemo Patitur czyli Wojna o Teatr Stary w Krakowie

0
290

 SŁAWOMIR MAJEWSKI

 

 Cogitationis Poenam Nemo Patitur

czyli

Wojna o Teatr Stary w Krakowie

 


Bestyja potworna a żyć jej w spokoju dozwalają

 

 

 

 

„Marek Różycki jr. 2013-12-06 14:56

 

Panie Sławomirze, Proszę, niech napisze Pan kontr-tekst. Na szczęście jeszcze na pisarze.pl panuje demokracja. Z wielką przyjemnością przeczytamy Pana Racje oraz refleksje na temat kondycji naszej Kultury Narodowej i Wartości – nie tylko Intelektualnych – jakie niesie oraz wszelakich asocjacji “nowych odczytań” przez Awangardę.

Jednak – nie tylko moim zdaniem – tak jak angielski Teatr Szekspira “The Glob”, tak i Teatr Stary oraz Teatr Dramatyczny w Warszawie (do niedawna imienia Guru Aktorów oraz Intelektualistów Polskich) im. Gustawa Holoubka – powinien dawać świadectwo Kulturze Polskiej, niczym Biblia dla Chrześcijan-Katolików….. Z Ekumenicznym Pozdrowieniem…… Marek Różycki jr.”

 

Po tak grzecznym apelu autora felietonu pod tytułem „Stary z Klatą”, pomieszczonego na portalu pisarze.pl dzięki spolegliwości Redaktora Naczelnego, nie mogłem nabrać wody w usta. Milczenie oznaczałoby bowiem, że – jak powiadają kazuiści – wspólnie i w porozumieniu z antagonistami Jana Klaty, podczas spektakli przezeń reżyserowanych wyciągam gwizdek, krzyczę „Hańba!”, zaś aktorki wyzywam od kurew i ladacznic oraz innymi słowy nagany i upomnienia, jak przystało admiratorowi kultury, Teatru Starego w Krakowie i „narodowych wartości”, cokolwiek się kryje pod tym zwrotem.

Rzecz rozważywszy starannie, raz jeszcze nader uważnie czytając felieton pana Różyckiego jr. a w szczególności komentarze pod nim oraz to, co w inkryminowanej sprawie zalało Internet i inne media, wygotowałem tekst z ducha bardziej historyczno-filozoficzny niźli polemiczny, starań dokładając by sine ira et studio brzmiała, nie inaczej. A przecie, jak w dowcipie o Leninie – mogłem zabić.

Pan Marek Różycki jr. wzywa mnie, bym refleksje swoje wyłożył a propos „kondycji naszej Kultury Narodowej i Wartości – nie tylko Intelektualnych – jakie niesie oraz wszelakich asocjacji “nowych odczytań” przez Awangardę”. I tu jako przykład wskazał „na angielski Teatr Szekspira The Globe”. Zły to przykład, bowiem The Globe posadowiony został w anglikańskim Londynie, w którym chrześcijan-katolików w epoce łysego Willa na palcach dłoni liczono a jak zliczono, to rapidement et avec plaisir ścinano toporem w Tower, kadłubki na rogatkach wieszając ku pożytkowi gawronów. Teatr ten jeszcze dlatego złym jest przykładem, iż w czasach Szekspira, Marlowea czy poczciwego Bena Jonsona, wystawienia oglądane były przez arystokrację i gawiedź pospołu z alfonsami i prostytutkami a każde z nich opowiadało się za taką czy inną formą władzy, ustroju i religii. Więc zgodnie na widowni zasiadali ramię w ramię purytanie, prezbiterianie, independenci, anglikanie, katolicy i starozakonni. Na dodatek, gdy w początkach XVII wieku na scenie pojawiły się kobiety-aktorki, każda miała za sobą (i przed sobą) etap prostytuowania się z kim popadło, jak np. Mary Moll Davies, Nell Gwynn i inne. Ten okres znakomicie opisuje  Samuel Pepys w swoich „Samuel Pepys Diary 1660-1669”; szczerze zachęcam do lektury.

Po co ja o tym? Albowiem na stronicach swoich Dzienników, mister Pepys zapisuje reakcje własne i publiki na spektakle teatralne, na które mieszkańcy ówczesnego Londynu chadzali nawet po kilka razy dziennie ergo – częściej niż my dzisiaj do kina. I choć czasy, które opisuje były czasami burzliwych przemian społecznych, ekonomicznych i religijnych, nigdzie nie znajdziemy zdania z którego wyczytać by można, że ktokolwiek swoje przekonania manifestował wrogością i prostackim zachowaniem podczas przedstawień. A bywały takie, które łacno wzburzyć mogły wyznawców tej czy owej odmiany protestantyzmu, zwolenników Karola II bądź przeciwników nieżyjącego dyktatora Cromwella i jego kliki.

Człowiek obeznajmiony z historią sztuki pamięta, iż Moli`ere (jak przed nim Szekspir), wielokrotnie popadał w konflikt z dworem królewskim na tle swoich dramatów. Przykładem „Świętoszek”. Co w tej materii wyczytamy m.in. w Wikipedii?

 

 

„Świętoszek (fr. Tartuffe ou l’Imposteur) – komedia Moliera powstała w 1661 roku, zaś wystawiona po raz pierwszy w 1664 roku. Swój rozgłos zawdzięcza nie tylko walorom artystycznym, ale także skandalowi, jaki wywołało w XVII-wiecznej Francji wykpienie hipokryzji religijnej.”

 

 

Raz jeszcze: po co ja o tym? Ja o tym, gdyż nie rozumiem i usprawiedliwienia nie znajduję dla poszumu husarskich skrzydeł i wywijania biało-czerwonymi flagami tam, gdzie sprawa o sztukę zahacza. Są takie obszary w życiu duchowym każdego narodu, do którego politycy a szczególnie domorośli politykierzy dostęp winni mieć zakazany –  kultura i sztuka właśnie. A jeśli, to tylko w tym celu, by idąc za przykładem Gaiusa Cilniusa Maecenasa, swoje siły i środki używali na rzecz kultury, sztuki i twórców. W żadnym innym wypadku.

Przez wieki jedynym miernikiem powodzenia a zatem – finansowym to be or not to be teatrów była frekwencja. Im sztuka dłużej na afiszu, tym bogatsza kasa i mieszki aktorów. Jeśli plajta, to plajta, z którą zazwyczaj szła w parze  wymiana dyrektora (o ile nie był właścicielem teatru). Dzisiejsze zarzucanie twórcom z wielu dziedzin szarganie narodowych świętości i wartości, obrazę uczuć religijnych z jednoczesnym bojkotem a nawet (O tempora, o mores!) zrywaniem spektakli, to rzecz bezwzględnie haniebna, nie znajdująca żadnego usprawiedliwienia. Można się nie zgadzać, można oburzać na takie czy inne formy działań artystycznych, które wielu bezpodstawnie określa mianem „awangardy” a co w rzeczywistości jest tylko wizją odmienną od zasiedziałych. Więc można kontestować lecz nikt  a nie-artyści przede wszystkim, nie mają prawa do narzucania artystom swojego zdania. Szczególnie, gdy wywodzi się ono z tła polityczno-wyznaniowego. Dlaczego nie? Dlatego, że nie i basta!

W jednym z komentarzy pod felietonem pana Różyckiego jr. napisałem

 

„W Wikipedii znajdzie Pan wpis o Isidore Lucien Ducasse znanym jako Épistemon. Cyt. “W latach 1868-1869 pod pseudonimem Comte de Lautréamont (hrabia de Lautréamont) opublikował swoje pierwsze i największe dzieło, Les Chants de Maldoror (Pieśni Maldorora), uważane za klasyczne dzieło awangardy francuskiej. Pisząc Pieśni Maldorora, wzorował się na Wielkiej Improwizacji z dramatu Dziady Mickiewicza.

[…]Autor głosił w niej bowiem „nienasycony głód nieskończoności” oraz okrucieństwo Boga, kreśląc drobiazgowe opisy wyjątkowo brutalnych gwałtów i tortur dokonywanych zarówno na młodych kobietach jak i na dzieciach; piętrząc obrazy kastracji, zoofilii, załamań nerwowych, czy samobójstw.” Jak Pan zauważył, “Les Chants de Maldoror (Pieśni Maldorora) uważane za klasyczne dzieło awangardy francuskiej”. W odniesieniu do tego spektaklu napisał Pan a raczej – jak Internetowy troll – wywrzeszczał (na kogo? Dlaczego?): “TRACIMY TOŻSAMOŚĆ NARODOWĄ, NASZĄ, POLSKĄ, TOŻSAMOŚĆ NARODOWĄ WRAZ Z PONADCZASOWYMI WARTOŚCIAMI — TOTALNIE, NIKOGO JUŻ NIE OBCHODZI!!!”.

Dziś to “utrata tożsamości i ponadczasowych wartości” a jutro – klasyka.”

 

 

Czy Panu Różyckiemu jr. i wszystkim licznie wyrażającym poparcie dla głoszonych przezeń tez, znane są nazwisko Alfred Jarry i sztuka „Ubu Król czyli Polacy”, która  wystawiona w roku 1896 w Théâtre de l’Oeuvre, wywołała dziki skandal a dziś zaliczana jest do Panteonu klasyki francuskiego i światowego dramatu? Zapewniam, że ówczesna zniesmaczona spektaklem część widzów nie szła przeciw reżyserowi Aurélianowi Lugné-Poe na barykady z nożami w zębach i nie wyzywała aktorek od kurew. “Wieczorem najbardziej dostaje się Segdzie i Globiszowi. Kobieta w złotej kolii, robiąc zdjęcie aktorce, krzyczy: „Faustyno, ty k…, już na zawsze zostaniesz w tym kadrze.”

http://kultura.newsweek.pl/wojna-o-teatr-stary-w-krakowie-newsweek-pl,artykuly,275426,1,3.html


 

A przecież skandale w sztuce to rzecz tak stara, jak sztuka sama! Zatem nie powinny nikogo dziwić najrozmaitsze „awangardy”, performance i happeningi, jak nie powinni stawać przed sądami Olbrychski, Nieznalska, Kasprowicz (bloger z Mosiny), tracić pracę jak Szczepańska, pisarka-nauczycielka z Sopotu z którą rozwiązano umowę o pracę po tym, jak wydała drukiem książkę „Zakazane po legalu”. Ci, którzy Leszka Długosza, największego żyjącego polskiego barda odsądzają od czci i wiary za kandydowanie do Senatu R.P. z listy  ich zdaniem „niewłaściwej” partii czy zapomnieli jego „Dzień w kolorze śliwkowym” albo „Ja chciałbym być poetą”? Plując mu pod nogi na cmentarzu Rakowickim podczas kwesty, wysyłając mu połamane płyty winylowe i CD oraz kasety z jego piosenkami, takimi gestami wystawili sobie dyplomy kulturowych barbarzyńców.

Historie artystów poniewieranych w mediach, wleczonych przed sądy karne i opinii publicznej dzisiejszej Rzeczypospolitej wołają o pomstę do nieba, przynosząc wiekopomne wstyd i hańbę tym, którzy w imię “wartości” ze sztuką niezwiązanych, do działań takich nawołują i podżegają. Bo sztuka nie podlega rządom, partiom i religiom. Sztuka jest dziełem intelektu wyrastającego ponad przyziemne wartości, sztuka to Duch ludzkości. Kto tego nie rozumie, niechaj zamilknie.

Wielokrotnie w dziejach zapalano stosy i stawano krzyże. Na stosach płonęły księgi i obrazy, na krzyżach niczym Chrystusa rozpinano twórców, których opisywanie świata sztuką nie zgadzało się z „jedynie słusznymi” liniami władców, partii, wodzów. I wielokrotnie w dziejach widziano takich „patriotów”, którzy wymachując sztandarami, wszystkich chcieli zapędzić do takiej Arkadii, w której będą “Ein Volk, ein Reich, ein Führer und einen Gott”. Czy mnie się zdawało, czy w takiej krainie szczęścia już byliśmy w latach 1945 – 1989?

Nie, Szanowny Panie Różycki! To nie przez wraże działania niezidentyfikowanych „obcych” tracimy tożsamość narodową, to nie przez nich ubywa narodowej tradycji, niszczeje polska kultura i wartości. Wszak nie Angela Merkel czy Władimir Putin a nawet nie minister Zdrojewski nie zarządzają naszymi mózgami, sercami, intelektem, naszą wrażliwością na kulturę i sztukę i miłością do nich. Kto według Pana niszczy naszą kulturę? Pejsaci Żydzi? Masoni w fartuszkach? Eskimosi z ościeniami czy Ruskie swoimi gazem i czastuszkami? Wolne żarty!

Jeśli Pan i Pańscy zwolennicy twierdzicie, że coś tracimy, coś niszczeje, to nie kupując i nie czytając książek i pism, nie opowiadając i nie czytając dzieciom bajek, nie chodząc do muzeów, galerii sztuki, oper, filharmonii i teatrów, MY SAMI niszczymy i poniewieramy polskimi kulturą, wartościami, tożsamością i historią. Dlatego Panu i admiratorom jeremiad nad kondycją kultury polskiej przypomnę wierszyk Gottholda  E. Lessinga

Któż by Klopstocka nie wychwalał?

Lecz iluż go czyta wielbicieli?

Lepiej by go mniej chwalili

A za to więcej czytać chcieli

Sztuka elitarna była, jest i na zawsze, po kres ludzkości elitarna pozostanie. Wprawdzie każda warstwa społeczna w Polsce ma prawo do sztuki ale też sztukę na swoją miarę otrzymuje – „Niewolnica Isaura” Bernardo Guimar~aesa, „Trzydzieści dni rozkoszy” Catherine Mann, powieści Danielle Steel czy serialowa „Plebania” dla jednych a „Ulisses” Jamesa Joyce,  „Zwrotnik Raka” Henryego Millera czy „Imię Róży” Umberto Eco – dla innych. Ci pośrodku,  wedle swoich przekonań i gustów mogą czytać „Gazetę Polską” lub „Playboya”.

O elitarności wszelkiej sztuki najlepiej wiedzą jej twórcy – humaniści o wielkich sercach dla których nie hasła, hasełka i sztandary religijno-polityczne są ważne i bliskie, lecz sztuka przez duże S, tworzona przez nich z mozołem najczęściej w biedzie i niezrozumieniu. Bo tkwi w nich nieskończona moc empatii, pozwalająca życzliwie i sine ira et studio wysłuchać poglądów każdego, wychodząc z fundamentalnego założenia europejskiej kultury

Wprawdzie nie zgadzam się z tym co mówisz,

ale oddam życie, byś miał prawo to głosić

         Evelyn Beatrice Hall; „The Friends of Voltaire”

Tymczasem przeciwnicy Jana Klaty proponują mu coś na pokształt Oddamy twoje życie, byś nie miał prawa głosić tego, co głosisz, obficie podlewając swoją retorykę patriotycznym sosem, z wisienką nieokreślonych „wartości” na czubku.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko