Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
54

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego



Arcydzielne zmęczenie

Wiesław Myśliwski zajmuje w literaturze polskiej miejsce w naszym czasie unikalne. Jest dziś właściwie jedynym i ostatnim pisarzem „starego rytu”, funkcjonującym wedle reguły – formułuję to w dużym uogólnieniu – w zbieżności z którą przez lata funkcjonował np. Jarosław Iwaszkiewicz, a znacznie dawniej np. Stefan Żeromski (krąg nazwisk odpowiadających temu modelowi jest znacznie szerszy). To model istnienia pisarza nie tylko wybitnego, ale także pisarza-autorytetu, niekoniecznie moralnego sensu stricte, lecz autorytetu rozumianego szeroko – artystycznie, pokoleniowo, formacyjnie, kulturowo i mitycznie. Rozumianego także jako uprawniony do stawiania „wielkich pytań naszej epoki”, obejmujących podstawowe zagadnienia egzystencjalne w skali całości bytu ludzkiego.Żyje co prawda starszy nieco od Myśliwskiego Tadeusz Konwicki, który przez lata zajmował podobną pozycję, ale ten złamał pióro, a poza tym należy on do pisarzy raczej kontestujących sens pisania, a co najmniej sceptycyzm wobec niego niż okoliczność tę celebrujących. Ponieważ Myśliwski celebruje, w szerokim tego pojęcia sensie, swoje pisanie, jest – będąc pisarzem bezspornie wybitnym – jednocześnie pisarzem, w jakimś, szlachetnym znaczeniu tego słowa, anachronicznym, bo samoistna ranga jego pisarstwa nie odpowiada już radykalnie zmniejszonemu znaczeniu literatury w ogóle z życiu społecznym. Można by rzec, że Myśliwski jest wybitnym pogrobowcem historycznej rangi i legendy literatury.


Twórca „Pałacu”, „Nagiego sadu”, „Kamienia na kamieniu”, „Widnokręgu”, „Traktatu o łuskaniu fasoli” objawił się z nową powieścią, „Ostatnim rozdaniem”. Motywem wyjściowym jest stary notes z adresami i kontaktami, który zostaje niejako rozpisany na narrację o ludzkiej egzystencji, o losie człowieka, by użyć szołochowowskiej frazy tytułowej. I tak jak w „Traktacie o łuskaniu fasoli”, praktyczna czynność dokonywana wspólnie przez dwóch mężczyzn staje się praktycznym wyzwalaczem narracji, tak w tym przypadku jej wyzwalaczem staje się zawartość notesu adresowego, jako rezerwuaru tematów i opowieści anonimowego bohatera o własnym życiu i rozrachunku z nim poprzez pryzmat egzystencji innych.


Jako pisarz, jako artysta, jako niezrównany kreator językowy Myśliwski nie zawodzi także tym razem. „Ostatnie rozdanie” to wybitna, krystaliczna, kunsztowna, wielowarstwowa, dygresyjna proza wędrująca po rozmaitych piętrach refleksji i świata przedstawionego. Nie sposób jednak nie zauważyć, że po raz pierwszy w swojej twórczości Myśliwski powtórzył w kolejnej powieści ideę konstrukcyjną z powieści poprzedniej – rozbudowany monolog nieokreślonego do końca bohatera, wychodzący z punktu wyjścia, jakim jest rutynowa czynność życiowa. Zapewne owa zasada konstrukcyjna nie rozstrzyga o wartości powieści, ale jest w tym powtórzeniu może jakieś znamię zmęczenia, tak jakby Myśliwski nie miał już siły stwarzać nowego obszaru powieściowego. Żeby było jasne – pisarz tak sędziwy, tak zasłużony i tak wybitny jak Wiesław Myśliwski ma prawo do zmęczenia i może zasygnalizował je w tytule. To nie zarzut, to zwykła konstatacja czy może raczej pytanie. Jeśli jednak nawet „Ostatnie rozdanie” nie jest dziełem na miarę poprzednich dzieł pisarza, to daj boże literaturze polskiej takie porażki w wybitnym stylu.


Wiesław Myśliwski – „Ostatnie rozdanie”, Wyd. Znak, Kraków 2013, str. 445, ISBN 978-83-240-2780-4

 

Amerykanin w Paryżu

Rzecz to nie nowa – pierwsze polskie wydanie „Ambasadorów” Henry Jamesa (1843-1916), powieści opublikowanej w 1903 roku, a więc 110 lat temu, ukazało się w 1960 roku. Jeśli by czytać „Ambasadorów” tylko „po linii” fundamentalnego problemu, zawartego w tzw. intrydze, to tej obszernej powieści nie sposób potraktować inaczej jako anachronicznego zabytku literackiego z zamierzchłych czasów. W płaszczyźnie fabuły to historia Amerykanina w średnim wieku, który na prośbę swojej przyszłej żony przyjeżdża do Paryża, aby skłonić do powrotu jej dorosłego syna, dziedzica dużej fortuny, do Ameryki, chroniąc go w ten sposób przed moralnym zepsuciem. Motyw purytańskiej niewinności amerykańskiej zagrożonej demoralizacją w rozpustnym, zepsutym mieście Paryżu może dziś budzić tylko rozbawienie albo wzruszenie ramion. Wyobrażenia o istnieniu dualizmu moralnego ludzkości, polegającego na podziale między sferę dobra i niewinności oraz sferę zła i demoralizacji należą już dziś do lamusa historii kultury. Dobrze to czy źle, trudno orzec, ale straciliśmy już jako ludzkość takie złudzenia. Jednak wartość „Ambasadorów” tkwi w czym innym – w psychologicznej fakturze powieści, w drobiazgowej analizie ludzkich zachowań, w naukowym niemal studium zachowania człowieka, w sumiennych, katalogowych  niemal w swojej kompletności portretach wyższych środowisk społecznych. A biorąc pod uwagę, że ta powieść powstała ponad sto lat temu, brzmi ona nadzwyczaj nowocześnie, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co pisała wtedy większość polskich pisarzy poza nielicznymi wyjątkami. Tu bowiem takiej prozy nie było i już chyba nie będzie, bo kiedyś nie było okazji rozwinięcia nad Wisłą podobnego gatunku, a dziś tę rolę przejmują inne sztuki, głównie film i teatr. Jako się rzekło, „Ambasadorowie” to powieść bardzo obszerna, ponad sześćsetstronicowa. Tymczasem James uchodził za mistrza noweli i opowiadania. I rzeczywiście, dziś jeszcze bardziej niż przed laty, „Ambasadorowie” wydają się prozą przegadaną, pełną dość pustych przebiegów. Zwyczajnie, temat  w niej podjęty kwalifikował się raczej na krótką formę niż na podobną „kobyłę”. Ale warto sięgnąć po prozę Jamesa, by posmakować anglosaskiej, a przy tym pozytywistycznej, realistycznej rzetelności w opisie przedstawianego świata, wolnej od autotematycznych, subiektywistycznych ambicji, skoncentrowanej na studyjnym niemal opisie „tego co jest”, wolnej od egotyzmu narratora.


Henry James – „Ambasadorowie”, przekł. Maria Skibniewska, Wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2013, str. 663ISBN 978-83-7838-396-2

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko