Z lotu Marka Jastrzębia – Adwokaci diabła

0
217

Z lotu Marka Jastrzębia


Adwokaci diabła


Hieronim BoschPierwszą czynnością niemowlaka jest macanie zewnętrznego świata. Zbieranie wiadomości o najbliższym otoczeniu. Orientacja w terenie wystającym poza becik: co wisi nad kołyską, czyja twarz pochyla się nad nią, do czego służy pielucha. Potem następuje proces uświadamiania sobie własnego ja: gdzie leżę, kogo to rąsia, nózia, gębusia.


A potem zanoszą go do żłobka, z którego za jakiś następny czas trafia do  podstawówki, gdzie przechodzi kurs o rzeczywistych celach istnienia człowieka na Ziemi. Od tej chwili zaczyna się przemiana ludzkiego materiału na prefabrykat określany jako mentalnościowy pędrak. Facetki i kolesie z budy wypłukują mu z głowy to, co wyniósł z domu i ośmieszają to, co chce mu wpoić szkoła, w rezultacie czego zaszczepiają w nim swoje obluzowane półprawdy. Tłumaczą, że międzyludzkie więzi, bezinteresowna miłość, lojalne zachowania, sumienie wyskubane z egoizmu, są to pieprzenia zgredów, nic nie warte zlewki przesądów, guseł i rodzicielskich tyrad.


Tu trzeba nadmienić, że umysł kandydata na chmyzowatego mózgowca jest w tym niedostojnym wieku  chłonny kiej gąbka i pochłania każdą informację, która  przykleja mu się do pamięci. Tak więc razem z mlecznymi zębami wyrzynają mu się szczerbate poglądy na świat; od razu ugruntowane, bezdyskusyjne i oparte o solidne fundamenty ze światłej ignorancji. Wreszcie kończy edukację, a jako osoba urodzona pod nieszczęśliwą gwiazdą, powiększa szeregi wykształconych na opak i zaczyna wdzierać się do elit.


Wypada wszelako podkreślić, że nie wszyscy mają tyle szczęścia, by zostać oportunistą czy wstecznikiem, bo milcząca większość dołącza do niepokaźnego grona ludzi, których nie udało się namówić na zbydlęcenie i w związku z tym pisany im jest garbaty los pozaaelitowego dziwaka. 


*


W artykule o lamentacji https://pisarze.pl/felietony/6030-andrzej-walter-lamentacja-opus-69.html znalazłem fragment oddający istotę naszych protestów: „Jasne, że możemy sięgnąć po Różewicza i Becketa, a nie po pilota do telewizora. Tylko bez nacisku społecznego, że wypada ci po nich sięgnąć jeśli chcesz się mienić elitą, nic z tego nie będzie.” Sądzę, że jest to doskonała odpowiedź tym, co usiłują stawać w obronie zuchwalca, udzielać mu wsparcia za pomocą konstrukcji słownej („piękny cham”) wyprodukowanej w pojednawczym celu mówienia o obecnych elitach.


Pomijam fakt, że podczas dyskusji bywa, iż ten czy ów polemista wykopyrtnie się na jakimś sformułowaniu, w rezultacie czego powstaje krotochwilny potworek w kabaretowym stylu: termin ten nikogo nie dotyczy i niczego nie wyjaśnia, ponieważ ludzi takich, jak piękny cham, nie ma. Puszczam ten fakt mimo uszu, natomiast mam spore obiekcje wobec efektywności metody owego naciskania, bo przecież wiadomo nie od dziś: przekonywanie żółwia, że jest szybkobiegaczem, skutku nie odnosi.


Andrzej Walter napisał też: “Chyba jednak warto rozmawiać. Polemizować. Dyskutować. „Promować” całe to czytanie, świat idei, wartości, głębi. Inaczej zginiemy.” I znowu ma rację; nacisk, presja, owszem. Jednakowoż tylko na papierze, jako rodzaj pisemnego  sygnału, przestrogi. W rzeczywistości mało kogo obchodzą nasze lamentacje, tumulty i święte oburzenia, bo mało kto przejmuje się tym, co naprawdę piszemy. A piszemy, że nie tylko o kulturę nam idzie, bo ona, choć słabowita, podźwignie się kiedyś. Już nieraz w przeszłości zdarzały się mętniackie zawirowania a’ la Dadaizm, lecz nadchodziło opamiętanie i wracaliśmy z dalekiej podróży. Bój toczy się o jej namacalne wypaczanie.


Jeden z jego komentatorskich adwersarzy wytykał mu, że pogardza takim osobnikiem. Ja też chcę dostąpić tego zaszczytu! Dlatego otwartym tekstem i bez ogródek oświadczam co następuje: prymityw jest prymitywny i kropka; pogardzam nim, bo nie ma w sobie ani krztyny przypisywanego piękna i jest ulepiony z obrzydliwości.

Należy mi się również sadystycznie zaostrzony palik za brak szacunku wobec pseudointeligenta. Po pierwsze, nie dostrzegam powodu szanowania kogoś, kto mnie nie szanuje. On potrafi odnosić się z szacunkiem wyłącznie siebie.  

 

Podobnie jak Walter uważam, że trzeba go tępić, a nie bronić. Na każdym kroku pokazywać mu, że koliduje z wyobrażeniami o elicie. To zarozumiały, bufonowaty nieudacznik i jak z intelektualnymi terrorystami, nie należy z nim pertraktować, szukać porozumienia, wspólnego mianownika.


Lecz, w odróżnieniu od Andrzeja, nie wiem czy jest jakaś skuteczna metoda przemiany buca w spolegliwego człowieka, skoro tak jest w sobie zadurzony, że nic do niego nie dociera? To przecież współczesny troglodyta i półgłówkowy naciek na ludzkiej ewolucji. No a żeby zrozumieć postępowanie troglodyty, trzeba nim być. Problem w tym, że jak już się nim jest, to się NICZEGO nie rozumie. A nie rozumie, bo nie ma czym.


*


Człowieka szanuję, a obskuranta ni w ząb; zwierzę w porównaniu z  nim ma więcej człowieczeństwa. Można je przyuczyć do subordynacji, natomiast jego niebardzo, gdyż jest odporny na rozsądek i, jak pisze Asnyk: daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia.


Tu wyjaśnienie: w żadnym wypadku nie utożsamiam chama z człowiekiem o samoukowym wykształceniu. Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw: doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji. Jak się więc okazuje, można być człowiekiem mądrym pomimo braku zaświadczenia. 


Żeby z barbarusa zrobić człowieka, należy go wyposażyć w ludzkie cechy. Wyedukować od podstaw i to opierając się na własnym przykładzie. Pokazać, co w życiu jest ważne, a co jest jego załącznikiem, czymś nadprogramowym, niekoniecznym i marginalnym. Mężczyzna posiadający chłoporobotnicze lub małorolne wykształcenie i potrafiący operować kilofem jeno, nie powinien zabierać się za mędrkowanie o transplantacjach serca, bo tak postępuje arogant. Człek niewiedzący niczego konkretnego o cywilizacyjnych ruchach, np. o przyczynach rozwoju i regresach w literaturze, historii, obyczajowości, nie może być uważany za wyrocznię w tych kwestiach, bo to domena obskuranta; należy mu rzec dobitnie i asertywnie: POSZEDŁ PRECZ!


Tak sobie myślę, że gdyby ludzie w rodzaju Marka Twaina weszli w skład naszych elit, złego słowa bym nie powiedział. Lecz kiedy widzę prostaka bez jakiejkolwiek wiedzy, w tym wynikającej z życiowego doświadczenia, gdy mam nieprzyjemność widzieć szemranego typa o subtelności kafara i uświadamiam sobie, że taki prymityw decyduje o jakości mojego życia, steruje moimi zainteresowaniami, orzeka, co mi jest potrzebne do szczęścia, gdzie mam chodzić, co czytać, czego nie oglądać, to wychodzę z nerw; zastanawiam się wtedy, czy jego przeciwnicy (Andrzeja) nie są aby adwokatami diabła.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko