Piotr Wojciechowski – Wióry spod warsztatu

0
204

Piotr Wojciechowski


Wióry spod warsztatu

 

Mieczysław Czychowski  O świcie wybiegli w pidżamach na  korytarze.

     Tak zaczyna się strzęp prozy przyniesiony na biesiadę z pisarskiego laboratorium. Nasza kałuża wysycha, cóż stoi więc na przeszkodzie, abyśmy rozerwali się rozmawiając o warsztacie, o pisarskiej metodzie.

    O świcie wybiegli w pidżamach na  korytarze. To było już po dwu dniach i nocach brydżowych zmagań i rosnących stawek.  Huk. Pod nogami marszczyły się wykładziny podłóg, parkiety wypluwały klepki, tynk padał ze  ścian w eksplozjach kurzu. Trzęsienie ziemi. Popękały szyby, pospadały obrazy. Chyba cały hotel  się przechylił.

    Opis zdarzenia mógłby być fragmentem byle gazetowego reportażu. W najgorszym wypadku to wszystko mogłaby być szczera prawda. Aby iść w stronę literatury, trzeba odepchnąć się od koła ratunkowego prawdy i płynąć czyli tonąć w stronę mitu. Łatwo napisać – w stronę mitu!

   Jakiego kunsztu trzeba i odwagi. Tworząc pojemną, otwartą strukturę prozy, od razu budzimy ze snu wieczne pokusy – aby upychać w narrację to, co jest naszymi codziennymi polemikami, publicystycznymi zamiarami, próbami filozofowania. Zwalamy takie ciężary na kark bohaterom, przymuszamy ich wargi, aby gadały naszym głosem koślawiąc płynięcie dialogów czy monologów wewnętrznych.

    Moi bohaterowie obsiedli dwa brydżowe stoliki w alpejskim hotelu dla narciarzy, w hotelu odciętym przez kataklizm. Jeden stolik pod reprodukcją obrazu Maxa Ernsta, drugi pod reprodukcją Giorgio di Chirico. Osiem postaci, siedmiu nie spieszy się nigdzie. Ósma, młoda kobieta, Emma wie, że powinna być już gdzie indziej. Mam więc aż osiem masek, osiem dyskursów do wypełnienia. Mam do tego myśli, sprawy, tezy, które słabo pasują do którejkolwiek z tych masek.

   To co? Porzucić narrację? A może zaniechać spraw, które wydają mi się gorące. Wśród nich – znowu spraw mitu. Wróciła w rozmowie z młodym historykiem, któremu tłumaczyłem, że prawda Powstania Warszawskiego i mit Powstania Warszawskiego nie wykluczają się wzajemnie i prawda nie góruje wcale nad mitem.

     To nie prawda uruchamia przebierańców z opaskami AK i petardami, to nie prawda nagania ludzi do Muzeum Powstania. To mit skłania do poznania prawdy.

    Tylko kłopot – wśród ośmiu postaci nie ma nikogo podobnego do tego młodego historyka, ani do mnie. Jak ich mam poprowadzić aby mówili o tym,  jaką to narracją jest mit?

   Bo mit – to narracja o prawdzie, albo półprawdzie, o kłamstwie lub półkłamstwie, o hipotezie czy bajce wreszcie. Staje się mitem, gdy ma taką moc emocjonalną, taką artystyczną konstrukcję, która czyni ją wieczną i niepokonaną, która pozwala jej wdzierać się do duszy, świadomości lub podświadomości i zakorzeniać się  jako pewnik.

  Mit jest ponad etyką, historią i literaturą, rządzi w tych obszarach, gdzie gospodarzami są religia i rynek, psychoterapia i socjotechnika. Bo chociaż mit nie jest zły ani dobry, staje się jednak groźny, gdy jedni są gotowi przyjąć go w dobrej wierze, religijnie, choćby psychoterapeutycznie, a inni gotowi są użyć go jako narzędzia manipulacji, rynkowo i socjotechnicznie.

 

   Zwalczanie mitów i tworzenie mitów są jak wdech i wydech kultury. Bez tego nie żyje.

 Pisarza porywa przeciąg oddechu, wciąga w ciemność, wydmuchuje w  światło. Z brzytwą eseju rzuca się na mit aby demitologizować, wyrwać zeń ziarna prawdy. A zaraz potem w zapisie prawdy tworzy fundament nowego mitu, rodzi postacie fabuły zamieniające się w bohaterów mitycznych. 

   Wśród bohaterów mojej prozy nie ma ani starszego pisarza, ani młodego historyka. Ale to oni, bohaterowie mityczni mojej prozy, o świcie wybiegli w pidżamach na  korytarze. To było już po dwu dniach, dwu nocach brydżowych zmagań i rosnących stawek.  Huk. Pod nogami marszczyły się wykładziny podłóg, parkiety wypluwały klepki, tynk padał ze  ścian w eksplozjach kurzu. Trzęsienie ziemi. Popękały szyby, pospadały obrazy. Chyba cały hotel  się przechylił.

    Krzyczeli o pomoc i szybko zorientowali się,  że cała obsługa uciekła. Jak? Czy miejscowi znali jakieś ścieżki przez urwiska i las? Nie było prądu, kabel urwany, zawaliła się wieża telefonii komórkowej. Zero łączności ze światem. Czy teraz hotel zawali się im na głowy? Robinsonowie Alp, zamarzną tu, wiatr ich wymiecie?

   Pani von Horst, egzotyczna piękność, kabalistka, szczerzyła zęby w uśmiechu – przekonywała parę czarnych prawników,  że widziała katastrofę w kartach.

 

  Kapitan Orest znał się na konstrukcjach. Zbadał ściany, spokojnie i rzeczowo zapewnił, że budynek wytrzymałby wstrząsy jeszcze o parę stopni mocniejsze od tych, które się wydarzyły. Nic nie było do zrobienia, ucieczka w  śnieżycę, w górskie pustkowia była bez sensu. Trzeba  przeczekać, grali znowu, a gdy zapadł zmrok grali dalej przy  świecach. Uciekając przed lodowatymi podmuchami przenieśli się do saloniku z kominkiem obok recepcji. Dik rozpalił wielki ogień. Rober za robrem. Wiedzieli – z dołu, od miasta, przyjdą ratownicy. Jak wiatr nacichnie, przylecą helikoptery.

   Wybawieniem  na razie był Dik, jego zmysł praktyczny, energia, optymizm. Okazało się,  że bywał menadżerem sportowców, specjalistą od żywienia, zakwaterowania. Teraz włamał się do kuchni, do magazynu. Sklecił jakieś benzynowe lampy, paleniska do grzania posiłków. Pomagała mu robić posiłki. Któregoś poranka, kiedy przygotowywali lunch, Dik się rozgadał. Mówił o Robinsonie na bezludnej wyspie, o jakimś filmie, w którym Piętaszek okazał się kobietą. To była okazja do rozbieranych scen, erotyki. Tandeta. Nie widziała tego filmu. Dobrze, bo to paskudztwo. To Robinson powinien być kobietą, twierdził Dik. Dlaczego? Dlaczego przekonywał Emmę, że to baba Robinson powinnna rządzić Piętaszkiem?

          Mężczyźni to poligamiczne brudasy, siedzi w nich agresja i wulgarność – dowodził – zdrada jest ich drugą naturą.

 Emma słuchała. Ona sama pamiętała, że zdradziła.  Nie powiedziała tego Dikowi.

          A nie jest tak,  że mężczyźni to artyści, odkrywcy, filozofowie? – spytała rozcierając w  wodzie mleko w proszku.

          Są i tacy, w śmiesznej mniejszości. Są nawet  święci  i kapłani. Albo męczennicy wielkich idei. Ta grupka ma stanowić alibi. Mężczyźni najpierw wymyślili postęp z lenistwa, potem kulturę w akcie bezradnego lęku wobec kobiecej natury. Ze strachu przed imperatywami biologii, intuicją. Artyści? Caravaggio – morderca, pijak i dziwkarz. Picasso zmieniał kobiety co sezon. Aby gatunek mógł trwać, kobiety muszą się nabrać na to alibi. A Max Ernst, ten pod którego „Okiem ciszy” stał nasz karciany stolik? Też zmarnował dziesiątkę kobiet. Najmarniej dziesiątkę, wariowały, uciekały od niego do swoich rodzin.   Cała  strategia mężczyzn.

          A Chirico, ten, pod którego obrazem nasz stolik?

          On chyba z tej szamańskiej mniejszości, jak El Greco czy Vivaldi.

 Emma słuchała i dziwiła się w myślach – jaki on menadżer sportu? Dik – menadżer od treningów, masażystów, kupowania zawodników?  Za wiele wie o sztuce. Kłamie więc. A kto kłamie, ukrywa jakąś zdradę.

  Chirico to alibi dla agresji samców. Gdy chcą ocalić gniazda, aby trwało plemię – wtedy kłamią, albo wierzą w kłamstwa. Miała już spytać – a ty Dik? Ale spytała – a kapitan Orest?

   Odpowiedzią był ironiczny uśmiech i gest, który znaczył – wspaniały!

  Bo wtedy kapitan Orest rządził. To on zorganizował sprawy higieny, topienie  śniegu na wodę.

 

     Gdy ucichła na moment zamieć –  Emma przez wyłamane wstrząsem drzwi wyszła na taras widokowy drugiego piętra. Zdumiona zobaczyła,  że hotel Sierra Brava wcale nie jest  jedynym budynkiem na płaskowyżu. To było jak cios w głowę. Zwariowałam. Rzygać tym. Zwariowałam. Wokół białej płaszczyzny płaskowyżu, na odległych jego krawędziach stały trzy inne hotele – na tyle blisko, że dało się odczytać nazwy na fasadach.

    Naprzeciwko – stylizowany na bawarską oberżę  Madre Morena, po prawej, w kępie  świerków, neogotycki Torre Negra, i wreszcie po lewej nowoczesny, przeszklony Casa Vera, trzy różne, a czymś jednak pokrewne,  podobnych rozmiarów budynki. 

   Moja proza opowie o tym, jak brydżyści od dwu stolików przemieniają się karty do gry tej samej talii, jak cztery hotele okalające śnieżny płaskowyż rozgrywają nimi na białym obrusie swojego robra.

   Nie wiem na razie, kiedy przymuszę bohaterów tego mitu do rozmowy, jaką toczyłem ostatnio z jednym z krakowskich przyjaciół. On, europejskim mitem zniewolony, marzy o Stanach Zjednoczonych Europy. Dlatego wścieka się na nacjonalizmy. Przekonywałem go –  to demokracja i prawa człowieka przesądzają, że nacjonalizmy będą się panoszyć, iść do władzy. Głodni, bici, prześladowani z obszarów określanych jako Południe – oni chcą przyjść, schować się pod namiot praw człowieka i demokracji, nakarmić dobrobytem, bezpieczeństwem, chlebem z masłem. To ich napływ, ich szariaty i vendetty plemienne  stają się zagrożeniem dla demokracji, ich rozrodczość i apetyty stają się zagrożeniem dla dobrobytu, a nacjonalizmy obiecują, że obronią chleb z masłem dla tych co orali pola, żęli pszenicę, doili krowy, od pokoleń byli tu, u siebie.

   Kandydaci na dyktatorów będą przekonywać: – będziecie u siebie, nie zabiorą wam. Przepędzimy ich, zanim sięgną po chleb z masłem. Przepędzimy, choćby to było okrutne i brzydkie.

   Głodni, bici, prześladowani z obszarów określanych jako Południe nie mają okazji, aby uczyć się historii kolonizacji, historii niewolnictwa. To oni, rozbitkowie Lampedusy, sami są głodni, bici, wystraszeni, a dowiedzieli się już, gdzie jest syto i bezpiecznie. To ich demokratyczni obrońcy wiedzą wszystko o Wielkiej Rewolucji, o prawach człowieka, znają historię niewolnictwa i zbrodnie kolonializmu. To elity trzeciego pokolenia azylantów wiedzą wszystko o niedoli pradziadów na Południu, o winie białego człowieka. I słusznie boją się nacjonalizmów, bo żelazne miotły miotą na oślep.

    Mam wśród ósemki brydżystów parę czarnoskórych finansistów od ubezpieczeń z Nowego Jorku. Nie przymuszę ich do udziału w takiej debacie. To fikcyjna, literacka Emma, młoda Polka, królowa karo, musi znaleźć rozmówcę do kłótni o mit demokracji, do sporu o wszystkie mity, jakimi mogą posłużyć się nacjonalistyczni dyktatorzy  aby manipulować tłumem.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko