Jan Stanisław Smalewski – Minął Tydzień

0
100

Jan Stanisław Smalewski

Minął Tydzień

 

Pokojowo i literacko… to znaczy społecznie

 

Jacek Maślankiewicz            Dawno tak bogatego tygodnia nie mieliśmy. Moja podzielność uwagi poddawana była wielorakim próbom, a i wytrzymałość (na emocje) także.

Czego najbardziej nie lubię? Pazerności mediów, gdy te czepią się jakiegoś tematu i drążą go do obrzydzenia długo. Gdy same zapędzają się w przysłowiowy róg, stając się łatwym „chłopcem do bicia”. Tak jak na przykład było z tematem pedofilii w Kościele, a głównie z problemem księdza Gila: „Winny czy nie winny?”. Ileż to informacji rozpoczynano właśnie tym tematem. Rozdmuchano sprawę na miarę wydarzenia o charakterze międzynarodowym, a tymczasem… nie szybko ostatecznie da się ją wyjaśnić do końca.

Tanie szukanie sensacji, nic więcej. Bez zastanowienia się, czemu ona może służyć. Bez krzty chęci szukania dobrych uzasadnień i rozwiązań. Tak działa większość naszych mediów.

Kilka ujawnionych przy okazji przypadków pedofilii i innych seksualnych zachowań księży, które także zapewne niekiedy zdarzały się w przeszłości, mocno nadwyrężyło dobre imię Kościoła Katolickiego w Polsce.

Prawda, że trochę smutno na tym tle wypadł Episkopat Polski, mimo iż ostatecznie jednoznacznie potępił on zjawisko, znajdując drogę do tego, by stanąć po stronie ofiar.

To z tych powodów z osłabioną radością przyjęli wierni wiadomość o ostatecznym terminie wyniesienia do świętości naszego Jana Pawła II.

Tymczasem zachowania przestępcze pojedynczych kapłanów będą rozpatrywane tak, jak w odniesieniu do wszystkich pozostałych obywateli naszego kraju, a grzech nieczystości, który coraz częściej dotyka i naszych duchownych, nie jest grzechem z kosmosu. Wynika z takich, a nie innych uwarunkowań społecznych. I wiadomo jest wszem i wobec, że nasze społeczeństwo stopniowo podleje; poszerza się na skutek biedy margines społeczny, ruchy społeczne o charakterze tak zwanym wolnościowym (narkotyki, seks, związki gejowskie…) deprawują młodzież.

Obserwując w ciągu dnia zachowania młodych chłopców z pobliskiego gimnazjum mam jedno spostrzeżenie: Takiego diabła, jakim jest niejeden z nich, gdy zechce kiedyś zostać księdzem, to choćby i dziesięć razy wyświęcać, i tak pozostanie diabłem.

 

            A co na przykład dzieje się z młodymi matkami? W mediach także ostatnio do obrzydzenia serwowano nam informacje o ujawnionych kolejnych przypadkach dzieciobójstwa. Jeden, dwa, trzy przypadki, zgoda, powinny wywołać nasze oburzenie, zastanowić, skłonić do refleksji. Ale dowodzenie, że to epidemia?.. Czemu ma służyć?

Gdyby to było podawane pod rozwagę rządzącym, to jeszcze mógłbym zrozumieć, ale jeśli ma stanowić dowód dla innych zdeprawowanych młodych rodziców, że niby coraz częściej staje się to normą, no to przepraszam, „w czym dzieło”?

 

            W sprawach polityki w kraju też działalność mediów odpychała mnie od telewizora, zniechęcała do czytania gazet. Niektórzy dziennikarze tak zespolili się już na stałe z aferą smoleńską, komisją Macierewicza, że chyba nie wyobrażają sobie, jak by mogli bez nich funkcjonować.

            I co najgorsze, to brak perspektyw na przyszłość: tematy te nadal zapewne będą nas ogłupiać, zmuszać do pokory wobec wszechmocnych mediów.

 

            Tylko przysłowiowe dwa zdania o referendum w Warszawie i o piłce nożnej. Po to, bym był rozpoznawalny w czasie, w jakim to komentuję.

Referendum – moim zdaniem – to lekcja pokory dla PO i samej pani prezydent Warszawy, ale czy pokora wystarczy? Ta władza, a dowodzi tego codzienność, wyczerpała środki do samorealizacji. Obawiam się zatem, że to tylko jeden z półśrodków, gdy należy szukać rozwiązań konkretnych, trwale zmieniających rzeczywistość.

Kibicom naszym (bo ja osobiście już od dość dawna przestałem być wiernym wyznawcą naszych kopaczy), zapewne pozostaje żal, że nie udało się wygrać meczu z Ukrainą, że definitywnie muszą odrzucić marzenia o finałach mistrzostw wielkiej piłki, ale powiedzmy sobie szczerze: Wierzyliście w to święcie, że wygramy, czy tylko mieliście nadzieję?

Ja wiem jedno. Choćby z nie wiem jak światowych graczy poskładano zespół, nigdy on, za żadnego najlepszego nawet trenera nie będzie odnosił regularnych sukcesów, nie grając ze sobą na co dzień, nie rozumiejąc, nie czując się wzajemnie. A dzisiejsza piłka to wielkie pieniądze, których przecież… nie mamy.

 

No i oczywiście nie wypada mi nie skomentować najważniejszych dla mnie jako politologa z wykształcenia i pisarza z powołania najważniejszych wydarzeń tego tygodnia: Nagród Nobla, w tym literackiej dla Alice Munro i pokojowej dla Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej.

Przede wszystkim pokój, bo bez niego normalnie żyć się nie da. Kiedy niedawno świat wstrzymywał oddech, przygotowując się na najgorsze – atak Amerykanów na reżim Asada w Syrii, oczy całego świata kierowały się ku Stanom Zjednoczonym, Rosji i Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Oczekiwano, że jedynym możliwym rozwiązaniem będzie rozwiązanie siłowe.

Zwycięstwo rozsądku sprawiło, że znaleziono drogę mediacji, ustalono najlepsze w tej sytuacji rozwiązanie nie tylko na dziś, ale także przyszłościowo. Rozwiązanie poprzez zmuszenie Syrii do likwidacji swoich zapasów broni chemicznej. Mają to zrobić inspektorzy, których właśnie uhonorowano Pokojowym Noblem.

Nie dziwi mnie w tej sytuacji, że medialne przewidywania, iż Nobel może trafić do pakistańskiej nastolatki Malali Yousafzai – symbolu walki o edukację dziewcząt w tym kraju, nie sprawdziły się. Tak jak nie sprawdziły się inne przewidywania, że wyróżnionym może stać się lekarz ginekolog Denis Mukwege od kilkunastu lat leczący kobiety – ofiary gwałtów wojny na pograniczu Konga i Rwandy.

Nie należę też do tych, którzy uważają, że tego typu nagród nie powinno się przyznawać organizacjom (międzynarodowym, państwowym, społecznym). To zależy. Zależy od wagi dokonań, od roli jaką spełniają w utrzymaniu pokoju na świecie. A organizacja zawsze przecież może uczynić więcej niż pojedynczy człowiek.

Wybrano OPCW – Międzynarodową Organizację ds. Zakazu Broni Chemicznej (nota bene to 22. uhonorowana w ten sposób organizacja w historii Nobla). Niewątpliwie ten wybór jest o tyle trafny, że wychodzi naprzeciw bieżącym potrzebom. Ocenia nie tylko dotychczasowy wieloletni już jej dorobek, dzięki któremu z arsenałów wojennych świata usunięto – jak się szacuje – ponad 80% zapasów jednej z najokrutniejszych broni, ale zmusza jakby do dokończenia owej misji pozbawienia świata tego rodzaju zagrożeń.

Zmusza, nie zmusza, ale na pewno mobilizuje do ostatecznego rozwiązania problemu Syrii drogą nie militarną, a to w obecnej sytuacji jest bardzo ważne.

 

Zaskoczeniem dla wielu było także przyznanie nagrody w dziedzinie literatury. Tu obstawiano aż pięcioro pisarzy, w tym Amerykanina Joyca Carola Oatesa, Węgra Petera Nadasa, czy też nagradzaną przez Polaków Nagrodą im. Kapuścińskiego Białorusinkę Swietłanę Aleksijewiczową.

Alice Munro do tej grupy nie należała. Poza tym w pierwszych komentarzach zdziwionych dziennikarzy zwracało się uwagę, że jest pisarką ukierunkowaną tylko na pisanie opowiadań, nie napisała żadnej powieści.

Sam też początkowo byłem zaskoczony, bo… odnalazłem w swojej bibliotece podarowaną mi kiedyś przez znajomego wydawcę z Warszawy książkę jej autorstwa „Miłość dobrej kobiety”. Pamiętam, że potraktowałem ten gest jako pocieszenie, gdyż był to czas, że narzekałem na samotność. Pamiętam także, że kiedy przejrzałem książkę, niczego, co by mnie w niej zainteresowało, nie znalazłem. Ot zwykłe kobiece pisanie o sobie, swoim miasteczku, środowisku, sprawach nurtujących głównie kobiety, no a do tego… opowiadania, a ja tego gatunku za bardzo nie cenię.

Tymczasem okazuje się, że Komitet Noblowski miał dość danych, by kandydaturę tę docenić.

Nagroda Nobla dla Alice Munro ucieszyła bardzo Kanadyjczyków. Moja siostra stryjeczna Anna, która jest doktorem filologii angielskiej i wykłada na uniwersytecie w Calgary, napisała mi w email, że „jest ona spełnieniem marzeń wielu kanadyjskich czytelników, którzy czekali na to od kilku lat, tj. od czasu, gdy wyróżniono ją Międzynarodową Nagrodą Bookera”.

Sprawdziłem, nagrodą tą, którą od 1969 roku przyznaje się za najlepszą książkę anglojęzyczną i która jest najbardziej prestiżową nagrodą literacką w Wielkiej Brytanii, Alice Munro uhonorowano w 2009 roku.

Munro urodziła się w Ontario. Okolice, w których się wychowała, dorastała, a potem żyła, stały się dyskretnym tłem jej opowieści, w których dominują sprawy codzienne.

Język jej opowiadań jest niezwykle oszczędny, a umiejętność operowania nim powoduje, iż opowiadania wypełnia niezwykła głębia uczuć, emocji. Przy czym cechuje je prostota przekazu trafiająca do zwykłych ludzi.

Nie to chyba jednak było najważniejsze. Pisarkę odkryto na początku lat 60. – w 1961 roku stała się bohaterką artykułu „Gospodyni domowa znajduje czas na pisanie opowiadań”. – Podobno do tej pory nie ma swojego stałego miejsca, biurka, pisze wszędzie, gdzie dopadnie ją wena.

W roku 1971 podczas spisu powszechnego w rubryce zawód, zamiast „gospodyni domowa” podała po raz pierwszy „pisarka”. Nieco później poznała Margaret Lawrence i Alice Atwood, które razem utworzyły „wielką feministyczną trójkę” propagującą literaturę kanadyjską, co trafiając na grunt rodzących się akurat ruchów nacjonalistycznych, skutecznie przeciwstawiło się traktowaniu Kanady jako koloni amerykańskiej dla tamtejszych rynków wydawniczych.

Po burzliwych latach 80., kiedy dochodzi do głosu jej indywidualizm, pisarka otwarcie pisze o trudnych sprawach kobiet, porusza sprawy intymne, w tym seksu, uzależnia się w poglądach społecznych, buntuje przeciwko niektórym sprawom przynależnym wyłącznie mężczyznom, następuje w jej życiu chwilowy regres. Miejscowi zarzucają jej nawet, że pisarka alienuje się, że zbyt brutalnie przerysowuje sytuację w okolicach Wingham.

Wtedy to pisarka potrafi wyciszyć się. Umiejętnie łagodzi nastroje wokół siebie, aktywnie udzielając się społecznie (wywiady, spotkania, wykłady jak pisać dobre książki itp.). W krótkim czasie czytelnicy odwdzięczają się jej za to, tworząc w Wingham Literacki Ogród Alice Munro, w którym na kamieniach wyryte zostają tytuły jej książek.

82 letnia pisarka Alice Munro uchodzi w Kanadzie za osobę niezwykle wpływową, zdolną pociągnąć za sobą innych; którzy… w jej ślady idą na przykład namawiając wydawców na wydawanie książek na papierze ekologicznym. Jest zdolna do ustąpienia miejsca w konkursie literackim (o Giller Prize), wycofując swoją książkę, jak to miało miejsce np. w przypadku Alice Atwood, „by dać szansę młodym”, z którą potem – nota bene – po nawiązaniu głębszej przyjaźni, współtworzy Związek Pisarzy Kanadyjskich.

Alice Munro jest uważana za mistrzynię słowa przekazywanego tylko w obrębie jednego literackiego gatunku: opowiadania. Pisano nawet o niej, że jest w tej mierze spadkobierczynią Tołstoja i Czechowa.

W Polsce wydano jej 10 książek. Była tłumaczona na ponad 20 języków, wyróżniana wieloma nagrodami literackimi.

Ciekawostkę stanowi zapewne, że jest 13. kobietą otrzymującą Nobla, spośród 106 dotychczas przyznanych nagród w tej kategorii.

Komitet Noblowski w uzasadnieniu przyznania tej nagrody ocenił jej twórczość jako „jedno z najciekawszych zjawisk współczesnej literatury anglosaskiej”. O wyjątkowej osobowości tej pisarki jako stymulatorki ruchu literackiego w Kanadzie nic przy tym oficjalnie nie powiedziano, a szkoda.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko