Jacek Maślankiewicz

0
374

Jacek Maślankiewicz

www.jacekmaslankiewicz.pl

Urodzony –  7 lutego 1955 r. w Warszawie, stolicy Polski
Wykształcenie:

  – wyższe – Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie.

Dyplom w 1979 roku.

 

Pracownia własna – Warszawa, ul. POWĄZKOWSKA 13 b
Malarstwo:
od wczesnych lat dziecięcych pod kierunkiem Ojca – Artysty Malarza Ireneusza Maślankiewicza. W czasie studiów – w pracowniach Jana Lisa, Bohdana Urbanowicza, Rajmunda Ziemskiego.

Indywidualne wystawy malarstwa: 26 wystaw w wybitnych Galeriach Sztuki

– 148 pokazów zbiorowych w Polsce (większość) i poza Polską (mniejszość)
– realizacje ekspozycji i akcji malarskich w ramach działalności Stowarzyszenia Ruchu Artystycznego „ŚWIAT” (1987 – 1992)


Prace:

tradycyjnie – w wielu kolekcjach prywatnych w kraju i świecie.

Największa z prywatnych kolekcji  –  Państwa Agnieszki i Jacka Majdax

 

w zbiorach galerii:

– Zbiory Watykańskie – obraz „Pejzaż Polski” – dar dla JE Papieża Jana Pawła II
– Narodowa Galeria Sztuki Zachęta w Warszawie

– Galeria Miejska w Kołobrzegu

– A.L.A.M. Nuyten Gallery, Holandia

 

w zbiorach muzealnych:

– Muzeum Miejskie  w Gorzowie Wielkopolskim

– Muzeum w Lęborku

– Muzeum Okręgowe w Siedlcach

– Muzeum w Koszalinie

 

w kolekcjach firm:

– Dax Cosmetics w Warszawie

– Mondial Assistance Polska w Warszawie

– ABN Bank w Amsterdamie

 

 

inne:

– Od maja 2010 r. pełni funkcję Prezesa Okręgu Warszawskiego Związku Polskich Artystów Plastyków.

Udział w jury:

– Przewodniczący Kapituły Nagrody im. Jana Cybisa

– Członek Kapituły Nagrody Cypriana Kamila Norwida
– Członek Jury Olimpijskiego Konkurs Sztuki MKOl
– Członek Kapituły Nagrody dla Młodych Twórców im. Eugeniusza Eibischa

– Członek Jury Konkursu „Wawrzyn Olimpijski”


 

O malarstwie Jacka Maślankiewicza

Powinnością malarza jest malować. Te słowa oddają prawdę o  twórczej drodze Jacka Maślankiewicza. Artysta ten podejmuje tylko to, co dotyka bezpośrednio problemów malarskich. Jest spadkobiercą wielkiej tradycji polskiego koloryzmu, ale i  twórcą malarstwa materii.

 

Jak wielcy koloryści oddaje się studiom oddziaływania barw, łączy kolory, rozkłada przed publicznością barwny, malarski kobierzec utkany z impastów

i zgrubień faktury, ale i z transparentnych muśnięć pędzla wiedzionego śmiało

i bezkompromisowo. Na obrazach widzom oddaje nie opowieść o czymś, lecz obraz par excellence – wizualne świadectwo swojego wyczucia koloru
i malarskiej wizji. Barwny zapis czystych emocji . Malarską notatkę

o oddziaływaniu barw i światła. Bez zdobień, lecz urzekającą. Bez dopowiedzeń, lecz zatrzymującą wzrok. Niekiedy euforyczną, niekiedy mroczną. Zawsze tworzącą pewne zamknięte uniwersum, własny malarski świat w obrębie płótna.

 

Jak napisał krytyk sztuki, Hugon Bukowski, w obrazach Maślankiewicza jest „ślad  ręki swobodnie puszczonej w ruch, poddanej intuicji, skrywanym napięciom ducha i żył. Jest w nich i cisza, i krzyk”, są czerwienie ale też „błękity i szarości subtelne, wyciszone, są i niebanalne żółcienie, promieniste, ciepłolubne przebłyski słońca. Słowem – narracja niby czysto malarska, ale i coś więcej, coś ponadto.”

 

To „ponadto” – to tajemnica, czule skrywana iskra Boża – która łączy potrzebę malowania u jednych z potrzebą odczytywania malarstwa u innych.

 

                                                                                 Katarzyna Napiórkowska  


 

Święte i nieświęte malowanie Jacka Maślankiewicza

           

Znowu mnie zaskoczył, i to po raz drugi, na bieżąco i gorąco, w ciągu jednego roku! Zdawało mi się, że wiem niemało, a nawet może wszystko, co chce i potrafi  wyrazić autor, którego znam od dwudziestu lat, a tu nagle on – subtelny abstrakcjonista (w odbiorze) – “wyskakuje” w Galerii Centrum Olimpijskiego na Wybrzeżu Gdyńskim w Warszawie (2009) z wystawą rozciągniętych wszerz, panoramicznych pejzaży realistycznych, intensywnie, wręcz dziko nasyconych kolorem i światłem, albo i reflektorem boskim czy nieboskim, i to świecącym jakby spoza ram, ale nie po to, by wydobywać, zarysowywać, obrysowywać znane wszystkim widoki, detale, tylko po to, aby dotknąć nieosiągalnej, nierealnej, złudnej lini Horyzontu, tego złudnego dla oka ludzkiego styku nieba i ziemi (jego obraz “Mój pejzaż”, dużo, mówi, wyraża: “mówi” ziemią rozświetloną intensywnie czerwieniami, żółciami, zieleniemi i delikatnymi znaczkami obecności człowieka myślącego, w tym i spadającego  sponad linii horyzontu, z ciemnochmurzastego nieba, w smudze światła, ledwie widocznego człowieczka, może beznadziejnie, ale i śmiało szusującego po stoku, jeszcze powyżej linii horyzontu, poza którą musi dalej lecieć, spadać, opadać, aby dotknąć ziemi…). Tak – pomyślałem – to jest  prawdziwy  Maślankiewicz, choć zawsze zaowalowany, nienarzucający się nikomu i niczemu, ani formą, ani żadnymi pomysłami mającymi na celu przekraczanie granic – wszelakich, ani tym bardziej  w sztuce.

             A teraz, na styku lata z jesienią (2009), zaskakuje mnie totalną – przynajmniej z tytułu –  metafizyką, objawioną w ambitnym, świeżotwórczym warszawskim Teatrze Kamienica przy Alei Solidarności, zatytułowaną jasno, konkretnie, jako “Święte Obrazy”. Bardzo to śmiałe nazwanie, jak na dzisiejsze czasy, z mniej czy bardziej śmiałą kontrmyślą, kontrideą wobec lansowanego dziś hochsztaplerstwa, polegającego na tanim, głupawym przekraczaniu granic.

            Święte czy nieświęte, ale od razu rodzi się pytanie, czy świętość i obraz to jedno i to samo, nie mówiąc o mniej czy bardziej wyczuwalnym poczuciu świętości człowieka 21 wieku i w ogóle, pomyślawszy o samym pojęciu świętości! Może już za szybko i za daleko pojechałem, ale obraz to przecież materia, tudzież materiał-towar podażny, sprzedażny, a o świętości myślimy spontanicznie, naturalnie, duchowo, że to coś, co jest niedotykalne, czego nie da się ubrać, uwyraźnić, zarysować, obłaskawić. A tu okazuje się, że niczego nie trzeba dotykać, obłaskawiać, bo i nie da się żadnej postaci świętej zauważyć! Świętych i nieświętych znamy wielu, portretowanych, ujmowanych, wyrażanych przez największych mistrzów sztuki w dziejach, ale oto w obrazach Maślankiewicza nie widzę żadnych świętych, ani pół, ani nawet ćwierć świętych. Nie ma żadnego adresu, nazwania,  wszystkie obrazy są bez tytułu, mają  numerację łacińską (I, II, III…XXIII….), ale formatowo wszystkie są  pionowe, bez jakiejkolwiek figuracji, bez zarysów i obrysów pną się ku górze kolorem i światłem, na szczęcie bez jakiegokolwiek schematu geometrycznego, jakże chętnie konstruowanego przez wielu abstrakcjonistów, z (naiwną, nienaiwną) nadzieją, że to inteligentny przekaz dla innych planetarnych ludzików. 

            Z pozoru abstrakcja, którą zwykliśmy kojarzyć z pustką, ale tu czysta i mocna ekspresja, bez jakiejkolwiek kalkulacji. Ręka swobodnie puszczona w ruch, poddana intuicji, skrywanym napięciom ducha i żył. Jest w nich i cisza, i krzyk, a nawet krew, bo czerwieni tworzących akcenty i napięcia niemało w tych obrazach, ale są i błękity i szarości subtelne, wyciszone, są i nienahalne, żółcieniowe, promieniste, ciepłoludne przebłyski słońca. Słowem – narracja niby czysto malarska, ale i coś więcej, coś ponadto, co zresztą nie jest takie dziwne, zaskakujące, bo już dużo wcześniej “pogrążony” był w cyklu “Katedry”, w którym budował własne, irrealne wnętrza katedralne, brzmiące ciszą, muzyką, historią… Ta świętość – wyznaje autor – to ulotność, niezwykłość, uwolnienie od praw grawitacji.

                                                                                              Hugon Bukowski       


KRYZYS – jest jedynie skutkiem perfidnej kreacji ZŁA w celu sprawowania ”rządu dusz”. To w dobie debilnej medio/ochlokracji* szerokie pole ziszczania chorych rojeń i  rozbestwienia z nadania półmózgów.

Jest fałszywym kwikiem/klangorem* chóru przy korycie. To upadlanie normalnych. Rozumnych, światłych, świadomych i prawych. PRAWYCH. Praworządnych, uczciwych, cierpliwych… ciągle jeszcze  „TU I TERAZ” j w zdecydowanej większości, niestety milczącej głównie. Zło jest medialne –  efektowne, konsoliduje. Na krótko – ale często skutecznie. Manipuluje językiem, pojęciami. Niszczy wartości, niszczy tradycję, niszczy Człowieka

Kryzysy przemijają…

Piękno formy trwa. I przetrwa, pomimo ataków odczłowieczonych.

 

Ja.

Maluję od

ZAWSZE

i

na ZAWSZE

Ponieważ:

1.) UMIEM

2.) LUBIĘ

3.) Sam proces tworzenia jest po prostu fascynujący

4.) Zapotrzebowanie na piękno było, jest… 

I będzie dopóty, dopóki szlachetne miano CZŁOWIECZEŃSTWO wyróżnia  nas, istoty ludzkie w dziele STWÓRCY.

JaM


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko