Krystyna Rodowska – Dzikie atramenty albo szkoła obmowy Mirona Białoszewskiego

0
286

Krystyna Rodowska


Dzikie atramenty albo szkoła obmowy Mirona Białoszewskiego

 

      Po raz pierwszy Miron Białoszewski przyjechał do Obór pod Warszawą na początku października 1976 roku.  W jadalni Domu Pracy Twórczej właśnie trwał obiad i za  chwilę spóźniony przybysz  został usadzony przy moim stoliku. Zaczęliśmy rozmawiać o Warszawie – jak się zaraz okazało, temacie niesłabnącej fascynacji Białoszewskiego ,  tym bardziej, że całkiem niedawno zamieszkał w blokowych „ gwizdo-betonach” na „ gorszej” Saskiej Kępie, nazwanej przez niego „ Chamowem”. Mój nowy towarzysz  rozgadał się na dobre, ja zaś pozbyłam się bardzo szybko początkowej tremy, zrozumiałej u młodej podówczas poetki, z jednym  tomikiem w  dorobku.

   Z twórczością Mirona Białoszewskiego, autora pięciu tomików wierszy w owym czasie , oraz Teatru Osobnego, Pamiętnika z powstania warszawskiego, Donosów rzeczywistości i Szumów, zlepów, ciągów, nie tylko zetknęłam się, lecz nawiązałam z nią ów bliski, osobliwy kontakt, do jakiego dochodzi w trakcie tłumaczenia tekstów zadanego, czy wybranego – jak w tym wypadku – autora. Tak się złożyło, że rok przed  poznaniem osobiście poety, przebywałam na długim, 10-miesięcznym stypendium literackim w mieście Meksyk  i tam, przedstawiając – na zamówienie  Uniwersytetu  – małą antologię współczesnej polskiej poezji w moim wyborze i przekładach na język hiszpański[1] , odważyłam się przeciągnąć jednego z najbardziej nieprzetłumaczalnych poetów w obszar  językowej i kulturowej inności hiszpańszczyzny. A już na pewno szczytem zuchwalstwa i ryzyka była próba sfabrykowania ekwiwalentu słynnej  „ Mironczarni”; prawdę mówiąc, z końcowego efektu  męczarni ale i zabawy hiszpańskimi słowami byłam ostatecznie dość zadowolona.

   Usiłując przybliżyć młodemu czytelnikowi meksykańskiemu osobowość twórczą Mirona Białoszewskiego, pisałam m.in. w nocie, towarzyszącej moim przekładom, o zanurzeniu tej poezji w świecie rzeczy elementarnych, czynności najzwyczajniejszych,  scen i scenek z codzienności. „ Dla Białoszewskiego nie istnieją rzeczy, które by nie zasługiwały na poetycką penetrację,  jako tworzywo służy mu wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego spojrzenia, dotyku czy innego zmysłu, a także  takie „zajęcia”, jak leżenie, ulotne dialogowanie , patrzenie przez okno czy kontemplowanie posągu jakiejś świętej w wiejskim kościółku. Poezja dla Białoszewskiego wypływa z samego faktu istnienia i prób określenia – jakby to działo się po raz pierwszy – relacji między ja a światem, ja a najbliższymi przedmiotami, takimi jak piec, podłoga, ściana, łyżka czy kołdra. Wszystko może się stać okazją do wyrażenia zachwytu, zadziwienia, cokolwiek, przefiltrowane przez specyficzne operacje językowe, jest w stanie osiągnąć wymiar estetyczny i filozoficzny”.

 

   I oto teraz, przypadek a właściwie los sprawił, że danym mi było znaleźć się w tym samym miejscu i czasie, co Białoszewski – bohater niedawnych, zaocznych z nim obcowań. Co więcej, zaczęliśmy chodzić niemal codziennie na długie spacery i uprawiać to, co w późniejszym liście do mnie z Obór, nazwał „ szkołą obmowy”.

„ Po Pani wyjeździe straciłem szkołę obmowy. Trochę można było z panem Między – rzeckim, ale nam to szło lepiej”. Pokazałam Mironowi moje niewidoczne dla niewtajemniczonych , dziś już nieistniejące „ uroczysko” w konstancińskim jarze,  tuż przed szkółką jeździecką, którym się zachwycił. Zaśmiewaliśmy się, „ obgadując”, każdy po swojemu, rozmaite kształty roślin przydrożnych i drzew, a nawet worków plastikowych na wysypisku  śmieci. W towarzystwie Mirona, gdy patrzyło się także jego oczami, nawet to co brzydkie, obskurne,  wykazywało się jakimś rodzajem piękna.

 

   Nie zawsze jednak mogłam towarzyszyć Mironowi w jego wypadach w teren.  Wiązało się to ze specyficznym rytmem życia poety, słynącego z tego, że z  dnia robił  noc i  odwrotnie, w nocy , kiedy wszyscy mieszkańcy  oficyny spali, on buszował  po okolicy jak  dziki kot. Z tych  nocnych eskapad znosił przeróżne trofea. Zapukałam kiedyś do jego narożnego pokoju na parterze i oniemiałam: z lampy pod sufitem i z obramowania lustra nad umywalką zwieszały się całe gałęzie z grzywą liści i fioletowo-czarnych owocków, prawdopodobnie „ wilczej jagody” albo kruszyny,  co w połączeniu z czarnym papierem, naklejonym na okienne szyby, tak by odgrodzić się od dziennego światła i tego, co działo się na zewnątrz, sprawiało wrażenie jakiegoś przedziwnego sanktuarium, czy kaplicy, służącej medytacjom. Pochwyciwszy moje zdumione spojrzenie, poeta powiedział, rad z efektu:  „ To są dzikie atramenty , naznosiłem tu ich trochę,  jak pani widzi ”.

 

   Ta scena, a przede wszystkim  malownicze wyrażenie, kontemplowane z dzisiejszej perspektywy, w którą wpisuje się całość dzieła Mirona Białoszewskiego, nabrało dla mnie wymiaru celnej, acz wieloznacznej metafory. Wybierając sztuczność peryfrazy pospolitej nazwy (wilcza jagoda , czy kruszyna”) poeta nadbudował nad nią piętro semantyczno – ekspresyjne, gdzie „ kulturowość” spotyka się z „ dzikością”, czyli sferą niezdobytej przez język rzeczywistości.. W tym pełnym napięcia  i walki spotkaniu dwóch  obcych sobie jakości, to „ dzikość” była dla poety o wiele bardziej atrakcyjna, niż „ atrament”, zwłaszcza od  pewnego momentu, od późniejszego etapu twórczości, charakteryzującego się „ łapaniem za słowa” w mowie pozornie„ byle jakiej”. Chcąc się „ wyjęzyczyć”, Białoszewski wprowadził „ dzikość” niewyrażalnego do swojego języka, traktowanego jako jeszcze nieuformowana,  otwarta na niespodziankę substancja, z której można ulepić dowolny kształt, tak jak to robią dzieci – mali kreatorzy, nie przyuczeni jeszcze do norm poprawności. Jednak dzieci próbują lepić w języku na oślep, podczas gdy poeta- Miron, kontynuując słowotwórcze i ontologiczne pasje Leśmiana, rzeźbi świadomie w języku swoje dziwotwory, zaraża słowa sobą, zlepia to, co było dotychczas rozdzielone, z rzeczowników modeluje czasowniki i na odwrót, „ deszczykuje”, „ korytarzuje”, o burzy powie: „ było lwio/ponadto lwiało”, dokonuje genialnych  przeszczepów liter czy głosek na inne korpusy słowne,  co chwila.się przejęzycza ( „ nie wychylać się/nie cochwilać”).„ Prze- języczanie się”, to nic innego, jak wychodzenie poza język, nieustanne  przekraczanie jego granic, zawłaszczanie „ dzikości” przez „ atrament” i rozsadzanie nią „ atramentowych” schematów. W wierszu „ Domki i psy w lesie tej planety” tak opisuje nieprzeniknione górowanie drzew nad przechodzącym pod nimi człowiekiem: „ wysocy po bokach stoją(zawsze)/dziś nimi nic nie macha”. Zabieg uczłowieczenia domyślnych, nienazwanych  drzew uzmysławia w niesłychanie sugestywny sposób tajemniczość natury w oczach patrzącego. Zabiegi językowe, to także – w  ujęciu Białoszewskiego – budowanie własnej osobowości „ zachciankowej”, sprawdzanie solidności  jej unikalnej konstrukcji. ( „ być sobie jednym”). I wreszcie – „ wyjęzyczyć się”, to przebijać się uparcie do istnienia, z różnych stron mowy,  chodzącej na skróty, często przez ułomki sylab  zamiast przez całe słowa  i zawsze odkrywczej.

 

    Bowiem niespożyta aktywność języka w sferze „ atramentowej” podporządkowana jest u Białoszewskiego najbardziej przezeń cenionej „ szkole obmowy”, inaczej –„gadania”. Próbie  języka mówionego  i słuchanego poddawał własne i cudze wiersze , w stosowaniu  tego wymogu był nieugięty  ( znam to z autopsji).  „ drzewo z zimna i struktury  kryształu/ nierozgadane/ nie szumi/ którędy wyjść ze słowa” – zastanawiał się w  wierszu „ Nie umiem pisać” ( z wczesnego tomu Obroty rzeczy).

 

   Odwracając porządek tej  frazy: tylko to, co rozgadane –  szumi, może być autentyczne. Tak niekonwencjonalnie rozumianą „ obmowę” stosował Miron Białoszewski we wszelkich przejawach swojego pisanio-życia”, a więc także w  listach. Wspomniany list do mnie zaczyna się od słów:” Kochana Pani Meksykanko

 

 Wel Poloneso! Warszawa, dom 9 piętro. Ale dopiero od dwóch godzin, w nocy z 22 października, pół uroczego a pół ździernika

                       ciepła

                       z wszystkiego

jedno drzewo obaliło w Oborach

zdaje się to któreśmy tak podziwiali.

T.zn. miało dwa pnie ( dwudrzewo), jeden pień

oddarło i buch!”

 

   Początkowy fragment zapisany jak wiersz, wers pod wersem.

 

   A w innym fragmencie listu: „ Warszawa z diabelnym  – słowo przekreślone – z chamskim wiatrem. Wracałem dwa razy o śledziowym świcie. Śledź zamarznięty na niebie”…

 

  A na 6-tej stronie listu, pisanego na kartkach ze szkolnego zeszytu w jedną linię, pod formułką pożegnalną:

 

„Pozdrawiam

Miron Białoszewski „–

 

dopisek: :

 

„ dom przywitał mnie gorącem!

Niech będzie błogosławione!”

 

  I już z boku, w braku miejsca, w rozpędzie horror vacui:

 

„ zawsze powinien ksiądz przed wprowadzką i przed każdym wybuchem sezonu zimowego święcić kaloryfery”.

 

 



[1] Poesia polaca contemporanea: Iwaszkiewicz, Przyboś, Różewicz, Herbert, Szymborska, Grochowiak y Białoszewski,  UNAM, 1975.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko