Krzysztof Lubczyński rozmawia z IZABELĄ DĄBROWSKĄ

0
88

Krzysztof Lubczyński rozmawia z IZABELĄ DĄBROWSKĄ


Zadebiutowała Pani w Teatrze Lalka w Warszawie w 1989 roku, ale na Pani biografię artystyczną wpłynęła przede wszystkim rola Ziarenka w „Turlajgroszku” Piotra Tomaszuka i Tadeusza Słobodzianka w gdańskim Teatrze Lalki i Aktora „Miniatura”, pokazanym potem także w Teatrze Telewizji. Od tego czasu datuje się Pani współpraca artystyczna ze Słobodziankiem, gra Pani w jego ważnych przedstawieniach. Czuje się Pani aktorką Słobodzianka?

– Na pewno Słobodzianek wychował mnie teatralnie, ale pewnie tak by się nie stało, gdyby jego wizja teatru nie trafiła mi do przekonania. Do dziś jestem wierna jego myśleniu o teatrze i widzeniu teatru. Na początku mojej drogi zagrałam w ważnych dla mnie przedstawieniach jego tekstów: Tamarę w „Proroku Ilji”(1993) i Olę w „Carze Mikołaju” (1995), które zrealizował w teatrze TV.

Na czym polega wizja teatru Słobodzianka?

– Na opowiadaniu historii. Na tworzeniu fascynujących postaci, bardzo ludzkich w swoim wymiarze: jednocześnie tragicznych i komicznych, dobrych i złych, prawdziwych. Fascynuje go rodzina i to, jak determinuje ona życie ludzkie. A poza tym: wiara, nadzieja i miłość – takie tam drobiazgi. Podobną wizję teatru ma reżyser Ondrej Spisak, z którym spotkałam się  przy realizacji „Malambo”, „Naszej klasy”, „Proroka Ilji” i „Młodego Stalina” i zawsze będę dziękować losowi, że skrzyżował nasze ścieżki.

Marzyła Pani od dzieciństwa o aktorstwie?

– Lubiłam ponoć występować jako dziecko, ale nie było tak, że wycinałam z pism zdjęcia aktorów i wieszałam je na ścianie. W moim macierzystym V Liceum Ogólnokształcącym w Białymstoku należałam jednak do szkolnego amatorskiego zespołu teatralnego i chyba tam połknęłam bakcyla aktorskiego. Fascynowała mnie możność przeobrażania się w kogoś innego, ożywiania emocji nie moich, cudzych, a przez to czasem jakby ciekawszych. Człowiek ma w sobie potrzebę wychodzenia poza siebie, nie tylko poza ograniczenia własnego ciała, ale i wyobraźni, ducha. Bez tego nie byłoby twórczości, w tym także teatru, reżyserii, aktorstwa.

U Słobodzianka uderza twarda konsekwencja artystyczna. Wielu innych, także wybitnych twórców, od czasu do czasu ma potrzebę ucieczki od poważnej, fundamentalnej problematyki w jakieś lżejsze rejestry. Słobodzianek nie. Trzyma się w swojej sztuce fundamentalnych tematów…

– Za ich pomocą opisuje życie, ale przecież to nie są ciężkie, filozoficzne traktaty. Przez to, że zderza wysokie z niskim, sprawia, że jest to bliskie, znajome, widz ma możliwość poczuć, że ten człowiek na scenie, to ktoś taki jak on, słaby, z wątpliwościami, który chce być dobry, ale prowadzi do tego droga pełna zakrętów.

Jakiego rodzaju aktorką czuje się Pani? Może charakterystyczną?

– A co to znaczy dzisiaj? Na szczęście reguły obowiązujące w XIX-wiecznym teatrze przestały już mieć znaczenie, królowa nie musi by posągowa, a zły bohater demonicznym brunetem. Nie kwalifikuję siebie w ten sposób, choć w filmie, w telewizji rzeczywiście zostałam umieszczona w szufladzie „aktorka charakterystyczna”. Taka jest moja fizyczność i temperament. Zaakceptowałam to i w każdej postaci staram się znaleźć coś mojego.

Jest Pani absolwentką Wydziału Lalkarstwa w Białymstoku. Czy to jakoś owocuje w Pani aktorstwie?

– Myślę, że tak. Praca z lalką, to precyzyjne obcowanie z formą. Lalka  to forma skrótowa, to metafora, dyscyplina ruchu. Zwłaszcza, że dzisiejszy teatr lalkowy, to nie skansen prostych form kukiełkowych dla dzieci. To forma coraz bardziej wyrafinowana, kierowana też do dorosłych odbiorców.

Teatr jest dla Pani najważniejszy?

– Zdecydowanie tak. Istota aktorstwa realizuje się w teatrze. Tam jest miejsce poszukiwań, poszerzania wyobraźni, rzeźbienia w postaci, w tekście, jego przesłaniu i języku. Tak pracuje się na przykład w warszawskim Laboratorium Dramatu i na innych poszukujących scenach. Film, telewizja bazują na gotowej sylwetce aktora. Tam jego fizjonomia, figura, to „coś”, czym emanuje z ekranu są decydujące. Film jest sztuką, w której odpowiednio ustawiony amator, pokazany, oświetlony, zmontowany, może czasem zaistnieć rewelacyjnie. Znamy takie przykłady. Z uwagi na technikę realizacji filmu, aktor tylko w pewnym stopniu jest panem swojej roli. Bywa, że aktorzy są zaskoczeni efektem ostatecznym ich obecności na planie. Zdarza się też, że zagrana postać zostaje wycięta w montażu.

Czy taką gotową sylwetkę daje Pani też do seriali?

– W serialu, uwagi na jego popularny charakter jest to jeszcze wyraźniejsze. Podam konkretny przykład z mojej obecnej pracy serialowej. Moja bohaterka w serialu „Blondynka”, Jasiunia  trzyma gospodarstwo twardą ręką. Inni bohaterowie mówią, że to dzięki niej wszystko się kręci w tym interesie. Jest zdecydowana, mocno stąpa po ziemi. Niektórzy mówią, że ma niewyparzony język, że nikomu nigdy nie popuści. Jasiunia ma różne cechy i może ta jest najbardziej dominująca czy zauważalna. Ma jednak także poczucie humoru, potrafi się bawić, jest wrażliwa i empatyczna. Wszystkie uczucia po śmierci męża przelała na siostrzeńca.

Gdzie Pani upatruje przyczyn popularności serialu „Blondynka”?

– Podejrzewam, że widzowie są zmęczeni nadmiarem seriali wielkomiejskich, tzw. glamourem wielkomiejskim, postaciami ludzi biznesu, z korporacji, z klasy średniej, czasem nazywanych japiszonami. Przecież mówi się, że większość Polaków wywodzi się z prowincji, ze wsi, z małych miasteczek i tam mają swoje korzenie. Prawdziwie dużych skupisk wielkomiejskich jest w Polsce niewiele. Przeważająca większość Polaków mieszka na prowincji, w tzw. Polsce B czy C, przy czym nie mówię tego pejoratywnie, ale stwierdzam fakt. Warszawę zaludniają „słoiki”, które na weekendy wracają do takich Majaków nie tylko po bigos i kotlety, ale i po oddech. Może widzom podoba się też to, że w odróżnieniu od innych seriali „wiejskich”, w „Blondynce” wieś nie jest pokazana w krzywym zwierciadle, wyłącznie prześmiewczo, jako siedlisko dziwaków i pijaczków, choć i w tym serialu też nie brakuje humoru, aczkolwiek bez nachalności. To jeden z nielicznych seriali, realizowany w oparciu o scenariusz wybitnego pisarza i scenarzysty Andrzeja Mularczyka. Dzięki temu postanie są prawdziwe, nie papierowe. Może tę wskazówkę powinni poważnie wziąć pod uwagę producenci seriali.

Dziękuję za rozmowę.

Izabela Dąbrowska – ur. 22 sierpnia 1966 w Białymstoku. Wśród jej ról teatralnych można wymienić min. Iris w „Magii grzechu” Calderona de la Barca, Fifi w „Malambo” T. Słobodzianka, Zochę w „Naszej klasie” Słobodzianka, Wróżkę w „Wyzwoleniu” St. Wyspiańskiego. Występowała w warszawskich teatrach Dramatycznym, Montownia. W kinie zagrała m. in. w „Wszystkie pieniądze świata” (1999), „Ubu król” (2003),”Wszystko będzie dobrze” (2007), „Galerianki” (2009), „Milczenie jest złotem” (2010). Ma na swoim koncie wiele ról w serialach telewizyjnych, m.in. w „Bożej podszewce”, „Twarzach i maskach”, „Garderobie damskiej”, „Plebanii”, „13 posterunku”, „Kryminalnych”, „Glinie”, „Na Wspólnej”, „Na dobre i na złe”, a ostatnio w „Blondynce”. Zagrała też kilkanaście ról w Teatrze Telewizji, m.in. „Turlajgroszku”, „Proroku Ilji”, „Carze Mikołaju”, „Poszukiwaniu zgubionego buta” i „Drzewie” według tekstów W. Myśliwskiego, „Pielgrzymach” i „Łucji i jej dzieciach” M. Pruchniewskiego, „Czarnobyl, cztery dni w kwietniu”. Ma na koncie dziesiątki ról w dubbingu.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko