Krystyna Tylkowska – Przyszły dyktator w szopce dziejów

0
87

Krystyna Tylkowska – Przyszły dyktator w szopce dziejów

 

(o Młodym Stalinie w Teatrze Dramatycznym w reżyserii Ondreja Spišáka)

 

 

  Nowy dramat Tadeusza Słobodzianka wydaje się modelowym przedstawieniem pewnej wizji sztuki. W Laboratorium Dramatu od lat odbywają się cykliczne spotkania, połączone z wykładem i dyskusją np. Toksyczna rodzina antyczna, Psychologia fatum etc.

  Pisarz zdaje się nam pokazywać, jak czerpać z owych wykładów, jak teoretyczne wywody wykorzystać w praktyce, gdyż są one elementem jego wizji człowieka. Efekt jest jednakże dyskusyjny. Z jednej strony widzimy na scenie  rozpoznawalny styl tandemu Słobodzianek- Spišák, tandemu, który ma swoją markę, z drugiej natomiast w spektaklu brakuje pewnej magii, siły, widocznej w innych przedstawieniach, będących wspólnym dziełem autora i reżysera.

  Niby wszystko tak, jak zwykle- mierzenie się z mitem, ogromne wyczucie sceny, solidny, godny podziwu warsztat, połączony z finezją, świetna gra zespołowa i ogólnie aktorstwo wysokiej klasy (trzeba przyznać Słobodziankowi, że pisze role, pozwalające aktorom zabłysnąć, stworzyć niezapomniane kreacje, każdy epizod jest ważny, efektowny dopracowany do końca). Niby tak. A jednak czegoś brakuje. Jak gdyby sztuka, stając się realizacją pewnego modelu traciła na wartości. Zawsze przecież teorię, wspólne cechy charakterystyczne danej szkoły twórczej  wysnuwa się na podstawie gotowych dzieł, tworzenie natomiast czegoś wedle przepisu, teorii jest sztuczne i zazwyczaj skazane na porażkę.

  Dyrektor Teatru Dramatycznego stwierdził w jednym z wywiadów, że chciałby przyciągnąć do teatru widza klasy średniej. Bardzo chwalebny zamiar, jednak taktyka upraszczania, spłycania konfliktów dramatycznych, pisanie ad usum Delphini nie sprawdza się. Co więcej zadziwia w przypadku autora, który potrafi  przecież pisać rzeczy wielowymiarowe, z podwójnym, a nawet potrójnym dnem.

  Tyle zarzutów, nie sposób jednak odmówić pozytywów temu przedstawieniu. O części zresztą już wspomniałam.

  Jeżeli chodzi o mierzenie się z mitem, Słobodzianek zakłada, że wszyscy wiedzą, kim jest tytułowy bohater jego dramatu. Nie zamierza jednak  tłumaczyć, jak to się stało, że  gruziński Robin Hood, rewolucjonista zmienia się w dyktatora. Pisarz pokazuje jakiś wycinek z życia swojego bohatera, pewne fakty, które mogą coś tłumaczyć, ale przecież wcale nie muszą.  Wszystko bowiem jest dziełem przypadku.

  Jednocześnie w scenie wiedeńskiej podróżujący Stalin (Marcin Sztabiński) mija się z Hitlerem, który za chwilę ma zdawać do Akademii Sztuk Pięknych. Czyli obserwujemy   moment, który wyznacza bieg dziejów. Inny finał równałby się  innej historii dwudziestego wieku.

  W przypadku Stalina  podobnym momentem może być jego przemówienie na własnym weselu, rozpoczynającym spektakl. Pan Młody obraża w nim swoją matkę, przypisując jej rozwiązły styl życia, ciągłe romanse. Tym samym poddaje w wątpliwość fakt, kto jest jego ojcem. Głośno rozważa kandydatury kilku gości weselnych i kilku nieobecnych osób. Ów skandal obyczajowy jest jednocześnie symbolicznym zabiciem ojca. To istotny moment, choćby dlatego, iż mamy tu do czynienia z jedynym dłuższym monologiem tytułowego bohatera sztuki. Przez resztę spektaklu Stalin milczy, słucha, obserwuje. Krytycznie przygląda się światu, ale większość myśli, emocji pozostawia dla siebie.

  Motyw kompleksu Edypa, symbolicznego zabicia ojca powraca zresztą w dalszych częściach sztuki. Między innymi staje się tematem kawiarnianej rozmowy Freuda i Junga.  W jej wyniku zresztą okazuje się, że również  Jung jest symbolicznym mordercą ojca. Czyli podobny przypadek może mieć różne konsekwencje, nic niczego nie tłumaczy. Ciekawe, że rozmowa dwóch psychologów następuje zaraz po zejściu ze sceny Hitlera.  To chyba celowy zabieg. Pokazanie, że wszystko może stanowić wytłumaczenie, ale nie musi. Człowiek jest nieprzenikniony. Zresztą także nie każdy odrzucony artysta z miejsca staje się tyranem. Podobnie nie każdy symboliczny Edyp w niego się zmienia. Wytłumaczenie jest jakąś formą usprawiedliwienia, a Tadeusz Słobodzianek daleki jest od tego.

  Godne podziwu, jak zawsze jest wyczucie sceny, warsztat teatralny Słobodzianka i Spišáka. Historia opowiedziana w spektaklu toczy się po obwodzie koła. Bohater po swoim weselu, krótkim epizodzie więziennym, wreszcie kilku działaniach rewolucyjnych w swym rodzinnym Tbilisi wyrusza w podróż po Europie. Zapowiedzią tejże jest pokaz mody europejskiej. Prezentowanie na nim stroje mają być łapówką dla dygnitarskiej pary, będącej w stanie zatuszować wybryki niesfornego rewolucjonisty. Następnie ów rewolucjonista udaje się w wędrówkę po Europie. Podróżuje incognito, podając się za rosyjskiego księcia. W milczeniu obserwuje świat- kolejno- Wiedeń, Londyn i Kraków, po czym wraca odmieniony do swej rodzinnej miejscowości. Jak wyglądają jego trzy przystanki? Przypominają trochę pocztówki z epoki. Ogromne brawa dla reżysera, który krótką sceną, motywem muzycznym jest w stanie oddać klimat wszystkich miast. Nie są to jednak pocztóweczki sentymentalne. Sporo tu karykatury, przesadnej esencjonalności  wydarzeń, która zawsze bawi. Jest to zabieg jak najbardziej celowy. Mamy tu do czynienia raczej z szopką kulturalno- polityczną. Wszyscy pojawiający się na chwilę bohaterowie są bardzo wyraziści, przerysowani i potraktowani w sposób prześmiewczy.

 W Wiedniu Hitler z Wittgensteinem rozmawiają o filozofii i sztuce niemieckiej- o Nietzschem, o muzyce Wagnera, o malarstwie, a Freud z Jungiem o kompleksie Edypa.  

 W Londynie komuniści mają spotkanie. Pożyczają pieniądze od amerykańskiego milionera, który „daruje im sznur, na którym potem go powieszą.” Londyńscy bohaterowie z jednej strony są gromadą skłóconych awanturników, z drugiej każdy charakteryzuje się, wyrażając głośno kwintesencję swoich poglądów, powtarzając charakterystyczne gesty. Znów istna szopka.

 Następnie Kraków- zupełnie inny świat Jamy Michalikowej. Artyści w pelerynach, pod wodzą natchnionego Leona Schillera szukają sposobu zdobycia większej dotacji. Prezentują repertuar od Mojej peleryny nie chcą już w lombardach po Musimy siać.

  Bardzo ładne są przejścia od sceny do sceny. Reżyser wprawdzie wspomaga się filmowymi kadrami z nazwą miasta, ale dużo też łagodnych teatralnych elementów, które pokazują pewną ciągłość, spójność następujących po sobie wydarzeń.

  Szopkowość następujących po sobie scen podkreśla też muzyka, pojawiające się co jakiś czas tańce. Najbardziej symboliczna jest tu gruzińska lezginka. To chyba taniec władzy.  Na początku spektaklu tańczą ją wspólnie dygnitarz, pop, oberżysta, czyli ludzie mający jakąś tam władzę nad światem. Finałem przedstawienia jest solowy popis taneczny Stalina. Lezginka w jego wykonaniu. To bardzo wymowne.

  Ogromnym atutem spektaklu jest też aktorstwo. Godna podziwu gra zespołowa, dopięta na ostatni guzik. Aktorzy grają tu po kilka ról, co pozwala wielokrotnie pokazać im skalę, różnorodność talentu. Każdy epizod jest tutaj swoistym majstersztykiem. Każda naszkicowana kilkoma kreskami postać jest tutaj pełna i żywa. Zespół świetnie wczuwa się w karykaturalną atmosferę spektaklu. Zadziwia dystans i aktorskie poczucie humoru.  

    Czyli jeśli nawet w spektaklu zabrakło magii, obecnej w innych wspólnych dziełach Słobodzianka i Spišáka , trudno odmówić mu walorów. To interesujące przedstawienie.  Być może trochę rozczarowuje, trochę irytuje schematycznością i pewnymi uproszczeniami (łączącymi się zresztą z karykaturalną, szopkową atmosferą), ale na pewno nie będzie to stracony wieczór w teatrze.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko