Sławomir Majewski – DZIEWCZYNA Z POMPEI

0
186

Sławomir Majewski


DZIEWCZYNA Z POMPEI

 

 

Artur Nacht-SamborskiTo że uciekł mu autobus wziął za dobry omen. Pomyślał, że dostał czas na zastanowienie. Pojechał następnym autobusem. Patrząc przez okno miał w głowie pustkę więc nie zastanowił się nad niczym.

W holu sądu adwokat na jego widok rozrzucił ramiona jak Chrystus rozpięty na krzyżu

– Wygramy, zapewnił.

Przegrali. Adwokat poklepał go po ramieniu

– Przegrał pan ale to nic, będziemy apelować.

Podarował mu gadzi uśmiech zanim wpełzł do pokoju adwokatów. Poczuł skurcz szczęk i żołądka ale tuż obok była knajpka.

– Dwie setki i zimny sok. Jakikolwiek.

Nie miał ochoty na dyskusję o odmianach soków. Wziął literatki z wódką i szklaneczkę soku, zaniósł do stolika w kącie. Na wprost wisiał tandetny oleodruk w gipsowych ramach.

    – Dziewczyna z Pompei, przeczytał na złocistej plakietce. Na obrazku półnaga dziewuszka z trwogą spoglądała na stożek Wezuwiusza wypluwający ognistą lawę i bomby wulkaniczne. Na dziewczynę i wszystko dokoła niej opadał szary, złowieszczy popiół.

– Ma fajne cycki, pomyślał na widok cycków Dziewczyny z Pompei. Wypił, skrzywił się, popił sokiem. Skurcz szczęk i żołądka zelżał więc poprawił drugą setką. Taaak, a więc przegrał… Trzeba apelować. No trudno. Jutro jadę, to sobie poleżę na plaży, poopalam się, popływam, odsapnę. Może coś poderwę. Do Anny nie zadzwonię. Niech się martwi.

Podszedł do bufetu, zamówił kolejną setkę i sok. Zapytał czy mają telefon. Barmanka kiwnęła głową w kierunku szatni.

– O tam.

 

– Ania? Cześć. Jutro wyjeżdżam. Dzwonię, żebyś się nie martwiła.

– Jedź, nie będę się martwić, powiedziała i odłożyła słuchawkę. Podszedł do bufetu, barmanka uśmiechając się błysnęła srebrnym zębem.

– Zalewamy kaca czy robaka?

– Ani to ani tamto. Piję bo lubię.

– No, ładnie. Coś jeszcze?

– Tak. Jeszcze jedną setkę i będzie tego.

– Ja też myślę że będzie. Niech pan idzie do stoliczka, zaraz przyniosę.

Usiadł, zapalił papierosa. A więc nie będzie się martwić. To i lepiej. Z głowy. Ulżyło mu. Skurcz szczęk i żołądka powrócił ze wzmożoną siłą.

–  Z czego ten sok? Zapytał barmankę stawiającą przed nim wódkę i tackę z rachunkiem.

– Ten? A z białych winogron i maracui.

– Maracui?

– I białych winogron.

Pomyślał że ten połyskliwy srebrny ząb jest wyrazem jej świadomego buntu przeciwko formie, pustce i braku treści mogącej tę pustkę wypełnić. Nieco go trafiło.

– Ładny ząb. Ozdoba?

Uśmiechnęła się szeroko

– Nie, nie ozdoba. Mąż mi przypierniczył.

– Ooo, to fatalnie. I co z nim?

– Jest z czystego srebra.

– Nie chodzi mi o ząb, co z mężem?

– Aaa, z nim… a żyje z jakąś francą.

– Bywa.

– No jasne że bywa. Wie pan co? Lepiej będzie jak pan teraz zapłaci, zanim się panu zrobi luz w kolanach. Nie lubię kłopotów, rozumie pan?

– Jasne.

Podał banknot, wydała zaokrągloną resztę podsuwając mu pod oczy dekolt.

– Biust pani pachnie poziomkami, madame.

– Chińska tandeta ale ja lubię poziomki. Pan poeta czy ktoś?

– Cos tak jakby, madame…

Zastanawiała się sekundkę a po sekundce

– Wieczorkiem możemy wypić po kawce. O ile nie ma pan pilnych zajęć.

– I o ile to nie kłopot dla pani.

– Żaden. No, chyba że ta setka pana rozwalcuje, bo wtedy…

– Spokojna głowa. Do wieczora jeszcze ze dwa szmaty czasu.

– No dobrze, no to zobaczymy. To do dwudziestej.

Poszła na swoje stanowisko dowodzenia wiec wypił, z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął długopis i kartkę złożoną we czworo. Rozpoczął od zdania Zacytuję Uptona Sinclaira, który w swojej powieści pod tytułem… Zastanowił się. Jak się toto nazywało? Nie pamiętał. Nie pamiętał tytułu, nie był pewien czy to była powieść czy nowela, ani co takiego Sinclair napisał że koniecznie chciał to zacytować. Coś mu się tam kołatało po głowie, jak wspomnienie czegoś smacznego z dzieciństwa ale co to było? Dobra, dalej.

Zataczając się, dziewczyna przebiegła przez jezdnię i opadła na chodnik powolutku jak na filmie o spowolnionym tempie. Patrząc na źdźbła traw pomyślała ooooo, źdźbła traw, zupełnie jak tytuł książki tego… a potem zamknęła oczy. Pani Upton zatrzymała samochód i popatrzyła z obawą na skośnooką dziewczynę leżącą w bezruchu a potem  ruszyła z piskiem opon i zniknęła skręcając w lewo, bo po prawej stał motel Harrisona, ten obmierzły barak z brudnymi szybami. Nad jeziorem bezszelestnie kołowała czapla.

Patrząc na kartkę zmrużył prawe oko i znowu przyszedł mu do głowy Sinclair. Była mu potrzebna, bo zdanie od którego zaczął pisać Zacytuję Uptona Sinclaira, który…  miało być zakończeniem historii dziewczyny, która przebiegła przez jezdnię i opadła na chodnik powolutku jak na filmie o spowolnionym tempie.

Kiedy znowu otworzyła oczy, popatrzyła na niego ze smutkiem.

– Szkoda że czuję to dedete w ustach, powiedziała a wtedy on pogładził ją po policzku i powiedział, żeby nic nie mówiła tylko sobie odpoczywała

– Proszę kochanie, nic nie mów. Nic nie mów, tylko sobie leż cichutko i odpoczywaj, poprosił trzymając dłoń na jej zimnym policzku. Dziewczyna była Chinką, miała na imię Kim i w odległych czasach, w innym kraju i w innym mieście mogła być jego żoną. Ale nie była jego żoną tylko tanią dziwką z rosyjskiego bocznokołowca, kiedyś rozcinającego dziobem fale Amuru.

Nie miał bladego pojęcia, dlaczego ją sobie przypomniał i dlaczego przypomniał sobie jak upadła na trawnik. Dwa miesiące później umarła w szpitalu, mówiąc znowu to dziwne zdanie szkoda że czuję to dedete w ustach. Powiedziała żeby się nie martwił i że wszystko będzie dobrze

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze, kochanie.

Patrząc na kartkę z tym jednym idiotycznie zmrużonym okiem, pomyślał że Dziewczyna z Pompei doskonale nadaje się na tytuł, więc zatytułował tekst Dziewczyna z Pompei i uśmiechnął się patrząc na oleodruk. To jest dobry tytuł, pomyślał. Nośny. Widać mnogość zdarzeń, postaci i obrazów. Szum fal. Szelest popiołu, krzyki przerażonych ludzi. Naprawdę dobry tytuł. Cholernie trudno jest wymyślić dobry tytuł. Tekst łatwo napisać ale tytuł? O nie, zdecydowanie trudniej a w dodatku wszystkie najlepsze są już zajęte. Na przykład Śniegi Kilimandżaro. Albo Sto Lat Samotności. Albo Wojna i Pokój. Tak, zdecydowanie trudniej.

Złożył kartkę i schował w kieszeni. Wstając zawadził o donicę z lipką afrykańską więc maskując ból cichutko zaświstał melodię z Carmina Burana.

– No to do ósmej, madame!

– Mam na imię Aldona.

– Zatem do ósmej.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko