Roman Soroczyński – Kulturalne wakacje w Sopocie…

0
229

Roman Soroczyński

 

 

Kulturalne wakacje w Sopocie…

 

 

Jeszcze niedawno sądziłem, że jedynym polskim miastem, w którym nieustannie coś się dzieje, jest Kraków. Tak się jednak złożyło, że w pierwszej połowie sierpnia 2013 roku spędzałem urlop w Sopocie. Wyjątkowość tego  miasta wiąże się zarówno z jego położeniem geograficznym, jak i z odbywającymi się tu imprezami artystycznymi.

 

Nie wiem, co zadecydowało, że Sopot – mimo, iż nie ma pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców – jest rządzony przez prezydenta miasta, a w dodatku jest miastem na prawach powiatu. Wiem jednak, że wielu artystów doceniało to miasto. Nie bez kozery już od czwartej edycji, zorganizowanej w dniach 6.-12. sierpnia 1964 roku, Międzynarodowy Festiwal Piosenki zadomowił się w sopockiej Operze Leśnej (trzy pierwsze edycje odbywały się na terenie Stoczni Gdańskiej). Obecnie festiwal, pod różnymi nazwami i z krótkimi przerwami, nadal jest organizowany na terenie Opery Leśnej.

 

Nie będę tu wymieniał nazwisk twórców, którzy byli i są związani z Sopotem. Nie będę też znęcał się nad potencjalnymi czytelnikami przekazywaniem wieści, które można znaleźć choćby w Internecie. Chciałbym jednak zaprezentować pewne wydarzenia, w których miałem przyjemność uczestniczyć podczas dwutygodniowego pobytu w tym mieście, w pierwszej połowie sierpnia 2013 roku. Dlatego – z jednym wyjątkiem – nie odniosę się do tego, co działo się w pozostałych miejscowościach Trójmiasta.

 

Po przyjeździe do Sopotu spotkałem mojego Kolegę (nazwijmy go X), który przyjechał kilka dni wcześniej. Pytam Go, co ciekawego dzieje się w mieście. Usłyszałem w odpowiedzi: – Nic! Dzisiaj jest jeden koncert, ale nie lubię tego wykonawcy, a w teatrze są tylko spektakle dla dzieci -. Dobrze, o gustach nie dyskutuje się. Wyszedłem więc do miasta. Kiedy stałem przy słupie z plakatami informującymi o imprezach, podeszło młode dziewczę i zaproponowało bezpłatne zaproszenia na niektóre koncerty trzeciej edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego Sopot Classic. Oczywiście, chętnie przyjąłem owe zaproszenia.

 

Inauguracyjny koncert Festiwalu, pod nazwą „Piotr Czajkowski – muzyka tęsknoty”, zorganizowano – a jakże! – w Operze Leśnej. Soliści Litewskiego Narodowego Teatru i Baletu w Wilnie, w towarzystwie orkiestry Polskiej Filharmonii Kameralnej Sopot, zaprezentowali przede wszystkim fragmenty opery „Eugeniusz Oniegin”. Jednak największe wrażenie wywarła pierwsza – zatytułowana „Allegro ma non troppo e molto maestoso” – część I Koncertu fortepianowego b-moll w wykonaniu Alexandra Peskanova. W rolę narratora, a zarazem kompozytora (jako że komentarz był napisany w pierwszej osobie) znakomicie wcielił się słynny aktor Andrzej Seweryn. Orkiestrę PFK Sopot, pod batutą Wojciecha Rajskiego, pełniącego rolę dyrektora artystycznego Festiwalu, można było usłyszeć podczas koncertu „Klasyka  i współczesność”, zorganizowanego w kościele Gwiazda Morza. „Mała suitaWitolda Lutosławskiego w jej wykonaniu zabrzmiała co najmniej błyskotliwie.

 

Ten koncert mógł zadowolić zarówno wytrawnych, jak i początkujących, melomanów. Oczekiwań publiczności nie zawiódł waltornista Filharmonii Berlińskiej, Paolo Mendes: znakomicie zagrał koncert Mozarta, a po krótkiej przerwie wydobywał z instrumentu perfekcyjne i emocjonalne tony „Serenady na tenor, waltornię i orkiestrę kameralnąBenjamina Brittena. Należy przyznać, że współwykonawca tego utworu – młody śpiewak, Theodore Browne – wspaniale współpracował z instrumentalistami. Równie dobra współpraca widoczna była podczas zorganizowanej w kościele św. Jerzego „Nocy weneckiej” – ostatniego koncertu Festiwalu. W programie znalazły się utwory, związanych z Wenecją, kompozytorów, którzy żyli na przełomie XVI i XVII wieku. Nigdy nie przypuszczałbym, że pieśni z tamtego okresu mogą być wykonywane brawurowo i w żywym tempie. Argentyńska sopranistka, Mariana Flores, żywiołowo dzieliła się z publicznością swoimi emocjami, nawiązywała bliski kontakt wzrokowy z widzami. Nic dziwnego zatem, że wraz z towarzyszącym jej francuskim zespołem CAPPELLA MEDITERRANEA otrzymała owacje na stojąco, po czym dwukrotnie bisowała. Co ciekawe, podczas jednego z bisów zaśpiewała w swoim macierzystym języku.

 

Nie udało mi się dotrzeć na jeden z koncertów Festiwalu Sopot Classic. Owa impreza, pod hasłem „Polska muzyka współczesna”, odbyła się również w Operze Leśnej i stała się okazją do podsumowania 2. Konkursu Kompozytorskiego im. Krzysztofa Pendereckiego. Festiwal spełniał bowiem rolę promotora młodych kompozytorów. Nie byłem na koncercie, ale uważam za swój obowiązek napisać, że pierwsze miejsce zdobył Wojciech Michny za kompozycję „In Memoriam

 

Inne formy rekomendacji młodych artystów zaobserwowałem w Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej. Przed koncertami Piotra Machalicy, w trakcie których promował on płytę „Moje chmury płyną nisko”, na scenie pojawiał się support: duet gitarowy Ludwik KonopkoMarcin Załęski. Okazało się, że Pan Piotr spotkał młodych artystów na „Monciaku” i zaproponował im uczestnictwo w swoich koncertach. Nie ukrywam, że muzyka w wykonaniu gitarzystów zainteresowała mnie  i kupiłem stosowne płyty. Oczywiście, kupiłem również płytę „Moje chmury płyną nisko”, podczas nagrywania której (podczas koncertów również) artyście towarzyszył zespół instrumentalny pod kierownictwem Marcina Lamcha. Tym bardziej, że zawarte na niej utwory są dziełem znakomitych autorów (między innymi Wojciecha Młynarskiego, Jana Wołka i Edwarda Stachury) oraz kompozytorów (choćby Jerzego Satanowskiego, Janusza Senta i Janusza Strobla). Piotr Machalica stwierdził, że wybrał utwory, z którymi identyfikuje się pod każdym względem. Sądzę, że takie kryteria doboru piosenek dają duży komfort każdemu artyście.

 

Skoro Teatr Atelier nosi imię Agnieszki Osieckiej, to nie może obyć się bez Konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej”. W szesnastej edycji konkursu wystąpiła kolejna grupa uzdolnionej młodzieży. Według informacji przekazanych przez kierownika artystycznego imprezy, Jerzego Satanowskiego, do pierwszego etapu przystąpiło około 260 kandydatów. Do drugiego, sopockiego, etapu zakwalifikowano dziesięć osób. Co ciekawe, większość młodych artystów wybrała utwory mniej znane czy rzadziej wykonywane.  Przyznam, że niektóre interpretacje piosenek znakomitej poetki były zaskakujące. Przez cztery dni odbywały się pokazy konkursowe, po zakończeniu których każdy z widzów mógł oddać głos na ulubieńca publiczności. Najwięcej głosów otrzymał pochodzący z pobliskiej Kościerzyny Paweł Ruszkowski, który zaśpiewał miedzy innymi „Zielono mi”. Otrzymał on Honorową Nagrodę Publiczności, co daje mu przywilej rozpoczęcia kolejnej edycji konkursu w przyszłym roku.

 

Nie będę skromny i przyznam, że wprawdzie nie trafiłem swoim głosem na ulubieńca pozostałych widzów, ale głosowałem tak, jak profesjonalne jury. Julia Rybakowska, która wygrała konkurs, urzekła mnie głębokim, bardzo melodyjnym głosem w utworze „Widzisz mała”, z kolei „Biedne badyliszcze” zaśpiewała bardzo wysoko, jak dziecko. Wspaniała skala głosu! Warto dodać, że piosenkarka otrzymała również Nagrodę Dziennikarzy.

 

W czasie mojego pobytu w Sopocie Teatr Atelier był miejscem jeszcze jednego wydarzenia artystycznego: przedpremierowych pokazów spektaklu „Całujcie mnie wszyscy w odbiornik” warszawskiego Teatru ROMA. Zrealizowane w konwencji audycji radiowej przedstawienie opisuje absurdy życia społecznego i politycznego, skłaniając widzów – za pomocą „komunikatów” radiowych i piosenek – do refleksji nad naszą historią i współczesną kondycją. Wśród autorów tekstów widzimy nazwiska Sławomira Mrożka, Agnieszki Osieckiej, Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego i wielu innych.  Po raz trzeci w mojej relacji pojawia się nazwisko Jerzego Satanowskiego – tym razem jako autora scenariusza i reżysera.

 

Jak widać, nie bez kozery mówi się, że Teatr Atelier jest magicznym miejscem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym do tej beczki miodu nie wrzucił łyżki dziegciu. Otóż, w ostatniej chwili udało mi się kupić „po znajomości” bilety na jeden z koncertów Konkursu na interpretację piosenek Agnieszki Osieckiej. Jakież jednak było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie mogę otrzymać paragonu potwierdzającego zakup: pani w kasie powiedziała, że za bilety na dostawki nie ma paragonów. Ciekaw jestem, z czego to wynika? Drugą kontrowersyjną kwestią jest ustawienie tzw. rzędu zerowego. O ile miejsca na widowni są tak poustawiane, że widzowie z przodu nie zasłaniają tym z tylnych rzędów, o tyle krzesła dostawione w „zerówce” są na tym samym poziomie, co fotele w pierwszym rzędzie. O dyskomforcie pewnej grupy widzów nie muszę chyba wspominać.

 

Do miana kolejnego magicznego miejsca kandyduje Centrum Art. & Business „Zatoka Sztuki”. Podczas pierwszego weekendu sierpnia odbywała się tu III edycja festiwalu „Sopot Fringe 2013”, reklamowanego jako „najbardziej demokratyczny festiwal sztuki”. W tym czasie prezentowano spektakle, organizowano wystawy, odbywały się koncerty. Na wszystkie przedsięwzięcia był wolny wstęp. O możliwości takiego samego wstępu zapewniano przed koncertem Meli Koteluk, podczas którego promowała ona swój debiutancki album „Spadochron”. Niestety, wolny wstęp okazał się iluzoryczny. Wprawdzie zapewniano, że wystarczy odebrać w recepcji stosowną opaskę, ale takie informacje widziałem tylko w Internecie, a nie na plakatach. Czyżby organizatorzy wychodzili z założenia, że wszyscy urlopowicze odpoczywają  przed komputerami, a nie na plaży? Tak czy inaczej, opasek nie było już kilka godzin przed koncertem i wielu słuchaczy obserwowało koncert spoza odgrodzonej strefy.

 

Klub „Zatoka Sztuki” był również miejscem koncertu finałowego XIV Międzynarodowego Festiwalu „Kalejdoskop Form Muzycznych” im. Marii Fołtyn. Nie obejrzałem tego koncertu, bo już wyjechałem z Sopotu. Udało mi się jednak trafić do kościoła ewangelicko-augsburskiego, gdzie – z okazji 100. rocznicy powstania synagogi i gminy żydowskiej w Sopocie oraz 75. rocznicy spalenia synagogi – zorganizowano koncert pod nazwą „Dwa złote księżyce Chagalla”. Po krótkim wprowadzeniu niezrównanej prezenterki, Stanisławy Grażyńskiej, która między innymi przypomniała, skąd wzięła się muzyka klezmerska, dyrektor artystyczny Festiwalu, Dariusz Wójcik, w towarzystwie zespołu LIPSKI QUARTET, zaprezentował rozmaite piosenki żydowskie. Jak zwykle, przy jednej z nich („Bełz”, znana również jako „Warszawo ma”) miałem łzy w oczach. Czy muszę dodawać, że koncert zainspirował mnie do zakupu kolejnej płyty, zatytułowanej „Najpiękniejsze pieśni żydowskie”?

 

Inny repertuar prezentowano podczas występów jazzowych organizowanych, w ramach Sopot Molo Jazz Festival, w muszli koncertowej na Placu Zdrojowym. Bardzo wzruszający był moment, kiedy podczas koncertu pod nazwą Kuba Stankiewicz & Maciej Sikała „Spaces” poinformowano słuchaczy, że znajduje się wśród nich nestor polskiego jazzu Jan „Ptaszyn” Wróblewski. Ogólnie dostępne koncerty muzyki jazzowej odbywały się również, w ramach Summer Live Jazz, na podestach jednej z nadbrzeżnych restauracji.

 

Napisałem o imprezach, o które otarłem się w czasie dwutygodniowego pobytu. Świadomie nie wybrałem się do klubu, w którym dudniła muzyka techno, zapewne pominąłem wiele innych ciekawych miejsc. Ale nie samą muzyką w tym czasie Sopot żył. Na słynnym molo odbywały się pokazy filmów fabularnych. Z kolei niedaleko od molo, w Państwowej Galerii Sztuki, prezentowano wystawę „Arcydzieła malarstwa polskiego ze zbiorów Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki”. Znalazło się na niej 125 dzieł wybitnych polskich artystów, którzy działali od końca XVIII wieku do końca XX stulecia. Nie będę wymieniał nazwisk autorów dzieł, bo musiałbym zapisać kilkadziesiąt nazwisk. Oczy wchłaniały piękne widoki, a serce radowało się, że przynajmniej przez pewien czas można je obejrzeć w Polsce.

 

Uwielbiam teatr, ale nie udało mi się kupić biletu na żaden ze spektakli 17. Festiwalu Szekspirowskiego, które były prezentowane między innymi – a jakże! – na sopockiej Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże.

 

Długi sierpniowy weekend 2013 roku obfitował w Trójmieście w ciekawe wydarzenia literackie. I tu jest wyjątek, o którym wspomniałem wcześniej: wychodzę w swojej relacji poza Sopot. Pretekstem ku temu stał się II Nadmorski Plener Czytelniczy, który zorganizowano w Gdyni. Głównym miejscem pleneru był urokliwy Skwer Kościuszki, skąd bliziutko do nabrzeża, przy którym cumują między innymi ORP „Błyskawica” i „Dar Pomorza”. W piątkowe południe, 16 sierpnia, zagrał zespół TAKE IT EASY pod kierownictwem saksofonisty Przemysława Dyakowskiego, po czym Prezydent Miasta Gdyni, Wojciech Szczurek, w towarzystwie innych znamienitych gości, ogłosił otwarcie imprezy. Mam wrażenie, że organizatorzy – Miasto Gdynia oraz spółki Murator EXPO i Targi Książki – włożyli dużo wysiłku, by Plener był wydarzeniem reprezentatywnym dla środowiska autorskiego, literackiego   i wydawniczego, a przede wszystkim, żeby był interesujący dla czytelników.

 

Ciekawym pomysłem było zaprezentowanie, w jednym z namiotów, Vademecum Nagrody Literackiej Gdyni, gdzie można było kupić książki laureatów wszystkich dotychczasowych edycji konkursu. Wielu gości Pleneru z przyjemnością słuchało, jak znani mieszkańcy miasta – gospodarza czytali fragmenty książek.  W około trzydziestu namiotach można było taniej kupić książki i uzyskać autografy autorów,   a także porozmawiać z nimi. Pochwalę się, że dzięki imprezie uzyskałem autograf wybitnej aktorki – bohaterki książki „EWA, czyli o TEJ Wiśniewskiej”, autorstwa Katarzyny Ostrowskiej. Większość spotkań autorskich była sygnowana przez wydawnictwa, ale były również reprezentowane stowarzyszenia twórców, które były patronami imprezy. Wśród nich Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, które – w drugim dniu Pleneru – firmowało rozmowę czytelników ze znanym poetą i autorem tekstów wielu piosenek, Ryszardem Ulickim. Niestety, na ten dzień miałem już wykupiony bilet powrotny i nie mogłem uczestniczyć w tym, zapewne interesującym, spotkaniu.

 

Pasjonaci literatury, którzy zostali w Trójmieście, mogli podczas długiego weekendu krążyć między Gdynią a Sopotem (co, dzięki kolejce SKM, nie jest trudne) i uczestniczyć zarówno w opisanym powyżej II Nadmorskim Plenerze Czytelniczym, jak i w imprezie Literacki Sopot, podczas której również rozstawiono namioty wydawnictw i zorganizowano szereg spotkań autorskich. Jakże zazdrościłem tym, którzy nie musieli już wyjeżdżać z uroczego Sopotu!

 

Zazdroszczę również tym, którzy będą w Sopocie w drugiej połowie września, kiedy to zostanie zorganizowany Festiwal Twórczości Wojciecha Młynarskiego.

 

Na zakończenie pragnę zapytać: – Szanowny Kolego X, naprawdę nic ciekawego się nie działo?…

 

 

Roman Soroczyński

5.09.2013 r.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko