Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze STANEM BORYSEM

0
273

Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze STANEM BORYSEM, legendarną postacią polskiej muzyki

 

40 lat temu, w czerwcu i w sierpniu 1973 roku, wykonał Pan na festiwalach piosenki w Opolu i Sopocie swoją legendarną „Jaskółkę uwięzioną”. W tym roku wykonał Pan ją podczas opolskiej Gali Jubileuszowej. Upływ lat nie odebrał temu utworowi ogromnej siły wzruszenia. Gdzie tkwi tajemnica niegasnącej mocy „Jaskółki”?


– Ja też ją zawsze odbieram ze wzruszeniem. Jest w tym utworze jakaś dusza i jakaś przepaść w tej duszy, w której wszyscy czuliśmy, czujemy się uwięzieni. I nawet jeśli nastąpiło uwięzienie fizyczne, to duchowo chcemy być tak uwięzieni jak ta jaskółka. Mało kto wie, że to autentyczna historia opisana przez malarza Kazimierza Szemiota, z którą przypadkowo się spotkałem, kiedy przychodziłem do opustoszałego kościoła Mariackiego w Gdańsku, żeby w tej pustce uczyć się mówić wierszy.


Czy ta przeszłość muzyczna sprzed czterdziestu lat, to dla Pana coś ciągle bliskiego, „żywe wiązanie”, czy coś tak bardzo odległego, że prawie obce?


– Dobrze pan to ujął. Odbieram to już jak coś nie mojego, jak prehistorię. Tak naprawdę nie miałem debiutu muzycznego, ponieważ debiutowałem na scenie. Stąd moja tzw. ogłada muzyczna zaczęła się wcześniej, gdy recytowałem wiersze na różnych festiwalach recytatorskich i gdy grałem w Teatrze Rybałtów małe rólki aż po wielką rolę w wieku 17 lat, w „Cyruliku sewilskim”. Śpiewanie też nie było dla mnie nowością, bo gdy uczyłem się w szkole muzycznej  skrzypiec jako głównego instrumentu, obowiązkowym przedmiotem był  chór. Do piosenki wskoczyłem więc jak do wody, w której już umiałem pływać.  A obecnie “Jaskółka jest dla mnie codziennością i kiedy mieszkałem w Stanach, śpiewałem ją z różnymi zespołami i tak jest do dziś.


Tym razem zaśpiewał Pan “Jaskółkę” inaczej niż wtedy, kiedy zabrzmiała po raz pierwszy…


 – „Jaskółka uwięziona” i inne moje piosenki były grane inaczej, śpiewane przeze mnie inaczej , bo grane były z muzykami różnymi białymi i czarnymi. I zawsze inaczej. Te zmiany popychały mnie w stronę innych interpretacji i innych przemyśleń. Tak, jak śpiewałem czterdzieści lat temu, już się dziś nie śpiewa, już się tak nie aranżuje. Sam się  dziwię, że w ogóle śpiewam jeszcze w tej samej tonacji.  „Jaskółka” to wielka, piękna pieśń o wolności, którą wykonywałem w Grecji, we Francji, w Irlandii, Wenezueli. Niestety przez pewien czas nie pozwalano mi jej wykonywać tu, w Polsce.


Inny Pana wybitny utwór o wielkim oddechu nosi tytuł „To ziemia”, podobnie jak „Jaskółka” mający w sobie jakiś operowy, w sensie skali, oddech…


– „To ziemia” była przewrotem w mojej wyobraźni, naturze, w dążeniu do pokazywania filozofii współczesnego świata, którą mnie zaraził Jonasz Kofta. „To ziemia” była wielką formą muzyczną, która aranżacyjnie przekazywał autor muzyki, kompozytor Juliusz Loranc.


Wspomnę także piękny utwór „Szukam przyjaciela”. Dziś takie wielkie formy muzyczne niemal nie powstają. Dzisiejszej muzyce popularnej brakuje często oddechu oraz myśli humanistycznej, jest jakby ścieśniona, brak jej rozmachu, uniwersalizmu. Dlaczego?


– Dziś młodzi  wykonawcy  śpiewają o banalnych sprawach,  bo nie doznali i nie znają bólu.  W młodzieży nie ma dziś buntu.  Wszystko wolno, więc przeciwko czemu się buntować? Chyba tylko przeciwko temu , że nie wolno kląć w tekstach,  choć i tak przekleństwa i pornografia pojawiają się, ale to z kolei promowane jest przez głupotę i tych, którzy chcą nas totalnie ogłupić zdobywają przy okazji poklask niskiej kasty  ludzi. A w ogóle ludziom lepiej się teraz powodzi i nie ma o czym pisać, nie ma o czym śpiewać.

Kiedy się Pana słuchało czterdzieści lat temu, to wśród innych wykonawców wyróżniało Pana to, że intuicyjnie wyczuwało się za Pana wykonaniami tło innych sztuk, zwłaszcza poezji, uderzała plastyka Pana ruchu. Innym, nawet utalentowanym wykonawcom, tego brakowało…


– Istotnie, już wtedy krytycy pisali, że tworzę widowisko muzyczne, spektakl ale przecież uczyłem się tego teatru. Myślę, że sztuka , film, teatr, widowisko muzyczne, to pokrewne formy i ja w tych formach kiedyś żyłem.


Nie tylko recytował Pan poezje, ale także pisał Pan wiersze. Co Pana inspirowało?


– Wychowywałem się na klasykach poezji, na Mickiewiczu, Słowackim, Norwidzie, a także na współczesnych, na Gałczyńskim i Różewiczu, Leśmianie, Tuwimie. To była poezja buntu, sprzeciwu, krzyku. Jednak moi pierwsi nauczyciele mówili, że krzyk sugestywniej można  przekazać szeptem.


Czy ważne jest do Pana do dziś doświadczenie współzakładania zespołu „Blackout” i uczestnictwo w grupie „Bizony”?


– Zabawny dziś szczegół, że „Blackout” zakładałem wspólnie z Nalepą jako kaowiec, czyli pracownik kulturalno-oświatowy w Rzeszowie. W „Bizonach” objawiła mi się podwójna jaźń kompozytorska, która w kilku piosenkach mi się udała.  Wtedy buntowałem się w różny sposób a jak nie dawałem rady opuszczałem zespół. Teraz buntuję się przeciwko sobie, ale jednocześnie godzę się ze sobą bardziej niż kiedyś i całe szczęście, bo pozostaję wierny sobie inaczej bym musiał kłamać.


Co z muzycznego punktu widzenia dało Panu te 30  amerykańskich lat?


– Nauczyłem się warsztatu tak, jak to robią Amerykanie i szacunku to tego warsztatu jako szacunku do pracy, do sztuki, do tego co się robi. Tam nie nobilituje sie śpiewaka za to, że śpiewa w sali z pluszowymi  krzesłami. Ważniejsze  jest, jak zaśpiewa..  To zabiera duzo lat.  W Ameryce nie ma wielu artystów ale są bardzo dobrzy rzemieślnicy, Nie  nazywa się nikogo artystą po zaśpiewaniu paru piosenek i nagraniu dwóch płyt. Na to potrzeba dużo lat pracy.


Czy gdyby został Pan w Polsce, rozwinąłby się Pan artystycznie inaczej?


– Podejrzewam, że w tamtych warunkach przed  stanem  wojennym i po nim zatraciłbym się lub mnie by zatracono. W więzieniu nie jest się kreatywnym. „Jaskółka” ze swoją wolnościową filozofią  była nie do przyjęcia przez  władze, a to także kawałek mojego buntu.  Przecież czekałem dwa lata aż cenzura, czy jeszcze nie wiem kto, pozwoli mi zaśpiewać. Przecież jak można żyć, jak ktoś podcina skrzydła? Ostatnią piosenka, jaką  napisałem i nagrałem na tydzień przed wyjazdem,  była  „Idę drogą nieznaną”, która wyraża moje dążenia, pragnienie wędrówki własną drogą. Zawsze lubiłem iść tam, gdzie nie ma drogowskazów ale drogą przeze mnie wybraną.  W wielu moich piosenkach  jest  motyw drogi. Czyż to nie poetyckie, ale jakże rzeczywiste? Kwestia wolności nie dotyczyła wówczas  tylko Polski. Kiedy śpiewałem na starożytnym Stadionie Olimpijskim w Atenach  dla stutysięcznej widowni w Grecji rządzonej przez juntę  czarnych pułkowników, organizatorzy domagali się tłumaczenia tekstu. Wzięto mnie za ortodoksa kościoła grekokatolickiego. Silnie odbierano moją biblijność.  Ale przez ludzi przechodził dreszcz .


Co się Panu przypominało z festiwalu opolskiego w Pana amerykańskich latach?


Nic nie myślałem, bo nie wiedziałem, czy kiedykolwiek przybędę do Polski a co dopiero do Opola na festiwal piosenki. Przecież wyjechałem za PRL na stałe i nie wiedziałem, czy tutaj wrócę. A teraz – przyjemnie, że festiwal Opole sobie o mnie przypomniał, ponieważ przez lata o mnie zapomniano. Ja na długo zapomniałem o festiwalu, ponieważ festiwal zapomniał o mnie.


Odnieśmy się na koniec do chwili bieżącej. Jak Pan przyjął zaproszenie do udziału w koncertowej gali tegorocznego Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu?


 – Jestem mile zdziwiony, że przypomniano sobie, że czterdzieści lat temu śpiewałem „Jaskółkę”. Cieszę się, że miałem możliwość dać poznać się młodzieży, która nie wie o mnie nic.


Skoro tak, to 50-lecie festiwalu w Opolu jest dobrą okazją do przypomnienia się, do odrobiny wspomnień. Jaka droga prowadziła Pana do Opola?


– Trochę już o tym wspomniałem wcześniej. Zaczynałem jako siedemnastolatek w 1958 roku, czyli 55 lat temu. Z przerwami pracowałem w teatrach poezji, w teatrach prawdziwych,  w teatrze polskim, w teatrze  amerykańskim, w teatrze iluzji, który sam zakładałem – mówiłem poezję, śpiewałem poezje nawet reżyserowałem sztuki. Nie będę wymieniał wszystkich małych i wielkich form oraz nagród można o tym przeczytać na mojej stronie internetowej i to będzie najbardziej prawdziwe  źródło niż to, gdzie przepisywacze encyklopedii  pisali o mnie fakty zaczerpnięte z ust do i są to  nie zawsze faktyczne źródła mojego życia.


Pytanie właściwie retoryczne – najważniejsze dla Pana przeżycie związane z festiwalem opolskim?


– Oczywiście „Jaskółka uwięziona”, za którą dostałem  1973 roku nagrodę  dziennikarzy w Opolu a później Bursztynowego Słowika  jako  I Nagrodę w Sopocie.  Cieszy mnie jednak fakt, że nagroda dziennikarzy była zawsze przeciwko prawdziwemu werdyktowi niby prawdziwego jury. Wcześniej, w 1968 za piosenkę  „To ziemia”, również dostałem nagrodę dziennikarzy.


Czuje się Pan weteranem muzyki i klasykiem?


–  Nie. Weteran to ten, który odpoczywa po ciężkiej bitwie, a ja jeszcze bitwy nie skończyłem,  cieszę się, że mam pracę. Dziękuję Kosmosowi, Opatrzności,  Bogom. Dziękuję i dalej modlę się o zdrowie i  proszę o głos.


W filmie Janusza Zaorskiego „Uciec jak najbliżej” zagrał Pan siebie, artystę Stana Borysa. Odbieram ten tytuł jak dobrze przylegającą do Pana metaforę.


– Rzeczywiście, ten tytuł daje naszej rozmowie dobrą poetycką pointę, Mówi on: dokądkolwiek biegniesz, gdziekolwiek uciekłeś, zawsze jesteś blisko siebie, nie możesz uwolnić się od siebie.


Dziękuję za rozmowę.


Stan Borys – ur. 3 września 1941 w Załężu, legendarny wokalista, kompozytor, aktor, poeta. Jedna z najświetniejszych indywidualności i gwiazd w dziejach polskiej wokalistyki. Przez ponad pół wieku swojej kariery obsypany lawiną nagród na całym świecie. Pracował m.in. z  takimi zespołami jak „Blackout”, „Bizony”, “Odyssey”,  Strange romance”  W 2004 był gwiazdą festiwalu w Syracuse, największego polskiego festiwalu w północno-wschodniej części USA. Festiwal ten co roku gromadzi ponad 25 000 widzów. Wydal m.in. albumy „Studnia bez wody” (1967, z „Blackout”), „To ziemia (1969, z „Bizonami”), „Krzyczę przez sen (1970), „Naga” (1971 z „Niebiesko-Czarnymi”), „Stan Borys” (1974), „Szukam przyjaciela” (1974), „Piszę pamiętnik artysty – hańba temu, kto o tym źle myśli! Wiersze C.K. Norwida” (1988), „Niczyj” (1996), „Portret” (1998), „Znieczulica (2007 – „Imię Jego 44”), „The Best of Stan Borys” (1991), a także utwory w ramach płyt: „Złote przeboje” (Platynowa Kolekcja – 2000), „Idę drogą nieznaną” (Złota Kolekcja – 2002), „Jaskółka uwięziona” (Perły polskie) (2003), „Spacer dziką plażą („The Best”) (2005), „Gwiazdy polskiej piosenki” (2008). W 2010  dokumentalny film “Wolność jak płomień” w reżyserii Iwony Sadowskiej  o jego życiu i poszukiwaniu wolności artystycznej, zdobył nagrodę Award of Merit. Na jubileuszu i benefisie z okazji 50-lecia pracy na scenie, który odbył się w maju 2012 w Sali Kongresowej w Warszawie otrzymał drugi już złoty medal “Zasłużony Kulturze Zloty Gloria Artis”.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko