Jan Stanisław Smalewski Minął (nie jeden) tydzień

0
136

Jan Stanisław Smalewski


Minął (nie jeden) tydzień

Myślę więc… piszę

 

 

 

            Chciałem jeszcze pomilczeć trochę, ustąpić miejsca innym, odpocząć. Wszak sezon urlopowy. Chciałem, ale się nie da, bo kiedy my tutaj w Europie korzystamy z afrykańskiego wręcz ciepła, oni tam, w Egipcie, Syrii pogrążają się w otchłani domowej wojny. Na wody Morza Śródziemnego wpłynął kolejny niszczyciel (jest już ich cztery), okręt wojenny Stanów Zjednoczonych, który oczekiwał będzie na decyzję Baraka Obamy użycia pocisków typu cruise przeznaczonych do precyzyjnego niszczenia celów naziemnych.

Czy dojdzie do akcji zbrojnej przeciwko reżimowi syryjskiemu Baszara El-Asada?..

W środę 21 sierpnia reżim syryjski obalonego Asada użył w Damaszku broni chemicznej, prawdopodobnie sarinu, który spowodował śmierć ok. 1.300 osób, w tym setek dzieci. Był to największy atak przy użyciu broni chemicznej od czasu pamiętnej masakry tysięcy Kurdów dokonanej w 1988 roku w irackiej Halabdży, na polecenie ówczesnego dyktatora Husajna.

Cały świat protestuje przeciwko rozszerzającym się konfliktom w Egipcie i Syrii. Szczególnie dramatyczną dla ludności cywilnej wydaje się sytuacja w Syrii, skąd uciekło poza granice tego kraju, jak się szacuje, już około miliona syryjskich dzieci.

Dzisiaj na świecie obowiązują konwencje o niestosowaniu broni chemicznej, ale też od tej pory wyprodukowano już tyle odmian gazów bojowych i takie ich ilości, że na równi z bronią atomową, jądrową czy neutronową zagraża ona światu jak nigdy dotąd. Zwłaszcza, że jej użycie nie jest trudne, a dostęp do niej łatwiejszy niż do innych broni.

To najokrutniejsza ze znanych śmierci zginąć w męczarniach po użyciu paraliżujących gazów bojowych. To także okrutna broń ze względu na oddziaływanie na ludność cywilną.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze pokojowe deklaracje płynące ze strony przywódców wielkich mocarstw zaskakuje powściągliwość (zwłaszcza prezydenta Obamy), z jaką odnoszą się oni do tego makabrycznego incydentu.

Konflikt w Egipcie nasila się, wojna domowa w Syrii rozszerza swoje rozmiary, walczą już wszyscy przeciwko wszystkim: zwolennicy obalonego monarchy przeciwko jego przeciwnikom. W walce tej podzieliła się nawet opozycja. Niezwykle niebezpiecznie radykalizują się ruchy religijne, zwłaszcza Muzułmanie.

Ten konflikt, u podłoża którego leżą różne sprzeczne ze sobą interesy: reżimowe, społeczne, religijne, ale też militarne i polityczne (Amerykanie nie dopuszczą do tego, by pozbawiono ich swobodnego dostępu do przestrzeni powietrznej nad Egiptem, odebrania im swobody przepływu przez kanał sueski) zagraża na długie miesiące stabilizacji w całym regionie, źle rokuje dla pokoju światowego.

Nie możemy zatem i my pisarze być wobec niego obojętni. Nie możemy milczeć. Dołączmy zatem i swoje głosy sprzeciwu wobec metod rozwiązywania konfliktów społecznych w Syrii! Bądźmy za wolnością i pokojem w Syrii i Egipcie! Za zwycięstwem demokracji nad siłami przemocy i bezprawia!

 

Osobiście wołam także o rozsądek przywódców wielkich mocarstw, aby zjednoczyli swe wysiłki i porozumieli się z przywódcami państw arabskich co do stabilizacji sytuacji w tym rejonie świata.

 

 Przy okazji – popijając herbatę z lodem – myślę sobie: Mój Boże, jak to dobrze, że u nas nie ma jeszcze baz wojskowych, że Amerykanie nie wywiązali się choćby z tak zwyczajnej obietnicy, jak zamontowanie w Polsce tarczy antyrakietowej. Jak to dobrze, że mamy jeden duży Kościół, który chroni życie, a nie zachęca do zagłady. Jak to dobrze, że cała awantura polityczna, do jakiej w kraju dochodzi, skupia się jedynie na rozgrywkach: Kto ma większe poparcie, Tusk, czy Gowin? PiS, czy Platforma Obywatelska?

 

Czytając kolejny portalowy tygodnik, cieszę się, że właśnie dzięki portalowi pisarze.pl udało mi się zwrócić na swoje pisanie uwagę jednego z krakowskich wydawców, który wyraził chęć wydrukowania mojej nowej książki. To było w czerwcu, spisaliśmy umowę. A dzisiaj w połowie sierpnia książka „:U boku Łupaszki” trafiła już do wszystkich księgarni internetowych.

Zwracam się zatem do pani Krystyny Habrat, która żali się, zarzeka jak żaba błota, że nie napisze już żadnej książki.

            Pani Krysiu, nie uchodzi. Nie trzeba tak. Na mój nos napisze pani co najmniej jeszcze dwie dobre książki. Żeby tylko zdrowie było. Proszę popatrzeć, czas tak pędzi, a wokół nas tyle się zmienia. Minął lipiec, mija sierpień, mijają wakacje, a sezonu ogórkowego w tym roku wcale nie było. Żadnego odpoczynku w polityce, wręcz przeciwnie, świat jak stawał na głowie, tak nadal się przechyla. Gospodarkę kręci teraz turystyka, choć i tak dziura w kieszeni państwowych spodni coraz większa. I oby nie było tak, że niebawem nasz rząd pokaże światu gołą dupę.

            Tak, tylko kultura czai się jak mysz pod miotłą, że jej po żniwach coś dosypią.

            Nie dosypią, bo… bieda, rolnik nie ma gdzie sprzedać zboża (nie ma winnych tego, że wbrew rozsądkowi już na zapas z Ukrainy zakupiono 50 tysięcy ton pszenicy, nie troszcząc się o to, co rolnicy zrobią z naszą pszenicą rodzimą), bo… inteligentowi brakuje dobrej rozrywki, a pisarz? No właśnie… Co robi pisarz?

 

            W czwartek 15 sierpnia było wielkie święto. Moje także, wszak do niedawna nosiłem mundur żołnierza. Jeden z nielicznych dni, w które nikt w kraju nie pracuje, pozamykane nawet supermarkety. Ja też nie pracowałem. Wybrałem się na spacer nad morze.

            – No nie! Tego mogłem się spodziewać. Sezonowi dorabiacze nie odpuścili. Przy bengalowach, kramach, sezonowych kapciorkach i budkach tłumy wczasowiczów. Lody, gofry, wakacyjne gadżety, piwo… idą jak i nasycona do granic plastikowej butelki, oszukana (pełna chemii) woda smakowa.

            Pracuje i mój znajomy, Nikt. Gdy podchodzę do piaszczystej wydmy, z której rozciąga się mokra tafla Bałtyku, on wspina się na nią z olbrzymim workiem wypełnionym puszkami po piwie.

            – Panie Nikt, dzień dobry, dzisiaj święto, nikt nie pracuje – mówię do niego, a on uśmiecha się, zdejmuje worek i stawia między sobą i wałęsającym się przy nim kundlu. Skinieniem głowy pokazuje na tłum wczasowiczów skłębionych na plaży i odpowiada: Niepracował to ja będę już niedługo. Kończy się dla mnie to co dobre.

            I zaraz dodaje: Słyszał pan pisarz w radiu? Kolega pański nie żyje.

            – Kolega? Któż to taki? – zdziwiłem się.

            – Mówili, że Mrożek umarł.

            – Hm, raczej jeden z moich idoli. Nigdy nie spotkałem się z nim osobiście.

            Posmutniałem. Pan Nikt wie, że piszę książki. W Jarosławcu poza sezonem pustelnia. Jak nie wejdziesz do sklepu, albo na pocztę, możesz nikogo nie spotkać. No chyba, że zejdziesz do portu rybackiego. To tam kiedyś odesłałem pana Nikogo. Spotkałem go na placyku przy poczcie. Była późna, mokra jesień, a on stał z workiem jabłek. Od razu poznałem, że bezdomny. Jego wygląd mówił sam za siebie.

            – Pan kupi ode mnie jabłka, tanio, a jak będzie trzeba jeszcze następne doniosę – wyrecytował jednym tchem.

            Trzeba trafu, że dzień wcześniej zwróciłem na niego uwagę, jak obrywał je z przydrożnej jabłoni przy szosie pod miasteczkiem.

            Ponieważ staram się unikać tych, co żebrzą na alkohol, musiałem zapytać. Gdy dowiedziałem się, że chce kupić buty i jakąś ciepłą kurtkę, bo idzie zima, zrobiło mi się go żal. Kupiłem te jabłka, chociaż potem zwróciłem je naturze. A po co jeszcze mieliby truć się nimi inni?

            Wspomogłem jeszcze bezdomnego ciepłą, zbywającą mi odzieżą, a kiedy dowiedziałem się, że wegetuje w opuszczonej kanciapce przy dużej sezonowej jadłodajni, doradziłem mu, żeby zszedł do rybaków. Tam znalazł swój “drugi dom”.

            Raz jeszcze miałem bliższą okazję, by z nim porozmawiać, szczerze. Siedział na nabrzeżu, patrzył w morze i grzał plecy w listopadowym słońcu. Koło niego stała kartonowa tabliczka z napisem: “Szukam przyjaciela”.

            Pomyślałem, że chce porozmawiać, ale nie, on… szukał po prostu psa.

            – Nie, panie pisarzu, ludzi to ja już miałem – odparł z jakimś dziwnym grymasem twarzy i nieodgadnionym blaskiem oczu. – Niesprawdził się… nikt.

            Nie wiem skąd wziął tego kundla, z którym ostatnio go widuję, z którym razem chodzą, śpią na zwojach wysuszonych rybackich sieci, zbierają puszki po plaży. Nie dowiedziałem się też, jak ma na imię, ani jak się nazywa. Pytałem dwukrotnie, pytali też inni.

            – Jestem Nikt – odpowiadał wszystkim. I tak zostało. A teraz pan Nikt pierwszy powiadomił mnie, że… odszedł w ostatnią już podróż nasz wieczny polski wędrowiec Sławomir Mrożek.

            Rybacy mówili mi kiedyś, że Nikt jest bardzo inteligentnym facetem. Podobno nawet czyta jakieś książki. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, iż mógłbym być jego przyjacielem. Teoretycznie, bo jako człowieka mnie odrzucał, woli teraz zwierzęta. Byłbym nim, gdybym nie pisał książek.

 

            Tak, dwadzieścia lat temu ostro hamowałem i wypieprzyłem się na mocno oblodzonym zakręcie życia; dałem się mojej byłej puścić w skarpetkach. Mieliśmy wtedy dwa mieszkania. Moje służbowe i kupione od miasta wyremontowane mieszkanie po ruskich.

            Zawsze miałem miękkie serce. Zakładając, że służbówka zostanie przy mnie, uległem podstawionej prawniczce, by zrzec się notarialnie na rzecz żony mieszkania własnościowego, a w dokumencie – ze względów podatkowo-skarbowych – żeby zapisać, że niby to w zamian pozostawiam sobie równowartość w gotówce.

            Równowartość? Nie miałem złamanego grosza.

            Zaraz krótko po tym fakcie moja była sprzedała owo mieszkanie, a ja… nie miałem innego wyjścia, jak wyprowadzić się ze służbówki i pójść na ulicę.

            Trzy lata mieszkałem w maleńkim pomieszczeniu z umywalką, stołem i kanapą na terenie jednostki wojskowej, zanim znów znalazłem swój dach nad głową. Miałem szczęście. Zamiast, jak pan Nikt znaleźć sobie psa przyjaciela i zbierać teraz puszki po plaży, zaufałem ludziom. I literaturze. Napisałem w tym czasie trylogię o legendarnym “Łupaszce” i jego przyjacielu “Maksie”. I znalazłem przyjaznych wydawców, sponsorów i innych dżentelmenów, dzięki którym znów trafiłem pod własny dach nad głową.

            Myślę więc… piszę. Teraz, kiedy już niczego innego robić nie muszę, pozostaje mi jedynie pisanie.

            Gdy po powrocie do domu otworzyłem telewizor, znalazłem potwierdzenie informacji zasłyszanej od pana Nikogo. Żona, wdowa po pisarzu wyjaśniała jakiemuś czujnemu dziennikarzowi, że jej mąż niczego innego w życiu nie robił. Nie miał żadnego hobby, żadnych innych zainteresowań. Niczego nie umiał więcej, tylko pisał. Na szczęście przed śmiercią zdążył napisać jeszcze swoją autobiografię. Nie będzie potrzeby potem jej prostować, wyjaśniać, uzupełniać. Był świetny, dokładny, sarkastyczny, ale i konkretny. I miał jedynie zaufanie do siebie. Za to go lubiłem i lubię.

 

            A propos lubienia kogoś, bądź nielubienia. Lubiłem też Jerzego Hofmana. I długo mógłbym wymieniać za co, ale to zbędne, bo prawie wszyscy lubiliśmy go za to samo. Ale wieczorem, gdy jedynka puściła film o wojnie polsko-sowieckiej, przypomniałem sobie, jak mi podpadł tym filmem, gdy go zobaczyłem po raz pierwszy. Jerzy Hofman uwierzył, że tę wojnę można przybliżyć rodakom przy pomocy pięknego kobiecego ciała, że zrobi to Natasza Urbańska? Nie wiedział, że widzowie przywykli ją oglądać w jakże innych rolach kobiecych? Przecież Nataszy tak pasuje karabin maszynowy jak mnie (żołnierzowi) strój baletowy i gra w “Jeziorze łabędzim”.

            Pierniczy się staruszkowi Hofmanowi, a że im człowiek starszy, tym bardziej podobają mu się młode dziewczęta, to i efekt potem taki. Ma jednak szczęście, bezdomność mu nie grozi.

 

            Tak, tak, pani Krystyno – zwracam się raz jeszcze do Pani Habrat. – Nigdy nie wiadomo, co komu pisane. I nigdy nie należy mówić nigdy. Bo… choćby biografię swoją napisać, to już będzie jedna książka. A troski? Miną. Musisz kobieto być dzielna. Jak wszystkie te kobiety na ziemi, które mi na myśl przywołał prezydent Komorowski, wygłaszając z okazji Święta Żołnierza referat, w którym, po latach bolesnych doświadczeń walenia nas Polaków po twardych dupach niemal na wszystkich frontach światowych wojen, zrozumiał wreszcie, że… dość już tego, by polscy żołnierze ginęli w obcych sprawach.

            A to tak trudno było do tego dojść wcześniej? Przecież wiadomo, że dać sobie dzisiaj obciąć łeb, oberwać kulkę w obcej wojnie, to nie żadna dzielność, to głupota. Musiał na arenie międzynarodowej zaistnieć przypadek takiego na przykład amerykańskiego Snowdena, który zdradził światu jak naprawdę podsłuchują wszystko i wszystkich ludzie Obamy, by politycy uświadomili sobie, że jesteśmy oszukiwani? Przez Stany Zjednoczone, Rosję, przez.. itd.

             A co, nasi to dla ratowania swojej tylnej części ciała nigdy nikogo nie oszukiwali? Taki jest dzisiaj świat i najwyższy czas wydorośleć z romatyzmu, którego epoka z Kościuszką, Pułaskim i innymi wielkimi polskim patriotami już dawno, dawno temu pokryła się patyną i zasnuła smugą zapomnienia.

            Dzielnością dzisiaj nie jest zginąć, ale przetrwać. To nie ci są bohaterami, którzy pozwalają sobie łby urywać w cudzej sprawie, nie oni są dzielni, ale dzielne są ich kobiety; żony, matki, które potem same muszą znosić przeciwności losu, brnąć przez życie.

            Zatem, pani Krystyno, proszę być dzielną. I proszę pamiętać, że i do nas pisarzy od czasu do czasu uśmiecha się słońce.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko