Leszek Żuliński – Salon kontra bazar

0
45

Leszek Żuliński


Salon kontra bazar

 

Rozalia Nowak         Gdzie się ubierać? Na bazarku czy na 5-th Avenue? W Wołominie czy w Paryżu? To samo z kosmetykami. Jak sobie kupiłem fahrenheita w sklepiku w Piastowie to on był jakiś inny niż ten poprzedni. No ale flakonik 100g nie kosztował 250 zł, tylko 34 zł. To jak nie kupić? Albo takie dżinsy… Jak oni to kalkulują? Tu 300 zł, tam 199 zł, a u nas w Tosco dostaniesz za 29.90 zł zupełnie fajne…

*

 

         Być może zorientowałeś się już, Czytelniku, że będzie to tekst o literaturze obecnej doby. Czytam coraz częściej o tandecie poetyckiej i prozatorskiej, jaka nas zalewa. Ale przecież mamy do czynienia z identyczną sytuacją, jak na każdym innym rynku. Jest towar z górnej półki i jest ten „bazarkowy”. Była Mniszkówna obok Dąbrowskiej i młodopolska szmira obok Micińskiego. Dawnymi laty funkcjonowało nawet powiedzonko „literatura dla kucharek”.

         Już wspominałem w jakimś swoim wcześniejszym tekście, że mam w domu opasłą antologię poetów młodopolskich wydaną w latach 20-tych, której nie da się czytać. Obok kilku nazwisk, które do dzisiaj przetrwały, zalew szmiry bliskiej grafomaństwu. Tak wygląda dzień codzienny poezji. Zanim figa się ucukruje, a tytoń uleży musi trochę czasu upłynąć. Z jednego zacieru powstaje bimber, że głowa boli, z drugiego – śliwowica łącka. A śpiewać każdy może, trochę lepiej lub gorzej – zależy, kto się czego napije.

         To sytuacja naturalna. Dziś mówiąc o świetności minionej literatury zapominamy, że mówimy o piance, która została na wierzchu, a nie o fusach, które opadły w dół. Dlatego lamentacje nad wszelkim śmietnikiem internetowym są mało istotne. Mamy nieograniczony dostęp do publikacyjnej przestrzeni internetowej, a papierowe wydanie tomiku posiada tylko jedną barierę, czyli sfinansowanie kosztów. Róg obfitości pęka w szwach, więc trzeba dobrze przebierać, żeby wyjąć z niego najbardziej rumiane jabłuszka.

         Na portalu pisarze.pl zaczął dominować histeryczny lament. Jeden z autorów pisze wciąż ten sam artykuł, wierzący obsesyjnie w omnipotencję kulturalną państwa. Państwo niech stanie na głowie, byleśmy mieli dobrą literaturę i niezliczoną armię wyrafinowanych czytelników. Jasne, państwo powinno być mocno zaangażowane w rozwój edukacyjny i kulturalny społeczeństwa, tylko to drugie sprowadza się głównie nie do pomagania, lecz do nieprzeszkadzania. Państwo powinno nam nie przeszkadzać, ale wszelki zdrowy ruch kulturotwórczy jest oddolny, nie odgórny i – nawiasem mówiąc – w Polsce nie wygląda to źle. Życie literackie obfituje w tak wielką liczbę oddolnych inicjatyw i realizacji, w taką masę różnego typu imprez i prezentacji, że to naprawdę imponujące.

         Różnice poziomów trzeba zrozumieć i zaakceptować. Czy skrzypek z filharmonii musi koniecznie wyśmiewać skrzypka z orkiestry szkolnej? Czy znany malarz na wernisażu swych nowych obrazów w Zachęcie musi opowiadać kolegom, jakie bohomazy widział w domu kultury w jakiejś pipidówce?

         Śmietnik, czyli wspomniana przestrzeń internetowa, jest nie do zreformowania, choć – oczywiście – poziom publikacji powinien być moderowany przez redaktorów witryn. A już na pewno sarmacko-chuligańska wolność wielu forów jest absolutnym nadużyciem wolności wypowiedzi. Tkwi w tym zjawisku pewien paradoks: walka o kulturę toczy się w niekulturalnym języku i emocjach.

         A więc sytuacja jest zachwaszczona. Jej odchwaszczanie nie jest jednak tak proste, jak się wydaje niektórym publicystom. Np. Pan Sobieraj lubuje się w „jadowito-dygresyjnych” pomstowaniach na zalew tandety. Mówię otwarcie: to zupełnie dalekie od mego temperamentu i emocji, również racjonalizmu. Są dwa powody. Pierwszy: istnienie tej tandety nie wyklucza ani nie hamuje w żadnej mierze literatury z wyższej półki. Wyrywanie chwastów z ogródka kończy się wyrastaniem nowych chwastów i tak w koło Macieju. Tu raczej skuteczniejsze byłoby ich ignorowanie i skupienie się na pokazywaniu dobrych autorów. W ogóle język „jadowity” psuje dobre intencje. Owszem, casus Zoila z Amfipolis… Ale jeśli ktoś zanadto polubi swoje zoilostwo, uzna je za misję, to siłą rzeczy uzależnia się od dosyć ryzykownych, niekontrolowanych żywiołów. Można i tak, ale ja po prostu preferuję przeciwstawną opcję.

         Po drugie: obyśmy mieli tylko takie plagi, jak grafomania… Można także patrzeć przyjaźnie na ludzi piszących, a pozbawionych talentu. To pięknie, że piszą, że mają tego potrzebę, że dla samych siebie w tym się spełniają. Dajmy im to prawo, nie wdeptujmy ich w ziemię. Wyplenić zresztą tego nie da się w żaden sposób. No bo niby jak? A poza tym, po co? Asenizacja literatury dokonuje się samoistnie, hierarchia wartości nigdy nie przechyla się na ich stronę. A te „koleżeńskie recenzje”, te taryfy ulgowe? Wszyscy mamy na sumieniu takie ustępstwa. Ale to już na własną odpowiedzialność – w końcu krytyk albo zapracuje na swoją wiarygodność, kompetencję i autorytet, albo nie. Poza tym jeremiady są obnażaniem prawd obnażonych: zawsze tak było i będzie, tyle że organizm samooczyszczający literatury prędzej czy później sam zrobi swoje.

         Nie lubię zoilostwa. Jest w nim jakaś psychiczna zagadka, może narcyzm zoili, może frustracja, może pycha i agresja. Sam wolę w tej stajni Augiasza głaskać po grzywach piękne konie, a nie batożyć te brzydkie. Chcę być krytykiem przyjaznym, oczywiście piszącym prawdę, ale tu natykamy się kolejne „pojęcie nieostre”, bowiem nasze „prawdy” bywają różne, czasami diametralnie różne. Cała ta względność ocen jest wpisana w matrycę. Sądy autorytarne w literaturze uważam za nieporozumienie.

         Tydzień temu Krystyna Habrat zaproponowała, by czytelnicy spróbowali „ustalić listę najwyższych osiągnięć polskiej prozy powojennej, ale bez kierowania się kryterium, że to był wielki pisarz, bo dostał nagrodę. Niech to będą sądy subiektywne, a nie powtarzane za krytyką literacką”. Pomysł ten uważam za nonsensowny, bo co z tego, że czytelnicy ustalą? Za chwilę 20 innych portali ustali zupełnie inne listy rankingowe sądów subiektywnych. Plebiscyty publiczne mogą być miernikiem popularności książki, niekoniecznie jej poziomu. Każdy czytelnik ma prawo powiedzieć: „wolę Hłaskę i Dehnela od Parnickiego i Kuczoka”. I niby co ma z tego wyniknąć? Nic oprócz tego, że woli. Najlepszym miernikiem sukcesu czytelniczego jest liczba sprzedanych egzemplarzy danej książki lub liczba jej wznowień. I takimi danymi dysponujemy. Proponowana ankieta, przeprowadzona domowo-portalowym sposobem wydaje mi się mało reprezentatywna, w każdym razie nie uprawniająca do formułowania jakichkolwiek przesądzających wniosków.

         Powinniśmy też przyjąć do pokornej wiadomości zjawiska kontrowersyjne. Nie pierwszyzna to, że było i będzie sporo książek, które różnią opinię zbiorową. Casus: Masłowska! Wyobraźcie sobie, że ja jestem zwolennikiem tej autorki. Mam sporo argumentów na jej obronę. Na jej chwalenie. No i co? No i nic! Wy mówcie swoje, ja będę mówił swoje – tego typu spory literackie na pewno nie dotyczą literatury „nijakiej”. Jest tylko różnica między polemiką a wykluczeniem, między opinią „to jest zła książka” a opinią „to jest gówno, nie książka”. Po prostu istnieje gdzieś granica każdej dezaprobaty. Nie jestem przeciw sporom, jestem przeciw wojnom!

         Co możemy zrobić my, krytycy? Możemy opisywać. Opiniować. Polemizować. Tyle i tylko tyle; reszta potoczy się i tak własną trajektorią.

         I jeszcze jeden argument, tym razem z kategorii homo ludens: traktujmy literaturę trochę jako zabawę. Nie róbmy z niej pępka świata; na tej niwie ortodoksyjny pryncypializm bokiem wychodzi kulturze, zakłóca jej wielką, złożoną, skomplikowaną aksjologię i mądrość istnienia. Jej prawo do różnorodności i wielogłosowości. Dajmy też ludziom prawo, by interesowali się czymś innym niż literatura. Jeśli nas nie czytają, to nie znaczy, że są głupsi lub „mniej kulturalni”. Żyją w innych przestrzeniach. Nam się tylko wydaje, że skoro bez literatury, to w gorszych.

         W ogóle zastanawiam się nad naszym egocentryzmem i narcyzmem. Nad tym zapalczywym pouczaniem innych i nad wishful thinking. Owszem, wszelka postulatywność jest czymś pożądanym, ale gdy przekracza granicę agresji, gdy stosuje wykluczenia, to ja dziękuję… Oczekujmy dobrej literatury albo szukajmy jej. Ona jest. Nikt jej nie knebluje. A jazgot i amplituda poziomów w Wieży Babel to zjawisko stare jak świat i oczywiste. Postuluję pogodny stoicyzm i mniej agresji owczarków niemieckich wobec małych pinczerków. Unikajmy tego, by nasze dobre i słuszne intencje nie przemieniały się w jadowitość i wojnę domową życia literackiego. I przestańmy wiecznie pouczać; jeśli jesteśmy lepsi, to mamy lepszy oręż: własne wiersze, powieści, recenzje i szkice.

         No, widzę, że sam popadam w mentorski ton, więc zwijam manatki i zdążam do ostatniej kropki.

         Jaka pointa? Ano taka jak na początku. Jeśli cię stać, kupuj fahrenheita za 300 zł, dżinsy za 200 zł i ubieraj się w Paryżu, a nie w Wołominie. Masz wybór. Tego ci nikt nie odbierze. I przestań w końcu marudzić, że są bazarki. Nie wszystkich stać na drogie towary. Jeśli jesteś arystokratą ducha, nie poniżaj innych; oni też mają prawo do swego gustu, choćby ci się nie wiem jak nie podobał.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko