Janusz Majcherek – Uwiędłe laury?

0
157

Janusz Majcherek



Uwiędłe laury?

 

 

Kazimierz RafalikArtykuł Janusza Majcherka otrzymaliśmy od redaktora naczelnego Sceny, Lecha Śliwonika. Ponieważ wydaje się on nam ważnym głosem dotyczącym literatury, publikujemy go za Kwartalnikiem Scena.

 

Niedawno miałem okazję słuchać przez dobrą godzinę wierszy Zbigniewa Herberta. Czytał wybitny aktor, który najwyraźniej miał do tej poezji osobisty i przemyślany stosunek. Sam zresztą wybrał utwory i ułożył je w klarowny program. Słuchałem, podziwiając kunszt interpretacji, ale w końcu zostałem z osobliwym wrażeniem, że Herbert źle się starzeje.

Moi przyjaciele z „Zeszytów Literackich”, którzy od lat budują Herbertowi już nie kapliczkę, lecz świątynię, będą ta opinią, jeśli do  nich dotrze, oburzeni („świętości nie szargać, bo trza żeby święte były!”). Podobnie  mogą zareagować miłośnicy poety z drugiej strony barykady – prawdziwi Polacy, którzy ofiary katastrofy smoleńskiej nazwali „zdradzonymi o świcie”, odwołując się do Przesłania Pana Cogito: „i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy/ przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”; w ten sposób zaprzęgli poezję do zgoła niepoetyckich zadań (co w polskiej tradycji do rzadkości nie należy). Nawiasem mówiąc, to rozrywanie duchowej schedy po Herbercie przez wrogie sobie obozy polityczne jest smutnym, choć i groteskowym widowiskiem.

Tymczasem wrażenie pozostaje wrażeniem: po latach z poezji Herberta wyłazi moralizm, retoryka i publicystyka, z antycznych koturnów sypie się próchno, kostiumy i rekwizyty pochodzą z teatru nazbyt przejrzystych aluzji („Czytając dzieje Miasta ulegali złudzeniom/ że są Rzymianami lub potomkami Rzymian/ ci synowie podbitych sami ujarzmieni”). Nawet sławetna Herbertowska ironia przeistoczyła się w gorycz żółciennika, a wielbione kiedyś sztandarowe frazy brzmią jak frazesy (na czele z nieśmiertelnym „Bądź wierny Idź”).

W latach dziewięćdziesiątych, gdy Herbert zażywał wielkiej sławy i każdego roku spodziewał się nagrody Nobla, wybitny filolog, profesor G., z którym się przyjaźniłem, powiedział mi:

„zobaczysz, wspomnisz moje słowa – w przyszłości Zbigniew Herbert będzie miał w literaturze polskiej pozycję podobną do Adama Asnyka”. Wtedy ja się oburzyłem na takie dictum. Niechęć profesora – lewicowego liberała związanego ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” – tłumaczyłem względami politycznymi. W tamtym czasie Herbert, któremu nazwisko Adama Michnika przez ćwierć wieku nie schodziło z ust (podobnie jak Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi), zerwał stary sojusz i zaczął głosić opinie, jakie dziś pozwalają ideologom PiS-u widzieć w poecie herolda ich poglądów. Pomyślałem, że profesor dyskwalifikuje twórczość Herberta, wiedziony niechęcią do jego nowych przekonań (prawda, że niekiedy kuriozalnych – przykładem furiacka napaść na Miłosza, któremu Herbert zarzucił, że podczas jakiegoś wspólnego pijaństwa w Paryżu wyrażał żal, iż Polska nie została przyłączona do Związku Sowieckiego jako siedemnasta republika; co skłonny do prowokowania Miłosz bredził po pijanemu to jedno, a co dla spopularyzowania poezji młodszego kolegi w krajach anglojęzycznych zrobił jako tłumacz to drugie i Herbert mógłby sobie oszczędzić niemądrych i małostkowych oskarżeń, zwłaszcza po prawie trzydziestu latach od libacji).

Dziś rozumiem, o co profesorowi szło, gdy Herberta przyrównał do Asnyka: obu cechuje skłonność do zdań gnomicznych i moralnych pouczeń (np. „Trzeba z żywymi naprzód iść/Po życie sięgać nowe” i „bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy”). Asnyk szybko trafił do sztambuchów. Herbertowi będzie to zapewne oszczędzone z tej prostej przyczyny, że sztambuchy już dawno wyszły z mody. Pozostają podręczniki szkolne.

Nie tylko z Herbertem jest kłopot. Należę do ludzi, którzy czytują poezję i chętnie jej słuchają. Piszę zresztą ten felieton na dwa tygodnie przed finałem OKR-u w Ostrołęce, gdzie zostałem zaproszony jako juror. Konkurs recytatorski to doskonały sprawdzian, jeśli chodzi o listę obecności poetów. Po wyborach repertuarowych widać, kogo się czyta (i mówi), a kto trafił do tak zwanego czyśćca. Nie wydaje mi się, żeby w ostatnich latach szczególnie chętnie sięgano po wiersze Herberta – w każdym razie nie pojawia się tak często jak kiedyś. Co jednak począć z poetami, którzy jeszcze pół wieku temu zdawali się nieśmiertelni, a dziś właściwie zniknęli z obiegu czytelniczego. Taki, na przykład, Przyboś. W swoim czasie był udzielnym władcą w królestwie polskiej poezji, w gruncie rzeczy decydował o jej losach, co przychodziło mu tym łatwiej, że sam o sobie miał najwyższe mniemanie i wypowiadał się jak człowiek, który zjadł wszystkie rozumy. Kto dziś czytuje Przybosia? Kogo jeszcze, poza historykami literatury, obchodzi Przyboś? Czy kiedyś jeszcze powróci?

Wątpię w powrót Przybosia, tak jak nie spodziewam się, że do łask czytelników powrócą jego  awangardowi niegdyś koledzy w rodzaju Ważyka, a już zwłaszcza Peipera. Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że losy ich skamandryckich konkurentów w walce o względy potomności też nie układają się najlepiej. Nie wiem, jak inni, ale ja nie bardzo mam już ochotę czytać (dla przyjemności i umysłowego pożytku) Lechonia czy Wierzyńskiego, a nawet Tuwima. Iwaszkiewicz tak; on jako poeta zdaje się rosnąć z upływem czasu, choć z całej piątki najmniej był ceniony. Jak widać, łaska pośmiertnej sławy na pstrym koniu jeździ.

Patrzę teraz na półkę z dwudziestowieczną poezją, po którą wielokrotnie sięgam (półek z tomikami nieczytanymi, choćby tego nieszczęsnego Przybosia, jest więcej i są bardziej schowane). No i co my tu pod ręką mamy? Leśmian, Iwaszkiewicz, Miłosz, Różewicz, Białoszewski, Szymborska, Miłobędzka, z młodszych – Tkaczyszyn-Dycki; jest i Herbert, bo w końcu księcia poetów nie detronizuje się z dnia na dzień. I, mimo wszystko, niech do niego należą ostatnie słowa otwierające Do Ryszarda Krynickiego – list: „Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele/ z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot/ kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret/ zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego/ nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek”.

 

Scena 2 (74) 2013


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko