Janusz Termer – Jak nie czytać Pasażu Donata Kirscha?

0
74

Janusz Termer


Jak nie czytać Pasażu Donata Kirscha?


Ryszard Tomczyk     Habent sua fata libelli… Oto Piotr Kuncewicz, piszący przed laty o debiutanckim utworze Donata Kirscha Liście croatoan (wyd. 1977, nagroda im. Wilhelma Macha za najlepszy debiut tamtego roku), kończył swoje uwagi, w tomie V Agonii i nadziei. Proza polska od 1956, wyd. 1994, następującą uwagą: „Zapowiadano też powieść Pasaż, ale nie ukazała się do dzisiaj”.

     I oto stało się. Ukazała się w 2006 roku – po trzydziestu niemal latach leżakowania! Bowiem utwór odrzucały kolejne wydawnictwa w latach siedemdziesiątych, a w osiemdziesiątych, kiedy to autor (przebywający już wówczas w Ameryce, gdzie studiował matematykę, potem pracował w branży informatycznej i na koniec założył własną firmę konsultingową), zrezygnował z publikacji utworu po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, gdy już wtedy miało to wydanie nareszcie nastąpić. Ale znalazł się ambitny i odważny prywatny wydawca i rzecz sfinalizował. Piszę odważny (o wydawcy) bez przekąsu, bo rzeczywiście trzeba było wielkiej odwagi (nie tej oczywiście antycenzuralnej, jak to drzewiej bywało, ale tej zwyczajnej, wynikającej z najzwyklejszego w świecie ryzyka wydawniczo-finansowego), aby wdać się w to przedsięwzięcie bliskie dzisiaj, w przypadku takiego utworu jak Pasaż, w swych praktycznych efektach (czytaj – zdobyciu czytelnika) równe czynom przemyślnego Don Kichota zdobywającego wiatraki!

     I co? I nic. Bo oto minęło kolejnych lat siedem i nadal nie ma odzewu krytycznego na ten szalenie intrygujący utwór literacki… Pozwałam sobie zatem na przypomnienie tego publikowanego na łamach lubelskiego “Akcentu” tekstu, sprzed tych właśnie lat siedmiu, czyli powieści Pasaż Donata Kirsza poświęconemu, a wnioski pozostawiam swym Szanownym Czytelnikom:

   Naprawdę nie kpię, ani o drogę nie pytam. Naprawdę podziwiam i doceniam wysiłek edytorski w to przedsięwzięcie włożony przez tCHu, doM wYdawniczy (zachowuję pisownię oryginalną wydawcy), łącznie ze zrozumiałymi i bardzo potrzebnymi, zwłaszcza w takim jak ten przypadku, intensywnie informacyjnymi i reklamowymi chwytami, używanymi przez tegoż wydawcę na wszelkich możliwych miejscach obu okładek tej, bardzo zresztą interesującej, książki Donata Kirscha.

   Przyznam też szczerze, że dawno nie miałem do czynienia z prozą taką jak ta właśnie „powieść” Donata Kirscha, gdzie już samo neutralne słowo określające gatunek prozatorski trzeba brać w cudzysłów, gdyż rzeczywistość narracyjna, właściwie jej wiele krzyżujących się i nakładających wzajem na siebie planów opowiadania, znaczeń i tysięcznych odwołań do rozmaitych sfer rzeczywistości połowy ubiegłego już, XX wieku do mniej lub bardziej skrytych w tekście problemów ówczesnej społeczno-politycznej rzeczywistości, wydarzeń już historycznych, jak i odnośników czysto literackich (także w szerokim planie historycznym przywoływanych), i w ogóle kulturowych aluzji, mniej lub bardziej jawnych cytatów czy wewnętrznych polemik, antypowieściowych inklinacji, autotematycznych oraz wyraźnie autobiograficznych uwarunkowań. Spraw często ambiwalentnych i wzajem wykluczających się – mających w sumie niewiele wspólnego z tym, z czym dzisiaj kojarzy się na ogół to niewinne, obecnie (w postmodernistycznej dobie) niezobowiązujące właściwie do niczego, ani pisarza, ani czytelnika, słówko „powieść”!

   Uprzedzam o tym lojalnie wszystkich potencjalnych nabywców i czytelników książki Donata Kirscha, którzy przyciągnięci informacjami i reklamą wydawcy ufnie po nią sięgną. Oto, mogą tam między innymi wyczytać, że autor (ur. 1953) po opublikowaniu debiutanckiej książki i otrzymaniu nagrody im. Wilhelma Macha, prawie nic nie mógł w kraju wydrukować w latach 70., „zaledwie kilka opowiadań i esej o współczesnej prozie polskiej” (dodajmy, że na łamach miesięcznika „Nowy Wyraz”, który miałem zaszczyt wówczas redagować), ale przecież wcale nie dlatego nie mógł, bo przeciwna temu była, jak tu czytamy na obwolucie, „partyjna grupa recenzentów” i rzeczywiście wredna cenzura, ile – na moje rozeznanie – ze względów całkowicie i jak najbardziej prozaicznych. Tej prozy nikt wówczas (poza Henrykiem Berezą i paroma innymi osobami o równie „ekscentrycznych” gustach literackich) nie doceniał, nie rozumiał i nie był w większości przypadków rozgryźć, o co w niej faktycznie „biega”. A to dlatego przede wszystkim, iż była wówczas (a może jeszcze i dziś jest) „za trudna naprawdę” (jak tutaj w pewnym momencie powiada narrator Pasażu o Ulissesie Joyce’a!). Bowiem proza Kirscha była jednym wielkim wyzwaniem rzuconym powszechnemu wówczas gustowi, policzkiem wymierzonym ogólnie panującym obyczajom wydawniczym i czytelniczym przyzwyczajeniom, potocznym tamotecznym nawykom i automatyzmom literackim; gustom nawet tym najbardziej tolerancyjnym i liberalnym wobec utworów skrajnie eksperymentalnych (lub tych, które za takie wtedy uchodziły).

   Otóż, wedle mego rozeznania, taka jest w dominującym stopniu geneza nieporozumień i w efekcie ówczesnego niepowodzenia wydawniczego Pasażu. Problem główny tkwił w samym utworze, a nie tylko w zewnętrznych uwarunkowaniach ruchu wydawniczego. Gdyż jeszcze powieść debiutancka tegoż Donata Kirscha – Liście croatoan, jej wielorakość kompozycyjno-znaczeniowa, także jej ogromnie mocno rozproszkowania „akcja” (tu też potrzeby cudzysłów) i zawarta w niej fabularna „intryga” (narracja prawdziwie, co się zowie po witkacowsku „glątwowata”), to doprawdy „mały pryszcz” w porównaniu z Pasażem. Jej (tej drugiej „powieści”) dalszym „rozproszkowaniem”, piętrowym, wiele wymagającym od czytelnika szaradowo-szyfrowanym i mało w efekcie czytelnym skomplikowaniem toku opowiadania, ponawianą stale i ciągle na nowe sposoby dokonywaną próbą uchwycenia owej Leona Chwistkowej „wielości rzeczywistości w sztuce”, i w życiu. Jej nieliczeniem się już nie tylko z „chronologią” opowieści o przywoływanych faktach sprzed paru dziesiątek lat, o których odbiorca ma bardzo nikłe szanse dowiedzieć się czegoś pewnego, ale i z samymi „miejscami”, do których narracja się odwołuje (dom rodzinny, szkoła, mieszkania kolegów, ulice dużego przemysłowego miasta, kina, kawiarnie), a także i z osobami, z którymi styka się owa trójka niby głównych „bohaterów” (też niezbędny tu cudzysłów). Postaci z założenia słabo zresztą charakteryzowanych i indywidualizowanych, a przez to dość trudno identyfikowalnych (nie tak jak w tradycyjnej czy popularnej prozie), jak to jest tutaj właśnie, choćby w przypadku owych nad wiek i nad podziw rozwiniętych intelektualnie trojga uczniów szkoły średniej z owego miasta na południu Polski: Daniela, Dawida i Marii.

   Mimo iż każdemu z nich, jak próbuje nam to wyjaśnić wydawca Pasażu, „odpowiada specyficzny typ narracji – w języku, którym się posługują znajdują odzwierciedlenie zachodzące w nich zmiany. Częstokroć ma on charakter strumienia świadomości, przepojonego elementami symbolizmu psychodelicznej ery dzieci-kwiatów oraz antypowieści. Autor używa fraz z hymnów Rigwedy, ilustrujących proces stwarzania. Dzięki językowi powieści właśnie, czytając uczestniczymy bezpośrednio w zdarzeniach mających ukształtować całą przyszłość młodych ludzi – chodzimy do liceum, rozmawiamy o dziewczętach, dyskutujemy, kłócimy się, kochamy, pijemy alkohol i słuchamy muzyki. W prowadzonej jednocześnie meta-narracji autor przerzuca akcję na plan zjawisk porządku kosmicznego, w której obrazowane sekwencje zdarzeń to znaki i zdania czytanej (i kreowanej) na wyższym planie księgi”.

   Ba, gdybyż to wszystko było tutaj tak rzeczywiście proste i klarowne? Wydaje się, że czegoś tu, w tej wydawniczej notce brak. Czegoś choćby, czego żaden wydawca na świecie nie powie o wydawanej przez siebie książce, a mianowicie to, że jest ona naprawdę wielorako złożona i bardzo „trudna” w odbiorze (bardziej niż Ulisses, no może nie aż tak, na szczęście, jak Finnegan’s Wake). Jak zatem to wszystko rozumieć, jak czytać, i czy warto podjąć ten wielki czytelniczy wysiłek i trud deszyfracji zastosowanej tu przez autora własnej, nowatorskiej i rzecz jasna niezmiernie, tej wręcz piekielnie, w planie ogólnym i szczegółach złożonej, nierzadko przewrotnej i mylącej tropy literackiej konwencji? Czego się można w tym Pasażu tak naprawdę doczytać? Niełatwe to pytania – każdy przyzna, kto się z tą książką Donata Kirscha zetknął lub zetknie.

   Skłamałbym haniebnie i sprzeniewierzył się zawodowej etyce recenzenckiej (jeśli coś takiego jeszcze funkcjonuje, a myślę, że mimo wszystko tak, a przynajmniej zdarza się jeszcze w naszym dziś tak mocno skomercjalizowanym świecie, gdzie ponoć można sobie dzisiaj kupić każdą opinię), skłamałbym zatem, gdybym powiedział, że mam na te wszystkie powyższe pytania gotowe i proste formułki – odpowiedzi. Nie, nie mam ich, nie muszę też bać się uchodzić za buca i ignoranta, i na siłę próbować wykpić się jakąś zgrabną krytyczną formułką. Wiem tylko jedno. Jest to zadanie właściwie niewykonalne. Niewykonalne z wielu względów i powodów.

   Pierwszy i zasadniczy jest taki oto. Pasaż ufundowany jest przez autora na generalnej zasadzie „antynomicznych sprzeczności”, mieszania i zderzania nieprzystających do siebie sfer fenomenów rzeczywistości i procesów poznawczych. Narracji prowadzonej i formułowanej w rozmaitej tonacji: od wielkiej ostentacyjnej kpiny i drwiny do równie wielkiej powagi. Zilustrujmy to takim oto, dość przypadkowo z niej wybranym, acz znamiennym dla całości cytatem: „Jest tylko jedno pytanie natury egzystencjalnej. Formułuję je więc ostentacyjnie oraz nader drwiąco. Czy można lato zastąpić ciepłym wiatrem i na odwrót. Nie jest to tak idiotyczne jakby się z pozoru wydawało. Chodzi tutaj o stworzenie złudzenia pewnego continuum za pomocą wyrwanych fragmentów struktury, którą uważamy za jakąś tam ciągłą. Tymi wyrwanymi elementami można żonglować i przekształcać je” (s. 162). A zaraz na stronie obok znaleźć możemy inny trop. Narrator przywołuje wprost „po nazwiskach” twórców, jak mówi, „geologicznych pokładów naszej psychiki”, fundujących jemu i jego nieprawdopodobnie wrażliwym, osłuchanym muzycznie (głównie w jej odmianie popowej), otrzaskanym filmowo i oczytanym (w dobrej na ogół literaturze) kolegom „niezachwianą wiarę w dwa rodzaje bogów”. A więc z jednej strony „wszechwładny Frank Zappa i delikatni Beatlesi, odurzeni narkotycznym transem Jefferson Airplane, drapieżni Jethro Tull i melodyjni Moody Blues. Także diaboliczni Rolling Stons i mistrzowie rzemiosła Band”. Potem padają m.in. nazwiska takie jak Buster Keaton, Orson Welles, Humphrey Bogart, Raymond Chandler, James Dean, Ezra Pound, J.R.R. Tolkien, Curzio Malaparte, Marlon Brando „oraz genialny Grifith”, a zaraz potem padają przywoływane tutaj nazwiska Emili Dickinson, Annais Nin, Safony, Lauren Bacall, Charlotte Rampling i Berenice. A dalej: „jesteśmy tak daleko i nie rzumiemy, lecz szanujemy miłośników Horowitz i Netzera, Hillary’ego i McLuhana, Beamona i Che Guevary’… Lista długa, pozornie bez składu i ładu, ciągle zresztą w trakcie opowiadania uzupełniana. O czym ma świadczyć i co ma znaczyć w kontekście całości utworu? Czysty to tylko popis, znamię szerokości horyzontów, wyobraźni, wiedzy?

   Wydaje się, że aby na te wszystkie pytania rodzące się wraz z lekturą Pasażu Donata Kirscha opowiedzieć w miarę z sensem, rzeczowo i poważnie, trzeba by napisać na kanwie jego utworu obszerny szkic, esej o kulturowo-socjologicznych korzeniach tamtej, tak już odległej przecież epoki (przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku!), w której żyli i dojrzewali jego „bohaterowie”, ówcześni licealiści, koledzy autora, tak dalece przekraczający widnokręgi wiedzy szkolnej, a też mający do tej wiedzy stosunek dość niekiedy zabawnie nabożno-ironiczny (co podkreśla np. powtarzające się tu często zdanie o jednej z lektur szkolnych, czyli o Nad Niemnem, że jest to „arcydzieło polskiej epiki i obyczajowości”), traktujący szkołę jako coś uprzykrzenie nieważnego wobec przeogromnych możliwości przeżywania, poznawania i odbierania świata z innych, takich jak z powyżej choćby wspomnianych źródeł. Esej, gdzie wiele miejsca trzeba by poświęcić sprawom ówczesnej kultury „wysokiej” i „niskiej”, nowym ideom młodzieżowym takim jak bitnicy i ruchy hipiessowskie na świecie, mówić o tworzącej się i rozprzestrzeniającej, mimo barier ideowych „żelaznej kurtyny”, młodzieżowej kontrkulturze, jak też gwałtownie rosnącej w siłę kulturze masowej, coraz bardziej zaborczej (już wtedy, choć może z innych powodów niż dziś) telewizji, poświęcić wiele miejsca sprawom przemian nowej i funkcjonowaniu ciągle dominujących wzorców starej literatury, a także wielkim mitom filmowym, bożkom i bożyszczom nowej popularnej muzyki…

   Jednym słowem, do takich to ogólniejszej natury opracowań i esejów (a są takie, jak choćby wydany niedawno zbiór Leszka Bugajskiego Seks, druk i rock and roll) należałoby odsyłać, co młodszych zwłaszcza czytelników Pasażu. Szkiców poświęconych wszystkiemu temu, co stanowiło o szczególnej i wcale nie prostej (jak wydaje się to dziś medialnym upraszczaczom) atmosferze tamtych lat. A co wraz ze zgrzebnym krajowym podwórkiem w sprawach kultury (ale przecież terenem mimo wszystko jakże szeroko otwartym wtedy na świat, dla kogoś kto się tymi sprawami interesował, nie zaprzeczy nawet zwolennik teorii o „czarnej dziurze”), było podglebiem i współtworzyło tak odmienną od poprzednich okresów powojennych naszych dziejów, własną i nową atmosferę w życiu czułej na innowacyjne prądy młodzieży, i co stawało się punktem wyjścia dla intelektualnego i estetycznego dojrzewania oraz dorobku artystycznego pokolenia mającego za nic „naszą małą stabilizację”, poszukującego i eksperymentującego na różnych polach twórczości, w tym i w literaturze (gdy obok Donata Kirscha pojawili się wtedy, tak różni zresztą pod każdym innym względem pisarze, jak na przykład Jan Drzeżdżon, Józef Łoziński, Edward Redliński, Ryszard Schubert, Marek Słyk czy Marek Sołtysik).

     Świadom dwuznaczności tytułowego pytania tej recenzji, pragnę na koniec nieco je ujednoznacznić. Nie należy Pasażu Kirscha czytać tylko w ten, skądinąd zapewne uprawniony sposób, jaki proponuje wydawca, bo jest on poważnie zawężony. Istotnie, jest to w najszerszym tego słowa znaczeniu „powieść o dojrzewaniu”, o dojrzewaniu jednostek i całego ówczesnego pokolenia młodych inteligentnych ludzi (nie tylko uczniów pewnej polskiej prowincjonalnej szkoły średniej), pokolenia, którego autor czuje się niejako „rzecznikiem” i w jego imieniu przemawia. Ale Pasaż jest zarazem utworem, który tylko na siłę i to z wielkim trudem daje się zamknąć w tej bardzo pojemnej formule. Bowiem utwór balansuje nieustannie na granicy prozy fabularnej, impresyjno-opisowej, eseistycznej, aforystycznej i jakiej kto tam chciałby jeszcze (mamy tu istotnie do czynienia z całym arsenałem nowoczesnych, XX-wiecznych środków i chwytów narracyjnych), aż w finalnym efekcie wykracza niebezpiecznie, moim zdaniem, poza „przyzwoite” (na dziś) granice czytelności. W tej „przyzwoitości” mieści się zarówno cała ta „rozproszkowana” ponad wszelką miarę złożoność tego utworu, jak i jego nieuchronna z latami i narastająca „historyczność” przedmiotu tej opowieści – wymagającej już komentarza.

   Jeśli chodzi o mnie, to wyznać szczerze muszę, że przed laty miałem znacznie więcej sympatii, zrozumienia i tolerancji dla wszelkiego eksperymentatorstwa literacko-artystycznego, obecnie zaś mam go znacznie mniej, bo nie jestem teraz pewien czy cena, jaką się za nie płaci nie jest jej dla twórców nazbyt wysoka? Zatem ciekaw też jestem ogromnie nie tylko tego, jak na Pasaż zareagowałby dzisiejszy młody i wrażliwy czytelnik – licealista polski (podejrzewam, iż miałby on niejakie kłopoty z odbiorem stylistycznych powikłań czy też zwłaszcza ze zrozumieniem kontekstu i realiów mocno już przecież odległego w czasie tła utworu Kirscha), ale też i z zainteresowaniem wysłuchałbym reakcji samego autora na tę dzisiejszą dopiero, po tylu latach jej publikację, i poznał jego obecny do niej stosunek. Nie wydaje mi się, żeby nie był to stosunek z już lekka pobłażliwy i nieco może nawet ambiwalentny. Sądzić tak można na podstawie dalszych życiowych losów autora – poważnego obecnie informatyka, pracującego yatem w dziedzinie łączącej świat wirtualny z realnym (a wybór tej dziedziny nie może chyba dziwić żadnego czytelnika Pasażu).

                                                   Janusz Termer

2006

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko