Jan Strękowski – Oblatywanie budyniu (7)

0
272

Jan Strękowski – Oblatywanie budyniu (7)



Szarańcza i wiersze

 

Mariola KalickaBądź mądry, pisz wiersze… – mawiano w Peerelu. Jednak i wtedy i dziś prawie każdy z nas jest lub chciałby być poetą (bo u poety cztery żony, z każdą dawno rozwiedziony), a jeśli nawet nie poetą, to przynajmniej sobie rymnąć od czasu do czasu. I ta potrzeba, jak paraliż postępowy, nie omija najtęższych głów. Muza poezji dopada człowieka w najbardziej niespodziewanym momencie. Czasem nawet tego, kto wydaje się być jak najdalej od poetyckich uniesień. Tak dopadła w ub. roku boksera Andrzeja Gołotę, który zmarłą wówczas noblistkę Wisławę Szymborską, ponoć wielbicielkę boksu i słynnego Endrju, pożegnał następującym wierszem:

 

Braknie mi Ciebie w moim narożniku

mimo że nigdy nie stąpałaś po ringu

Pozostaną wiersze. „Dziękuję” to za mało

 

Można się krzywić, że lakoniczny, czy zbyt mało wyrafinowany poetycko, ale wiersz to wiersz, ważne by oddawał stan ducha piszącego. A ten na pewno oddawał.

W wydanej w 1984r. książce Rajmunda Kalickiego „Tango Gombrowicz” znajduje się relacja z pobytu pisarza w stolicy Chile, Santiago, pióra Leopolda Alluba. Wspomina w niej pewnego młodego filozofa i niedokończonego lotnika, zwanego Jasny, który zdobył posadę pomocnika oficera śledczego na prowincji, gdzie dopadła go muza poezji. Swe służbowe raporty o krwawych incydentach, zdradach, bijatykach, pijackich ekscesach, kradzieżach kur itp. rymował, wzbudzając tym nie tyle sensację, co nieufność zwierzchników, która zmusiła go do zmiany zajęcia.

 

W departamencie Quebracho

zabity został Chacho,

Jest przy nim konkubina,

mówią, że się nazywa Albina.

Chacho to drań, jakich mało,

zabierał ludziom, co się dało.

Z ręki swego kompana padł,

gdy mu koszyk fig ukradł.

 

Tak brzmiał zacytowany przez autora wspomnień jeden z raportów. Pegaz, jak powszechnie wiadomo, jest koniem pociągowym i uniesie wszystko. Przed kilkoma laty lubelskie gazety przyniosły polemikę między przedstawicielem rady i zarządu miasta. Oto radny Marcin Nowak skrytykował wiceprezydenta Lublina Stanisława Fica, za to, że ten podczas delegacji do ukraińskiego Ługańska zmienił trasę i zawadził o Odessę, narażając skarb miasta na dodatkowy koszt w wysokości 95 zł, których zwrotu radny zażądał.

Spory na linii radni – władze miejskie to chleb powszedni polskiej samorządności, ale nie spory prowadzone wierszem. Bowiem pismo, które radny Nowak skierował do prezydenta miasta, było rymowane.

 

Dziś dowiedziałem się z miejskiej prasy,

            Jak Fic Stanisław ruszył na wczasy,

A ściślej mówiąc, będąc na Wschodzie

Zapragnął przyjrzeć się morskiej wodzie

            I miast służbowo zmierzać za Kresy,

            Skoczył opalać się do Odessy.

Przejść się po plaży, zebrać muszelki

            Czy to jest taki występek wielki?

Jakiż to skandal zwietrzyła prasa?

Czy po wybrzeżu biegł „na golasa”?

Czy wlewał w siebie jakieś procenty,

            I usnął w słońcu na umór ścięty?

            Czy omamiła go „krasawica”?

Nie, zatem proszę zrozumieć Fica,

Wszak każdy człowiek mknąc przez bezdroża,

Chciałby na chwilę skręcić do morza.

 

To jednak nie koniec poezji i to rymowanej. Bo prezydent Stanisław Fic, odpowiedział radnemu także wierszem:

 

Twój poemat Marcinie, czytam z przyjemnością,

Cieszę się, że przez dowcip zerwałeś z wrogością

            Otóż musisz wiedzieć, a propos, tematu

            Że naprawdę nie było żadnego dramatu.

 

Poezja łagodzi obyczaje, można podsumować tę wymianę uwag.

Szczególnie bliski poezji wydaje się być sport (kultura i kultura fizyczna). Podczas Mundialu w RPA powstało wierszowane „Pożegnanie z Afryką”, które wyszło spod ręki Witolda Berka, w ciekawy sposób podsumowujące zmagania piłkarzy oraz świetnie oddające uczucia kibiców, a przy okazji nawiązujące do znanych dzieł literackich i filmowych.

 

Faza grupowa już zakończona,

połowa drużyn więc wykluczona.

Nie wzniosą przegrani pucharu do nieba,

żegnać Afrykę przedwcześnie już trzeba.

I choć na medal były aspiracje,

chociaż mnożyły się sytuacje.

Jeśli punktów mało w grupie ugrałeś,

utopią twój awans, turniej już przegrałeś …

 

Rymować można niemal wszystko. W dobie bryków, przeróżnych skrótów i streszczeń, tak przydatnych młodzieży, która nie ma czasu na czytanie kobył z listy lektur, prawdziwym strzałem w dziesiątkę są streszczenia… wierszowane. Takie streszczenia klasycznych tekstów proponuje Lech Konopiński.

Oto, dla przykładu, początkowy fragment streszczenia powieści Carlo Collodiego „Pinokio”:

 

To Pinokio. Czy go znacie? Mistrz Gepetto w swym warsztacie stworzył z

drewna pajacyka, a ten zaczął zaraz brykać…

 

Skoro już jesteśmy przy klasykach. Rymnąć zdarza się nawet wielkim. Rzecz miała miejsce w 1824r. w Odessie i okolicach (może Stanisław Fic dlatego o nią „zawadził”?), a jej bohaterem był Aleksander Puszkin, rosyjski Mickiewicz, którego car Aleksander I wysłał na południe Cesarstwa, by mieć nieprawomyślnego poetę jak najdalej od siebie. Tam Puszkin został zmuszony do… urzędolenia w sekretariacie gubernatora Kraju Noworosyjskiego i Besarabii, hrabiego Woronowa, co niezbyt było mu w smak. Tak jak i gubernatorowi, któremu według jednych nie podobały się zbyt zażyłe stosunki poety z jego żoną (z domu Branicką), według innych, zbyt bliskie relacje z tworzącym się ruchem dekabrystów. W każdym razie gubernator słał pisma do stolicy, by zabrano z jego Odessy lekkoducha i bawidamka. Bez skutku. Wtedy wpadł na diabelski pomysł, jak choć na miesiąc pozbyć się z pałacu hrabiowskiego, w którym ten był częstym gościem, przyszłego autora „Eugeniusza Oniegina”. Wysłał go w misji służbowej na… poszukiwanie szarańczy.

Poeta, oczywiście, uznał to za zajęcie niegodne wielkiego twórcy i po kilku dniach podróży w pogoni za żarłocznymi owadami, podczas której, jak mówią przekazy, utknął na pewien czas u przyjaciół (powiązanych z dekabrystami), gdzie pił, hulał i popuszczał pasa, wrócił do Odessy ku utrapieniu gubernatora.

Jako, że podróż wymagała złożenia sprawozdania, a poeta był wściekły na gubernatora i swoją urzędniczą dolę, to sobie rymnął (podaję w jęz. rosyjskim, bo to chyba nie wymaga tłumaczenia):

 

Sarancza letieła, letieła

I sieła.

Sidieła, sidieła.

Wsio zjeła

I wnow’ uletieła.

 

Gubernatorowi przejadł się tak niesubordynowany urzędnik i Puszkin został zesłany na daleką prowincję do wsi Michajłowskoje w guberni pskowskiej.

A szarańcza? Dziś okazuje się przysmakiem.

Na warszawskim Ursynowie powstała restauracja serwująca owady, świerszcze, wije drewniaki, mączniaki, karakany, skorpiony, pająki ptaszniki oraz szarańczę, czyli wszystko to, co człowiek europejski uważa za obrzydlistwo. Cieszy się wielkim powodzeniem.

Szarańcza w cieście, to jednak wciąż poezja przyszłości – istnieją dopiero dwie takie restauracje w Polsce. W przeciwieństwie do prawdziwej poezji, w której szarańcza odegrała swoją wielką rolę.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko