Marian Grześczak -Poezja powoływana do życia

0
267

Marian Grześczak


Poezja powoływana do życia

 

Jubileusz Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego traktuję jako rodzinne święto miłośników słowa poetyckiego, praktycznie święto stale trwające, ponieważ Konkurs od swych narodzin po dzień dzisiejszy wciąż był żywy emocjami i pracą swych uczestników, szukał nowych form wyrazu, sposobów organizacji, nade wszystko zaś nowych zwolenników. Skoro napisałem: święto rodzinne, wypada mi dodać, że i ja czuję się z tą rodziną związany, zatem, że może to być również, przynajmniej częściowo, moje własne święto. Zawsze stałem blisko Konkursu, to znaczy społecznego ruchu w obronie piękna mowy polskiej, kultywującego tę mowę i dającego jej pięknu głos publiczny. Bywałem jurorem, doradcą, sprawozdawcą, propagatorem, a że Konkurs nigdy nie uległ manierze przesadnej oficjalności, mogę powiedzieć, iż byłem jego bezpośrednim uczestnikiem. Jakie więc myśli nasuwa mi stosowna okazja?

 

Zrodził się ów ruch spontanicznie, jak to często w naszej kulturze bywa, w nazwie jednego człowieka – Jerzego Mikke, a swoją własną społeczną energią prędko przerósł jednostkowe oczekiwania. Ciężar pracy nad początkowymi losami wziął na siebie Eugeniusz Wyszkowski, wtedy pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, dziś zagubiony w niepamięci. Myśli jego i zamiary podjęli później i rozwinęli, wciąż szukając nowych pomysłów, kształtów i form organizacyjnych, tacy oddani posłannictwu słowa działacze, jak Wanda Uziembło, Maria Łękawa, Lech Śliwonik, aktorzy – Irena Jun, Czesław Meisner, Tadeusz Malak, Wojciech Siemion, poeci – Julian Przyboś, Tadeusz Śliwiak, profesorowie – Jan Zygmunt Jakubowski, Zdzisław Dąbrowski.

 

Przypominam imiona, ponieważ należy im się pamięć przychodzących pokoleń, które dziś być może nawet nie wiedzą, iż uczestniczą w zjawisku, w fenomenie kultury, któremu należałoby się rzetelne, nie tylko statystyczne, ale przede wszystkim socjologiczne opracowanie. Sprawa nie jest werbalna, bywały wszakże lata, kiedy do Konkursu stawało blisko 150 tysięcy ludzi, na prawach pełnej dobrowolności, w przedziałach społecznych niezwykle zróżnicowanych: uczniowie obok chłopów, studenci obok robotników, młodzi obok starych, wykształceni obok niewykształconych. Piszę słowo „obok”, a raczej powinienem napisać słowo „razem”. Konkurs stwarzał bowiem warunki równego uczestnictwa dla wszystkich, można by nawet postawić tezę, że był to jedyny po wojnie naprawdę demokratyczny ruch umysłowy w służbie sztuki.

 

Miałem okazję poznać wielu uczestników tego ruchu, rozmawiać z nimi, dyskutować, bawić się (bo ludyczny element zabawy nie był Konkursowi obcy), wsłuchiwać się w ich motywacje i zawsze były to rozmowy ujmujące szczerością, prawdą, bezinteresownością, pozbawione wstydu uczuć i obaw przed autokompromitacją. Odnosiłem wrażenie, i do dziś je podzielam wraz z moimi rozmówcami, że Konkurs Recytatorski przez lata całe pozostawał atrakcyjną formą powszechnego, czynnego uczestnictwa w kulturze. Był jakby pomostem (a takich pomostów wciąż jest za mało) między kulturą elitarną a kulturą powszednią. Tu, w fenomenie powodzenia Konkursu, manifestowało się dążenie do jedności kultury ponad regionalizmami, statusami społecznymi, przywilejami środowiskowymi. Konkurs sięgał w głąb narodu i w sposób demokratyczny wyprowadzał na światło wartości głęboko ukryte, zawstydzone przez nieśmiałość ludzką, wartości, które bez niego skazane byłyby na zatratę. I gdybym miał szukać przyczyn powodzenia – wśród wielu z nich za najważniejszą uznałbym równość startu i partnerstwo we wzajemnej obecności uczestników. Tu można się było wykazać tylko sobą, własną pracą nad słowem, odrębnością wyobraźni interpretacyjnej. Żadne inne względy nie miały tu miejsca, co potwierdzają metryki laureatów z poszczególnych lat. Antyelitarność Konkursu nie tłumaczy, oczywiście, w pełni jego powszechnego powodzenia.

 

Przypuszczam, nie bez podstaw, że istotne znaczenie miała w tym wypadku żywa tradycja polskiej kultury ludowej, zwłaszcza śpiewaczej, teatralnej i plastycznej. Historyczne losy Polaków sprawiły, iż właśnie kultura musiała dźwigać ciężkie brzemię przechowywania tożsamości narodowej. To zresztą weszło w krew nie tylko Polakom, ale wszystkim kulturom małych, a zwłaszcza zagrożonych narodów. Więc kiedy się otwarła furtka ku pięknu słowa, zawsze mocniej prześladowanemu i tępionemu niż taniec czy śpiew, niejako automatycznie, niejako z nawyku, mimo odmiennych warunków historycznych, uchylono ją szeroko. Kultura w procesie dziejowym stworzyła własną intuicję. Tradycja chórów włościańskich, bezpieczniejsza w warunkach zaborów, musiała ustąpić miejsca sile słowa w warunkach niepodległości. Konkurs Recytatorski, krótko mówiąc, przywrócił znaczenie słowu, domenie kultury najmocniej przedtem zaniedbanej. Miało ogromne znaczenie to, iż nie było to słowo wyłącznie folklorystyczne, anonimowe, ale słowo imienne i cudze, owszem, często elitarne, ale i temu elitarnemu słowu interpretator mógł dać własną duszę. Otwarła się więc jakby szansa przed nieznanym, możliwość konfrontacji zróżnicowanych kultur w imię wspólnoty. Mówiąc obrazowo: co innego wyczyta w lirykach Norwida Zbigniew Zapasiewicz, co innego chłop spod Krosna czy uczeń z Sianowa. Wspólnota kultury na tym bowiem również polega, że pozornie elitarna myśl artysty daje się wyartykułować już to chłopskim rozsądkiem, już to aktorskim mistrzostwem. Konkurs dawał możliwość obu tym artykulacjom.

 

Otwarcie furtki ku słowu potwierdziło się nie tylko w ekspresji Konkursu, ale również – i to wcale nie jest argument z pobocza – we wspaniałym rozkwicie współczesnej polskiej poezji samorodnej, głównie chłopskiej (przykładem liryka Pocka), ale i robotniczej (przykładem liryka Borusiewicz). Na gruncie teatru przekonujących dowodów kultu słowa dostarcza teatr poezji, głównie zaś teatr jednego aktora. Te, z gruntu odmienne zjawiska artystyczne, trzeba po prostu widzieć razem, bo dopiero wtedy ujawnia się moc sprawcza Konkursu jako inspiratora powszechności i dostępności sztuki.

 

Zapędzony w pragmatyczne i społeczne motywacje Konkursu Recytatorskiego, straciłem z pola widzenia bardziej uniwersalną argumentację. Jestem pewien, że sprawa nie jest ani tak prosta, ani tak okazjonalna. Odkąd bowiem kultura wynalazła własne środki przekazu (druk, notacja muzyczna, reprodukcja), przestrzeń sztuki gwałtownie się poszerzyła. Przywykliśmy więc do sytuacji, że dzieło sztuki może być powtórzone. Źródłem podziwu i uznania stał się już nie tylko oryginalny przedmiot – wiersz, obraz, kompozycja – ale i sposób jego odtworzenia. Ucho bywa niewierne prawdzie. Rysunek naskalny, rzeźbione kurosy archaicznej Grecji, mimo ciągłego obcowania z nimi nie zmieniają wyglądów. Z mową, a więc i z poezją, jest inaczej. Poezję tworzono zanim powstały zasady jej zapisu. Wypowiadanie poezji dziś jest więc jakby nawrotem do jej form istnienia sprzed zapisu i druku, nawrotem do źródła. Nawet autorzy, w zależności od warunków zewnętrznych i własnej kondycji psychicznej, inaczej swój wiersz wypowiadają. Obserwowałem dziesiątki takich przykładów. Wniosek narzuca się jeden: autorzy szukają przyczyny wiersza, a nie siebie w nim, siebie całych. Natomiast interpretatorzy, niezależnie od charakteru i jakości tekstu, szukają w nim wyłącznie potwierdzenia siebie. Odtwórca, jako osobnik odcięty od tajemnicy rodzenia się poetyckiego tekstu, znajduje w nim tylko i wyłącznie partyturę, która mu pomaga wypowiedzieć siebie. Słowne dzieło sztuki traktowane jest więc przedmiotowo, czyli jako środek wyrażenia własnej, wykonawczej podmiotowości. Krótko mówiąc jest wtórne. Zasada tradycyjnego partnerstwa: wydrukowane – przeczytane, nadane – odebrane, zostaje zachwiana. W głośnej, brzmieniowej interpretacji pojawia się czynnik trzeci: wykonawca, jego głos, wygląd, cała fizyczność. Niema lektura, jako skutek upowszechnienia słowa przez druk, zaprzecza dynamice poezji. Niema lektura, nawet kiedy angażuje psychikę czytającego, zawsze pozostanie głębiej bierna, niż interpretacja czynna. Brzmiałoby to może banalnie gdyby nie oczywistość, iż poezja nie znosi bierności. Ona domaga się odbioru dynamicznego, sama z siebie rodzi potrzebę wysłowienia i ruchu (gestu), pragnie wrócić do swoich pierwotnych sposobów istnienia, jakimi były: śpiew, taniec, rytuał.

 

I właśnie Konkurs Recytatorski obudził tę pierwotną potrzebę. Mógł się pomylić w sposobach, ale nie pomylił się co do zasady, w myśl której poezją jest nie tylko to, co napisane, ale w równym stopniu to, co nie zapisane. Nie ma estetyki, co nie próbowałaby szukać pozasłownych form poetyckiego wyrazu. Konkurs skorzystał z tej prawdy, więcej: uczynił z niej prawidło. Dał w konsekwencji szansę energii poetyckiej znanej (lub domyślanej) sprzed jej form zapisowych, form wyrażających ekspresję osoby ludzkiej w stanie naturalnym, kiedy to poezja nie była jeszcze ani kroniką społecznego losu (to stało się później), ani dekoracją historycznych przemian (to stało się jeszcze później). Konkurs przywrócił poezji jej pierwotną emocjonalność, uczynił z niej sposób bycia w słowie, religię. Jeżeli można myśleć uczuciami, a można, to dziesięciolecia Konkursu prawdę tę potwierdziły. Niech to nie znaczy, że obcy jest mu wszelki zracjonalizowany intelektualizm. Losy Konkursu wszakże zawsze układały się tak, że wybierał on jako własne poznawanie i doświadczenie emotywne. Czymże w końcu jest, technicznie biorąc, wiersz? Cudzym zestawem słów o ściśle wymiernej, ustalonej przez gramatykę, przestrzeni. Początkiem słowo pierwsze wiersza, końcem – ostatnie. Z oglądu zewnętrznego wiersz jest zatem przedmiotem martwym. Ale czytelnik, sięgając po jakiś wiersz, znajduje się w konkretnym stanie psychicznym, sprzed wiersza, a kiedy skończy lekturę, również znajduje się w jakimś stanie psychicznym. Mamy oto do czynienia z wielokrotnością emocji co najmniej trzykrotną: sprzed lektury, w czasie jej trwania i po jej zakończeniu. W tym cała rzecz. Świat odbiorcy jest zawsze głębiej zróżnicowany i uzależniony od okoliczności, niż świat nadawcy. Wartość stała (wiersz) nie może respektować wartości zmiennych (te są bowiem w czytelniku, uwarunkowane wieloma przyczynami). Polem twórczości interpretatora staje się zatem jego własna kondycja duchowa sprzymierzona lub przeciwstawiona z dziełem poetyckim. Często np. dziwiło mnie w czasie rozmów z recytatorami, w jak wielkim stopniu gotowy poetycki tekst okazywał się zaledwie pretekstem do różnych, często całkowicie z sobą sprzecznych, jednostkowych wyznań.

 

W tym dosyć kostycznym, teoretycznym rozumowaniu wiersz napisany objawia się przede wszystkim jako inspiracja, jako podpowiedź indywidualnego wypowiedzenia się poprzez cudze dzieło. Wiersz w roli służebnej. Poeci mieliby prawo się obruszyć: jak to – instrumentem cudzej duszy uczyniono to, co ja, poeta, w męce własnej pracy stworzyłem jako kanon? Lecz nie mieliby racji. Jeśli bowiem jest prawdą, że poeta ujmuje najcelniej w słowach to, co każdy widzi, ale o tym nie wie, to musi być również prawdą, że recytator znajduje w poezji to, czego się czytelnicy domyślają, ale nie potrafią tego wyrazić. I właśnie on musi to za nich uczynić. Jest więc powiernikiem poety? Nie wiem. Wojciech Siemion powiada prosto: jestem jego sługą.

 

Ogólnopolski Konkurs Recytatorski w swoich doświadczeniach z poezją popełnił wiele błędów. Wykorzystywał mody (poezja śpiewana), narzucał tematy poetyckie (okazjonalność, okolicznościowość) itp. itd. Biorąc pod uwagę skalę zjawiska i zmienne w czasie okoliczności funkcjonowania kultury w ogóle, trzeba stwierdzić, że błędy te nie były do uniknięcia. Należałoby wprost powiedzieć, że mimo przeróżnych nacisków obronił własne, dobre i niezależne imię. Jest to w równym stopniu zasługą jego animatorów, co uczestników. Mam pewność, a nie lubię się mylić w podobnych okolicznościach, że dalej pozostanie on ruchem artystyczno-umysłowym, który jednostce daje wolność wyboru i uczestnictwa w przemianach świata. Górnie powiedziane, ale nie szukam porównań z większymi doświadczeniami życia, ponieważ nie miałyby sensu. Przemiany świata mogą być wielkie nawet, jeśli pole ich doświadczeń jest małe. Przemiany świata ku dobru, ku prawdziwej samorealizacji, ku wolności w słowie. To nie jest mało, to jest bardzo dużo.

 

Marian Grześczak 

Scena 2 (74) 2013

 

 

Tekst Mariana Grześczaka (1934-2010) jest niezwykły. Po pierwsze – niezwykły był jego autor. Grześczak zaczynał twórczą drogę w Poznaniu. Współtworzył grupę poetycką Wierzbak, był współzałożycielem i kierownikiem artystycznym studenckiego klubu Od Nowa. Potem Warszawa, a tu kolejno redakcje: „Twórczość”, „itd.”, „Poezja”, „Scena”, „Tygodnik Kulturalny”, Teatr Polskiego Radia. Cały czas związany z teatrem studenckim (autor dwóch scenariuszy dla Kalamburu), fascynat  i najwyższej klasy znawca teatru poezji i wszelakich poszukiwań teatralnych, przyjaciel ruchu recytatorskiego. Z wielką wrażliwością i równie wielką kompetencją pisał o tym i złożył w tom „Trzeci wiersz” (1973). Przede wszystkim jednak był poetą, wydał 20 tomików, w tym tak piękne i ważne jak „Lumpenezje” (najciekawszy debiut roku 1960), „Jasność” (Złoty Wawrzyn Komitetu Olimpijskiego), „Kwartał wierszy”.

Tekst jest niezwykły – to po drugie – ze względu na jego losy. Grześczak z ruchem recytatorskim był – jako się rzekło – prawdziwie zaprzyjaźniony, widział w nim najlepszego przyjaciela literatury i słowa, uznawał za najwyższy przejaw awansu kulturalnego polskiego społeczeństwa, rozumiał jego uczestników i wspierał ich pasję. Korzystaliśmy z jego kompetencji i serdeczności. Gdy na 25 OKR zamierzyliśmy wydać jubileuszową publikację, Marian był dla nas oczywistym autorem programowego tekstu. Napisał – i to jest właśnie ten tekst. Z wydawnictwa nic nie wyszło, bo przyszły zawirowania roku 1980, sprawę trzeba było odłożyć, potem zrezygnować. I oto całkiem niedawno i zupełnie nieoczekiwanie szkic Mariana prawie sam wysunął się ze stosu papierów. Nie wątpię – to jest znak: Marian chciał nam przypomnieć się w ważnym dla Konkursu momencie.

Jeszcze jedno wspomnienie. Rok 1975, do Konkursu wprowadziliśmy poezję śpiewana. Marian zadzwonił i usłyszałem zjadliwie – spokojne: Chyba zwariowałeś? Może jeszcze wprowadzisz poezję tańczoną? Tłumaczenia na nic się nie zdały, pozostał przy swoim. Minęły 22 lata. Marian wrócił z placówki w Słowacji. Co byś powiedział na zaproszenie do jury Konkursu? – zagadnąłem – to będzie finał poezji śpiewanej… Pojechaliśmy do Włocławka. Skupiony słuchał wykonawców, do późnej nocy z nimi rozmawiał. Nazajutrz wiozłem go do Warszawy. Gdzieś w połowie drogi odchrząknął głęboko i oznajmił: To było świetne. A po dłuższej chwili dodał: Więc chciałem ci powiedzieć, że nie zwariowałeś.

I tego się trzymam.

 

Lech Śliwonik 

Scena 2 (74) 2013


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko