Ryszard Tomczyk – Notatnik regionalny

0
245

Ryszard Tomczyk – Notatnik regionalny

 

Otwarcie na rzeczywistość lat 1938 – 1945/46

 

Ryszard Tomczyk         Niepodobna traktować jako przypadek zaistnienia w ostatnich latach na elbląskim rynku księgarskim tekstów dotyczących elbląskiego życia na progu zmian historycznych 1945/46. Wprawdzie o mieście czasów minionej wojny oraz zdarzeniach w jego życiu bezpośrednio po jego „oswobodzeniu” przez wojska sowieckie niejednokrotnie napomykano w utworach wspomnieniowo-pamiętnikarskich, w relacjach świadków i uczestników tamtych zdarzeń. Jak długo żyli pionierzy Elbląga, funkcjonował przekaz ustny. Siła cenzury oraz dominacja urzędowo-propagandowej interpretacji życia z tamtych lat, bynajmniej nie zachęcały ani do składania pełnych prawdy świadectw, ani do studiów historycznych czy też opracowań natury literackiej. Skądinąd uwaga próbę aktywizacji tradycji elbląskich legend i mitów najwybitniejszych badaczy dziejów Elbląga, szczególnie tych dawnych, koncentrowała się na jeszcze przedrozbiorowej i prehistorycznej przeszłości miasta. Stąd też pozycje, które aktualnie daje się nam odkrywać wśród edytorstwa ostatnich lat, przyjmujemy i z ulgą, i z wdzięcznością, należną inicjatywie usuwania „białych plam” i wypełniania zobowiązań wobec ogromnie ważnego dla naszej kondycji świadomościowo-psychicznej, składnika kompleksu rodowodowego. Myślę, że nikt już nie wątpi w zasadność rozpoznawania własnych korzeni, w potrzebę rozeznawania się w gmatwaninie naszego historycznego bytu i pogłębiania, a nieraz i weryfikowania naszej wiedzy o naszych bezpośrednich źródłach i uwarunkowaniach i to już bez mitologii właściwej konkwistadorom oraz już bez zakłamanych uproszczeń.

         Refleksję tę poprzedziło już zrecenzowanie przeze mnie interesującej ze względu na problematykę etyczno-poznawczą a zarazem próbę aktywizacji tradycji elbląskich legend i mitów, książki autorstwa (incognito – Kiliana Schmidta) pt. „Szabrownik”, wyd. w Gdyni w 2013 r. Odnoszę wrażenie, że pozycja ta nie powinna być obojętna wszystkim tym czytelnikom, którym zależy na jakimś uszczknięciu atmosfery egzystowania miasta w okresie dlań apokaliptycznym, tj. gdy dewastację niedawnej twierdzy (festung Elbing) – już po zdobyciu jej przez wojska sowieckie z premedytacją prowadziły początkowo formacje sołdackie, już to uczestniczący w tej destrukcji przybysze z głębi kraju, bandyci, szabrownicy i złodzieje.

         Do pozycji związanych z tym obszarem tematyczno-historycznym należą niewątpliwie książki od niedawna zaistniałego w życiu literackim Elbląga – Tomasza Stężały:„Elbing 1945, I i II t.”, Warszawa 2011 oraz „Porucznicy 1939 – trzy armie”, Warszawa 2011. Właściwa autorowi ambicja przedstawienia w epickim, szerokim fresku tragicznych wydarzeń dziejowych w życiu miasta w opcji zarówno niemieckich, jak i sowieckich uczestników wojny – i to w oparciu o teksty źródłowe (relacje, wspomnienia, korespondencje itp.) sprawiła, że powstała tą drogą dwuczęściowa, opracowana z rozmachem powieść, spęczniała wydarzeniami, bogata w fabułę, figury ludzkie i dramatyczne epizody. Utwór tyleż fabularny, co i historyczny. O tendencji maksymalnie obiektywistycznej i werystycznej , wolny od łatwych uogólnień, przedstawiający wojnę, bestialstwo wojenne, ale i człowieczeństwo, w równowadze, tj. po obu stronach frontu. Nasycona i najlepszą wolą autora nie poddającego się ułatwionym, propagandowym uogólnieniom, i zarazem jako artystycznie dojrzała powieść ta zdobyła I miejsce w Konkursie Literackim Fundacji Elbląg w r. 2011. Ponieważ poświęciłem jej niedawno osobną interpretację, nie znajduję tu zasadności szerszego jej traktowania.

         Jest jeszcze jedna okoliczność zwrotu ku wojennemu i tuż powojennemu w historii Elbląga obszarowi tematycznemu. Myślę, że charakter zmiany, która dokonała się w świadomości społecznej, wskutek zmian pokoleniowych i wskutek dokonywającej się już od czasu obchodów jubileuszu 75-lecia miasta, powszechnej rewizji utrwalanych niegdyś przez czynniki oficjalno-propagandowe osądów zagłady miasta w r. 1945. Wyrazem korygowania poprzednich ocen jest wyraziście stwierdzona np. u Stężały i przybierająca miejscami znamiona kompleksu skłonność do traktowania niemal na równi relacji i źródeł, pochodzących od stron zantagonizowanych, z równoczesną tendencją do ważenia ich przy użyciu tej samej, jakby nadnarodowej miary. Tendencję tę, jak i inicjatywy wydawnicze z nią związane – z uwagi na potrzeby terapeutyczne naszej historiografii i oświaty w tym zakresie – należy ocenić pozytywnie jako ważne wychodzenie z wczorajszych, nacjonalistycznych opłotków. Nie wolno nie zauważyć tkwiącego u źródeł tych tendencji innego, równie niebezpiecznego kompleksu narodowego. Jest nim skłonność do samobiczowania się, rozdrapywania własnych ran, kompleksowego przyznawania się do plemiennej niegodziwości i nazbyt gorliwego identyfikowania się z opcjami pozornie tylko nam życzliwymi i przyjaznymi. Zbyt często dziś zapomina się, że muza historii nie może być nauczycielką wyłącznie pokory i autokrytycyzmu, tj. równorzędnego traktowania racji agresorów i ich ofiar.

 

         Z książek „elbląskich”, związanych z rzeczonym tu obszarem zaszłości historycznych, w małym dotąd stopniu dotykanych piórem (także ze względu na niedostępność źródeł) chciałbym tu uwzględnić dwie. Pierwszą z nich jest opracowany edytorsko przez ks. inf. dra Mieczysława Józefczyka (przekład z jęz. niem. przez Różę Jamróz) pamiętnik ks. Paulusa Hermanna, stanowiący relację niemieckiego duszpasterza rzymsko-katolickiego, sporządzoną już po opuszczeniu Polski w r. 1946 i znany pod tytułem: „ Relacja o czasach polskich i rosyjskich w Elblągu od stycznia 1945 do maja 1946 (Gdańsk – Elbląg 2009. Drugą jest książka pt. „Elbląg czasów wojny 1939 – 1945” (wyd. URAN 2013) autorstwa elbląskiego historyka – pedagoga i dziennikarza Tomasza Glinieckiego.

 

         Autor opracowania relacji wspomnieniowych ks. Paulusa Hermanna – zgodnie z wypróbowanym i bogatym instrumentarium warsztatu naukowego wsparł się na obfitym i – jak się zdaje – pełnym materiale źródłowym dotyczącym kościoła katolickiego oraz duszpasterstwa na terenach diecezji warszawskiej, dokumentacji elbląskiej, olsztyńskiej i nie tylko. Kilkakrotnie też w swych wcześniejszych studiach pisał o działalności duchowieństwa katolickiego na tle dziejów miasta, poświęcając tamże właściwe miejsce jednemu ze swoich poprzedników zarówno w duszpasterstwie jak i gospodarowaniu (godność proboszcza) kościołem św. Mikołaja. Sporządzone jego piórem wprowadzenie do pamiętników ks. Hermanna, wraz z przypisami i komentarzami – acz tym razem ks. Józefczyk wystrzega się odnoszenia do nie wolnych od kontrowersyjności relacji twórcy pamiętnika) – to przykład roboty naukowo rzetelnej i kompetentnej, również i ogromnie ważnej dla społeczności. Choć sam edytor nie ukrywa, że tekst P. Hermanna, duszpasterza ogromnie oddanego swemu najważniejszemu powołaniu i udręczonego walką o określenie swego miejsca w skonfliktowanym wewnętrznie środowisku swych parafian, nie jest wolny od kontrowersyjności. Dokument ten – mówi prof., J. Borzyszkowski w zamieszczonym w publikacji komentarzu, gdzie traktuje ks. Józefczyka jako godnego następcę ks. Paulusa Hermanna – wzbogaca naszą wiedzę o historii Elbląga, a także o osobowościach jego dwóch duszpasterzy, tj autora i edytora tejże relacji. Skądinąd ks. Józefczyk tym razem nie wdaje się w szerszą analizę tekstu ks.Hermanna, gdyż doczekał się on już omówień krytycznych, na które wskazuje załączona obfita lista pozycji bibliograficznych.

         Ks. Paulus Hermann (1910 – 1998) przybył do Elbląga 23 X 1944, by przyjąć obowiązki pomocniczego duszpasterza przy parafii św. Mikołaja. Jego elbląskie służby, doświadczenia i przeżycia zakończyły się wraz z wyjazdem do Niemiec w r. 1946. Dwuletnia więź z Elblągiem, doświadczenie zagłady miasta, tragedii jego mieszkańców oraz Kościoła i duszpasterskiej braci, nade wszystko ogromna wrażliwość sprawiły, że długo już w Niemczech (Zewen, Herzberg, Visselhovede) nie mógł uwolnić się od koszmaru wojennych przeżyć. Stąd właśnie ów zapis grozy i refleksji z nią związanych.

         Nie podobna nie dowierzać faktom uwzględnionym w zapisie. Raczej niewiele miejsca poświęca autor sytuacji kościoła rzymsko-katolickiego pod jarzmem hitleryzmu, choć napomyka o sankcjach gestapo wobec księży, szczególnie tych, którzy narazili się niemieckim władzom bezpieczeństwa udzielając usługi duszpasterskiej również Polakom, zdegradowanym przecież do roli niewolników. Mówi o bezceremonialnym traktowaniu księży, którzy w tym zakresie podpadli władzy, o ewakuacjach, przesiedleniach i innych restrykcjach. Podstawowa jednak część relacji autora dotyczy sowieckiej okupacji Elbląga, następnie zaś pierwszego – my powiedzielibyśmy: pionierskiego – okresu egzystowania miasta pod władzą już Polaków. Dodajmy też, że w tekście od czasu do czasu padają rozróżnienia poza czy ponadnarodowe typu: komuniści, bolszewicy, naziści itp. W zasadzie jednak autor dość niechętnie wychodzi poza rozróżnienia narodowościowe: Niemcy, Rosjanie, Polacy, posługując się w tej uproszczonej typologii (dość popularnej w okresie wojny) trochę nazbyt arbitralną, a dla na Polaków nawet bolesną, bo nie pobłażającą na przykład naszej plemiennej psyche, charakterologią narodowościową.

         Odnoszę wrażenie, że optyka, w jakiej autor ujmuje autor swe bolesne, przykre doświadczenia elbląskie, jest zdeterminowana zarówno duszpasterskim, rzymsko-katolickim sposobem widzenia rzeczy, jak i przynależnością do narodu niemieckiego, w każdym zaś razie wysokim poczuciem więzi z ludźmi swej genealogii. Te dwie racje – o czym świadczą karty pamiętnika – wchodząc w ostry antagonizm – szczególnie gdy strona polska w okresie transferu do Niemiec dała duszpasterzom niemieckim szansę pozostania w Elblągu za cenę przyjęcia obywatelstwa polskiego, więc i narzuciła mu wybór – w sposób szczególny przyczyniły się do jego dramatu psychicznego. Po wewnętrznej walce – zwyciężyło poczucie solidarności z ewakuowanymi do Niemiec elblążanami, tym bardziej, że nowi gospodarze miasta nie zawsze potrafili ustrzec się urazów wobec tubylców, nawet „zmieniających skórę”.

         Ks. Hermann zdaje sobie sprawę, że jednym z istotnych czynników zagłady była zemsta za krzywdy wyrządzone przez Niemców ludności zniewolonej i nieniemieckiej . Najczęściej jednak skarży się na to, że jego ziomkowie, duszpasterscy przyjaciele i on sam byli bestialsko traktowani przez sowieckich triumfatorów i napływający do Elbląga Polaków- tylko z racji swej niemieckości Całą swoją uwagę koncentruje też właśnie na tych zbrodniach, gwałtach, upokorzeniach, które rozpoczęły się wraz z wejściem Rosjan. Jak długo trwały walki w Elblągu – mówi – tak długo mieliśmy święty spokój. Gdy tylko Elbląg padł, rozpoczął się okres straszliwych wydarzeń.(s. 35).

         Nie może dziwić fakt, że autor – właśnie z racji światopoglądu teologicznego nie jest w stanie zdobyć się na jakiś racjonalny czy choćby częściowo dialektyczny sposób interpretacji straszliwego momentu dziejowego w historii miasta. W rojącym się od przerastających wyobraźnię ludzką obrazów gwałtu, zbrodni, bezustannej grabieży, dewastacji itp. nie brak również refleksji dotyczących sensu zrządzonej miastu apokalipsy. Wprawdzie Rosjanin – czytamy – nawoływał przez megafony: „My przynosimy pokój, wolność, pracę i chleb”, było to jednak kłamstwem, tak jak i ten cały bolszewizm okazał się kłamstwem i zwodniczą maską szatana. Nadszedł czas straszliwy, którego nikt z nas do końca życia nie zapomni. „Misterium iniquitatis”, tajemnica nieprawości objawiła się nam w niewyobrażalny sposób. My jako kapłani, staraliśmy się wprawdzie zrozumieć człowieka, jak i ten świat pogrążony w otchłani i wyprowadzić z niej dusze na drogę do nieba, lecz w tej sytuacji wszystko było daremne. Wydawało się , że to nie ludzie, lecz jakieś moce piekielne walczą, a wszelkie odruchy ludzkie daremne są i brudem oblepione”.

         Waga relacji ks. P. Hermanna tkwi nade wszystko w ocaleniu od niepamięci wielu – acz nie budujących – faktów z tego tajemniczego okresu w życiu Elbląga, który taką straszliwą martwicą zalegał w naszej niepamięci czy w domysłach albo złożach zbiorowej podświadomości. Same tytuły, jakimi oznaczono tok relacji wskazują na obszar tematyczny i naturę wrażliwości oraz zainteresowań autora jako obserwatora i duszpasterza: np. Plądrowanie, Wywózki, My, duchowni w obozie, Po kapitulacji, Polacy w Elblągu, Przestępstwa dokonywane na Niemcach, Zatrudnianie Niemców, Choroby i śmiertelność, Polska to chaos, Wysiedlanie Niemców, My, duchowni elbląscy podczas rządów polskich, Naród polski i Kościół i in.

         W związku z tym, że „Relacja…” ks. Hermanna epizod elbląski sprzed bez mała siedemdziesięciu lat traktuje w opcji i w kategoriach nie wszystkim czytelnikom jednakowo czy bez reszty bliskich, na pewno wymaga dojrzałego komentarza, nie mówiąc już o życzliwości ze strony zarówno katolickich jak niekatolickich odbiorców tekstu. Zresztą sam autor niejednokrotnie dał wyraz chrześcijańskiej życzliwości wobec, skądinąd ocenianych bardzo surowo katolików strony polskiej ( w szczególności – jak się wyraził – nader szowinistycznego polskiego duchowieństwa), czego wyrazem była nie tylko

inicjatywa uczenia się (dla potrzeb duszpasterskich) polskiego języka, ale i zdolność do widzenia i rozumienia Polaków w złożoności postaw. Stąd też nie odsądzałbym od „czci i wiary” tych jego spostrzeżeń, do których w zadufaniu a ze względów emocjonalnych nie przywykliśmy. Myślę, że niejedną istotną refleksję przywoła fragment tekstu o tytule Naród polski i Kościół:

         Trzeba, mówiąc o Polakach, rozróżniać dobrze między Pomorzanami, Wielkopolanami i Warszawiakami z Generalnego Gubernatorstwa. Pomorzanie mówią lepiej lub gorzej po niemiecku, mają wiele niemieckiej krwi i niemieckiego sposobu życia. Są religijni i skłonni do porozumienia z Niemcami. Warszawiacy zwracają na siebie uwagę dzięki pozbawionej smaku pozornej elegancji i pełnej egzaltacji w zachowaniu. Nie mówią ani słowa po niemiecku i wyglądają tak, jakby przybyli z jakiegoś getta. Nie znają i nie uznają innego sposobu życia. Są fanatycznymi szowinistami. Ponieważ są leniwi, nie lubią pracować, lecz chcą dobrze żyć, stanowią duży odsetek plądrowników i pozbawionej sumienia hołoty. Są również szowinistami kościelnymi. Myślę, że nie uważają za grzech ograbienia cudzoziemca. Pomorzanie i warszawiacy nie rozumieją się wzajemnie.

         Tego rodzaju uwagi – powtarzam – nie mogą być obojętne dla rodzimych czytelników, choć nie podobna się z nimi do końca identyfikować, tym więcej, że dotyczą spostrzeżeń czynionych w szczególnych okolicznościach. Aliści nie mogą pozostawać nam obojętne jako wyraz opinii cudzoziemców – zgodnie zresztą z przysłowiem „jak nas widzą…” Wielorakie też odczucia będą towarzyszyć uogólnieniom zawartym w kolejnym fragmencie tekstu, tym więcej, że znajdujemy tu wychodzące na jaw i łatwo już rozpoznawalne pogłosy poglądów znamiennych dla Tysiącletniej Rzeszy.:

         Mimo wszystko – przyznaje P. Hermann – Polak jest katolikiem. Jego religijność nie jest refleksyjna i nawet człowiek wykształcony nie posiada wiedzy religijnej. Religijność Polaka płynie z naturalnego uczucia. Gdy uczestniczy się w polskim nabożeństwie, sprawia ono wrażenie jedyne w swoim rodzaju i cieple. Kapłanowi łatwo jest prowadzić polski lud. Jakże często, mimo mojej narodowości i niezbyt dobrej znajomości języka polskiego, miałem tych ludzi jakby w ręce i jakże często mogłem obserwować ich postępy duchowe w czasie przystępowania do sakramentów. Na podstawie tego mogę stwierdzić, że polski naród w swej istocie jest dobry i dobra ręka może go pomyślnie prowadzić. To, że naród ten szanuje niemieckich duchownych, oznacza, że pragnie takiej dobrej ręki. Naród polski dzięki swojemu instynktowi religijnemu jest silną zaporą przeciw bolszewizmowi. Już teraz daje się odczuć fanatycznie prowadzoną walkę przeciw Kościołowi, która bez zdecydowanej woli narodu polskiego przyniosłaby już znacznie większe sukcesy” (s. 62).

         W uczynionych tu dywagacjach – mimo uwag cennych i trafnych – niestety – jak już powiedziałem – nie brak uogólnień nazbyt kontrowersyjnych, wynikających z minionego już czasu. Spodziewam się, że po latach pontyfikatu Jana Pawła II i tych zmianach, które dokonały się (również i za jego sprawą) w naszym zakącie Europy, zapewne i sam Hermann nie wywiódłby już, nasyconego przecież szowinistycznym poczuciem wyższości Niemiec, uogólnienia. Jeśli zatem już zdecydowano się na polską publikację „Relacji..” P. Hermanna, z odpuszczeniem sobie słów komentarza, to przynajmniej w odniesieniu do tak oczywiście prowokujących zdrowe myślenie akapitów, należało odnieść się jakimś lakonicznym słowem.

         Nie umniejsza to wagi przedsięwzięcia, jakim jest publikacja tekstu tak soczyście odreagowującego na zło, które przeszło przez Elbląg na krawędzi dwóch etapów życia miasta. Bo przecież autor dostarcza naszej świadomości sporo szczegółów już to znakomicie egzemplifikujących nasze domysły na temat straszliwych zdarzeń z r. 1945, już to nigdy nie odnotowywanych. W samej rzeczy nie podobna nie przyjąć bez bólu obrazów wojny, zbrodni, nędzy i poniżenia, które dotknęło po prostu ludzi. Szczególnie – polskim czytelnikom, więc ofiarom zarówno wojny, jak i tzw. wyzwolenia.

 

         „Elbląg czasów wojny 1939 – 1945” – z podtytułem: „między fantazją a prawdą” – jest zestawem jedenastu opowiadań o ludziach, którzy – jak mówi autor – „podczas wojennych zawirowań zostali /…/ połączeni stykiem jednego miejsca – miasta Elbląga”. Nie stanowi zatem jakieś nowej całościowej czy syntetycznej wersji udziału Elbląga w wojnie, ale zbieraniem śladów uczestnictwa w kontekstach biograficzno-historycznych wybranych tu i materiałowo dostępnych bohaterów, niezależnie od tego z jaką siłą odcisnęli się na losach miasta i bez specjalnego określania, czy owo „odciśnięcie się” było haniebne czy też konstruktywne. Pokolenie Glinieckiego jest bowiem w wysokim stopniu zanurzone w kompleksie – o który już mówiłem – kompleksie lęku przed przefałszowaniami, nawet gdy wynikają z najlepszej woli patriotyzmu pojmowanego w sposób tradycyjny. Stąd w jego opowiadaniach niekiedy posunięty do krańcowości kult faktu i stronienie od fabularyzowania, chyba że z rozmysłem celebrowanego a to w bardzo skromnych dawkach i to w przypadkach, gdy okoliczności już niemal nakazują popuścić wodze domysłom. Dodam też, że ów kult faktu niejednokrotnie obciąża narrację utrzymaną w tonie popularyzacyjnym, gdy autor pogrąża się w szczegółach i drobiazgach biograficznych, dotyczących bohaterów (w szczególności osobistości wojskowych),w potokach nazw i numeracji związanych z formacjami wojskowymi, sprzętem wojennym etc. Jest bowiem faktem, że te partie są nie do strawienia dla odbiorców popularnych, szczególnie iż autor traktuje swą książkę jako element autorskiego cykl dla młodzieży i dorosłych w elbląskim Muzeum Archeologiczno-Historycznym.

         Metodologiczna stawka na maksymalny obiektywizm sprawia, że autor zmierza ku przedstawieniu wojny i jej uczestników z możliwie wszystkich stron.

Chcąc pokazać różne strony konfliktu – przyznaje autor – opisałem losy Polaków, Rosjan i Niemców. Od szeregowca do generała. Jest tu znany bokser i niemal anonimowy robotnik przymusowy. Jest zasłużona kobieta – żołnierka. Są dowódcy. I est w tle wojenne miasto – jak ktoś woli nazywane wówczas Elbing. Nie obawiam się pokazywania różnic, jakie do dziś dzielą trzy narody przy zapamiętywaniu zdarzeń z Prus. Co więcej, celowo eksponuję odmienność pamięci, czasem stawiając zarzuty oficjalnym zapisom historii i świadectwom propagandy, a w innych miejscach dokładając hipotezy, być może już nie do udowodnienia. Nie ma tu więc prawd absolutnych, są z to obnażone mity i niedomówienia. /…/ Uciekam jednak w treści od oceny narodowej winy i kary za tę wojnę, bo takie dylematy niech każdy z Czytelników rozstrzyga sam.

         Co do rezultatów założonej metody. Jej istotą jest – o czym powyżej – stronienie od interpretacji czy jakiegokolwiek opowiadania się po którejś ze stron „uwikłanych w konflikt” (to ładnie powiedziane) na rzecz pragmatycznej, zimnej, niekiedy też i krańcowo beznamiętnej sygnalizacji faktów. Otóż wartością książki Glinieckiego (wbrew sugestiom, które mogą wynikać z metody autora powstrzymującego się od wartościowania stron zaangażowanych – jak mówi – „w konflikcie wojennym”) nie uchylę się od komentarza oceniającego wartości jego publikacji. Oczywistą wartością ksiązki jest koncepcja zaproponowania innego, w jego odczuciu bardziej odpowiadającego świadomości człowieka , rozcieńczonego już w europejskiej, by nie rzec wszechświatowej nadnarodowości, ujęcia przeszłości. Przeszłości – dodajmy nieobojętnej odbiorcom, szczególnie elbląskim. Również i próba zużytkowania takich dokumentów oraz tych tropów i śladów, które nie zawsze kojarzyły się z Elblągiem autorom opracowań historycznych. Uderza pracowitość autora oraz duża inwencja w penetrowaniu, bibliotek specjalnych, archiwów itp. w poszukiwaniu źródeł dotąd niewykorzystywanych. Książka przybliża nam i częściowo już zapomnianych asów wojny, oficerów, dowódców a kilkakrotnie zwyczajnych, ale obdarzonych pamięcią ludzi. Uprzytamnia np., związki wysokiego dygnitarza SS R. Heydricha, zbrodniarza wojennego, z policją elblaską, wysączone z raportu z incydentów granicznych na granicy polsko-niemieckiej z tygodnia poprzedzającego wybuch wojny. Interesujące są niewątpliwie informacje dotyczące operacji niemieckich samolotów szturmowych, asów lotnictwa niemieckiego, losów wojennych niemieckiego boksera Maxa, dramatu byłego dowódcy 5 Armii Pancernej Gwardii, gen Wasilija Timofiejewicza Wolskiego czy legendarnej sowieckiej snajperki Pietrowej. Kwoli odkłamywania prawdy i burzenia świętości bez ceremonialności, ale i słusznie, ujawnia autor również i rozliczne grzechy taktyczne i strategiczne polskich dowódców okresu kampanii wrześniowej, raczej nieeksponowane w popularnych interpretacjach minionej wojny. Ale jako czytelnik książki nie mogę przejść obojętnie nad szerokimi, pedantycznymi, niczym nieuzasadnionymi i drobiazgowymi prezentacjami życiorysów szwabskich (i nie tylko) oficerów w książce przecież popularyzatorskiej i mającej pełnić funkcje edukacyjne.. Rozmyślnie użyłem tu współcześnie nieprzystojnego wyrazu „szwabski” – a to dlatego, by przypomnieć autorowi i jego „elegancczyźnie” słownikowej określenia z okresu byłej wojny i okupacji, funkcjonujące wówczas przecież nie bez przyczyny. Dodam, że tasiemcowe (a wszytko kwoli sprostania konkretom obiektywnej historycznej prawdy), pedantyczne wyliczanki, np. rodzajów broni, formacji i ich lokalizacji – są jako materiał książki popularnej nie do pokonania.

         Znamienny, ale już w tym przypadku nader niestosowny rodzaj umizgania się do „europejskości”, znajdujemy w warstwie lingwistycznej książki, w zwyczaju, który nie może nie oburzać posługujących się językiem polskim, szczególne polonistów. To używanie w stosunku do nazwy miasta Elbląg, dawnej kategorii niemieckiej „Elbing”, z równoczesnym zastosowaniem (chyba, aby i Polaków ukontentować) deklinacji polskiej, przydającej formie cech makaronizmu. Tej inicjatywy nie uzasadnia już żadna troska o wierzytelność historyczną. W warunkach powszechnego niechlujstwa językowego ( co nie znaczy , że nie akceptuję rozwojowych zmian języka) ten „proniemiecki” umizg językowy , traktuję już jako przypadek niekontrowersyjny, nb. niezbyt godny autora dysponującego ambicjami edukacyjnymi i po prostu mało dowcipny.

         Należy się spodziewać, że inicjatyw edytorskich dotyczących elbląskiego czasu wojennej zagłady i konfliktów towarzyszących w r. 1945 i 1946 budowaniu życia od podstaw będzie coraz więcej. Słowa już temu poświęcone uruchomią przecież inwencję mających jeszcze sporo do powiedzenia.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko