Rafał Sulikowski, Cztery miniatury prozatorskie

0
240

Rafał Sulikowski, Cztery miniatury prozatorskie


 

Przyjęcie pod siódmym…

Janusz HankowskiPierwsze trzy dni to aklimatyzacja, wiadomo, przejechaliśmy kilkaset km, inny klimat, wilgotność powietrza, inne jony, aniony i kationy. Idę w sobotę z miłą Justyną do “Niklasa” przy ulicy Wczasowej, bo tam jest zabawa. Taka normalna wiejska zabawa, jak za czasów Modern Talking, tyle, że bez Modern Talking. No, sorry, tańczymy jedną piosenkę Modern Talking z 2000 roku. Jednak znowu w tańcu mi nie wyszło, więc znajdują się zaraz jak spod ziemi lepsi tancerze i słusznie, bo trzeba było zapisać się – miły kretynie – choćby na jeden jedyny kurs tańca.
Koledzy się nareszcie, co za ulga, dosiadają, piją, ja stawiam Justynie piwo z sokiem, a oni nie – oni stawiają jej tylko colę. Są meta-porządni, nie kupią przenigdy nieletniej alkoholu, wiadomo – naród pijany wymiera. Można się bawić przecież bez alkoholu. Jumprezka się nakręca, by wreszcie mogła paść z ich strony propozycja nieoczekiwanej zmiany miejsc. Oto dowiaduję się, że mamy – teraz, zaraz, już, natychmiast – jechać do nich na prywatkę. Ich autem, ich furą, ich drogą jasną i prostą. Będzie basen, będzie spoko i maroko.
I w tym właśnie momencie bierze mnie jasna cholera. Mówię, że nigdzie nie jedziemy i koniec. On nalega, a ja jak zwykle jestem nieugięty, Justyna zresztą też. Po chwili nie wiadomo już kto, kogo zaprasza, co gorsza nie wiadomo też, kto jest jeszcze trzeźwy. Zresztą nie pytamy już nawet, kto jest trzeźwy, lecz kto jest bardziej pijany od mniej pijanych na ogólnej skali bycia pijanym. Kompletny pat. Celowo niezręczna cisza. Celowe zamieszanie, zagadywanie mnie przy stole, podczas gdy tamten tańczy z moją koleżanką. Nic z tego. Ani przez moment nie spuszczam jej z oka.
Im bardziej się sprzeciwiamy, tym bardziej pacjent wierzy w to, co nam proponuje. Klasyczna sytuacja: terapeuci kontra pacjent z ostrą psychozą intoksykacyjną, zwaną potocznie pijaństwem. Wreszcie daje za wygraną. Wychodzimy. A raczej czuję, że to ja wychodzę. Z siebie.

W drodze powrotnej kłótnia. Co prawda nie jestem chłopakiem Justyny, ale to ze mną poszła na disco. Więc ze mną wróci. Cała i zdrowa. “Co się tak boisz?” – słyszę. “Kogo by najpierw utopili, Ciebie czy mnie?” – pytam spokojnie. “Ciebie.” Lecz również słyszę, że “oni są spoko.” “Skąd wiesz?” “Nic by nam nie zrobili”. “Dobrze, pójdę ja, ale Ty pójdziesz do domu.” “Nic by Ci nie zrobili.” “Właśnie – mi nie, to dobrze
powiedziałaś.” Po drugiej kłótni w lesie w czasie powrotu z kolejnej nocnej wyprawy we dwoje na plażę coś zaczynam rozumieć.
Jestem po prostu głupi. Po prostu uprzedzony do niewinnych aniołków. Mam kompleksy z dzieciństwa. Babcia nie mogła zastąpić mamy. Może faktycznie
byli to niewinni aniołowie, zesłani, aby nam otworzyć oczy na fakt, że wszędzie widzę zagrożenie. Może powinienem pójść sobie z “Niklasa”, zostawić Justynę przed samymi jej urodzinami pomiędzy aniołkami…
Teraz w środku czuję siódmym zmysłem, że dobrze postąpiłem. Nie mogłem inaczej. Wyszedłem na kretyna, kompletnego ignoranta, nie czującego zupełnie kodów, znaków, niuansów, niech tak będzie, amen. Może powinni mnie nasi mali mili chłopcy przewieźć swoim BMW i solidnie w lesie nastraszyć, a potem
uśmiechnąć się i poklepać – widzisz, kretynie, o tu wykopaliśmy dla was dół w lesie, ale dziś jest akurat amnestia i dlatego darujemy wam łaskawie życie. Zamiast was mamy innych frajerów, którzy chętnie z nami zatańczą… I popływają w odkrytym basenie. Z falą. Wychodzi na to, że ktoś uratował nam życie…a miało być tak ciekawie, jaka szkoda…Nuda.
A może nie było wcale żadnej zabawy w Niklasie? Nie poszliśmy tam wcale, podobnie jak nie byliśmy razem w nocy w lesie, śpiewając piosenki Manaamu? Nie było żadnego tańca, nie było też kłótni. Może to wszystko, ten bar, las i cały obóz to tylko mi się przyśniło? Śpij słodko, rano obudzisz się całkiem trzeźwy i zdrów jak ryba.
Las został, w nim pozostali chłopcy z placu Broni w swoim aucie, a my wróciliśmy do pensjonatu. Reszta jest historią, która nie lubi się powtarzać…

 

 

Z ostatnich dni…

 

Miałem dość mego kochanego miasta, wsiadłem w busa jak Stachura i wyjechałem. Na wsi pewnego dnia rano budzę się i czuję, że jak nie przestanę palić, to koniec. Resztką sił szedłem wiejską drogą do punktu aptecznego, żeby kupić szybko plastry antynikotynowe. Nie było. Wracam i ogarnia mnie rozpacz. Myślę: idę do domu i spać, niech się dzieje, co chce. Idąc tak nagle widzę, że zatrzymuje się srebrny samochód z czarnymi szybami. Cofa na awaryjnych i poznaję wujka. Pyta, czy podwieźć mnie czy idę sam. Chcę powiedzieć, że nie, ale zmieniam zdanie i wsiadam. Nagle czuję, jak wszystko przechodzi – wszystko. Jakby ktoś mi wrócił życie. jedziemy do marketu, zostaję w aucie, z tyłu pies wujka, on sam poszedł do sklepu po papierosy. Czekam i palę. Wraca. Wtedy zaprasza mnie na herbatę. Pijemy i rozmawiamy o dawnych czasach i fiordach norweskich oraz Kopenhadze. Potem zapraszają mnie na obiad i wracam do Krakowa. Po wczorajszej próbie chóru kolejna akcja. Tym razem pralka. Jedziemy ze znajomą na Siemomysła, kupujemy używaną pralkę z gwarancją na 1 miesiąc, koleś pomaga załadować do bagażnika, mieści się. Kurs: Bielsko-Biała. Jedziemy zakopianką, Kalwaria, Wadowice, Andrychów, Kęty i Bielsko. Bez problemu znajmujemy ulicę Grażyny, blok z nr 17, mieszkanie, otwiera nam miły chłopak. Pomaga wnieść pralkę, w pewnym momencie czuję, że spocone dłonie nie utrzymają pralki. Udało się. Montujemy, działa, woda, prąd, i te de. Dostaję od żony chłopaka szklankę wody mineralnej, widzę zdjęcie ślubne, są niedawno razem. Dwa rowery w przedpokoju, na półce “Zanim powiesz kocham”. Opowiadają nam o podróży do Albanii. Kraj biedny, ale zamiast mieszkań wolą mieć samochody warte dwa polskie mieszkania. Poza tym uprzejmi, jeszcze przed kapitalizmem, kandydują dopiero do Unii, gdzie wejdą 1 lipca 2013. Kiedy ktoś nie ma noclegu, nagle spod ziemi wyrasta Albańczyk i nocleg się znajduje w try-miga. Jacyś tacy…inni. I można mieć za 600 zł niezłe wakacje, tylko jedzenie po swojemu. Żegnamy się, pewnie na zawsze, choć chciałoby się jeszcze kiedyś zobaczyć. Jedziemy ulicą 1-go Maja, potem Krakowską. Koło Kalwarii skręcamy w dróżkę i odwiedzamy działkę, przepiękną, w pięknym miejscu, z widokiem na wieże klasztoru w tle. Trawa rośnie wysoko, oferuję skoszenie, trzeba będzie użyć kosy, kosiarka nie wjedzie. Pośrodku działki drzewa, kilkadziesiąt lat, i zrobiony przez Irenę stolik, gdzie można zagrać w brydża. Cały chór jest w tym momencie zaproszony na ognisko. Trzeba je będzie zrobić z polnych lub rzecznych kamieni. Jak na Pytlówce…W Krakowie żegnamy się pod Carrefourem w miejscu dawnego Solvayu. Idę na tramwaj linii 8 i…spotykam Stefana z basów. Okazuje się, że nie mam drobnych do automatu, lecz dostaję dwa złote. Oddam z procentem. Jedziemy, rozmawiamy. Umawiamy się, że oddam na dworcu 25.07.12 na peronie, kiedy będziemy wyjeżdżać do Malborka. Wysiadam na Kalwaryjskiej. To były niezwykłe dni.


 

Wieczorny spacer…

Wziąłem wszystkie rzeczy, klucz i komórkę. Pozamykałem wszystko. Całe życie stało mi w pamięci wraz z kałużą melancholii. Jeszcze raz postanowiłem wywinąć się kostusi i oszukać przeznaczenie. I urwać łeb hydrze.
Droga wiodła nad Wisłą, brzegiem, trotuarem i potem Aleją Pokoju. Pamiętałem miejsce, gdzie niedawno samochodem KIA dowoziłem posiłki dzieciom z depresjami, schizofreniami czy autyzmem. Teraz sam pogrążony w czarnych myślach, które na dokładkę co jakiś czas znikały, szedłem, by wywinąć się – jako się rzekło – kostusi. Bramka na ulicy Cystersów, kod 1212, złote drzwi, podwórko w nowym budownictwie, gabinet, podświetlone miejsce. Wieczór, rześkie powietrze, ostatni pet i wchodzę z bagażami. Psychiatra otwiera i wita mnie. Ja witam jego, on mnie, witamy się. Na ścianie dwa skrzyżowane miecze, retorta, gdzie wytapia się złoto, czarny kot macha ogonem na szafie, na stoliku pokrytym zielonym suknem przezroczysta kula. Obok kielnia i cyrkiel, a pod oknem kozetka. Zdejmuję kulę ze stolika i stawiam obok. Psychiatra pyta, czy jestem gotowy. Jestem. Albo stąd wyjdę żywy i zdrowy, albo podjedzie karawan. Tak postanowione. Zdejmuje dwa miecze i jeden mi podaje. Biorę do ręki, oglądam, dawno nie ćwiczyłem, jakieś czterysta lat. Lecz psychiatra nie daje czasu do namysłu – krzyżujemy miecze. W gabinecie rozlegają się pojedyncze uderzenia metalu o metal, stali o stal, żelaza o żelazo. Robię uniki, w bok, w prawo, lewo, atakuję do przodu. On mimo, że ma na sobie błękitny płaszcz z gwiazdami, lekko i zwinnie uskakuje, krzesło, stół, kozetka, znowu krzesło. Obracamy się, stuknięcia stają się coraz bardziej pewne, miarowe, tępe. Po chwili podaje mi dłoń i uśmiecha się. Dobry jesteś. Witaj w naszym świecie. Teraz zaprasza mnie do stolika, kula ląduje z powrotem na miejsce, będzie jeszcze potrzebna. Wchodzi jakaś dziewczyna i podaje mi trunek w kielichu. Uśmiecha się tajemniczo, po czym oddala się i znika w głębi. Zdejmuję resztki ubioru, który dostałem przed walką. Teraz słucham. Pada pytanie, czy wiem, jaką drogą idę? Nie. Czy wiem, że wyższe instancje mnie od dawna bacznie obserwują i wiedzą o mnie wszystko. Wali mnie to, mówię, walę wszystkie instancje, ja czuję bezsens i walczę o życie. Dlaczego chcesz żyć? Chcę. Żeby zaliczać panienki? Psychiatra dociska coraz dalej. Nie. Wystarczą te zaliczone. Jak chcesz żyć? Inaczej. Słowo? Słowo. Podpisz. Wal się, nic nie podpisuję w tej dziwnej komnacie. Jestem wyznawcą Chrystusa, nie trzech magów w szopce. To jakaś szopka. Chcesz żyć? A co, nie? Chcę. Nie chcę umierać i tyle. Słuchaj. Wielu nam już tak obiecywało, że trala la inaczej żyć, a potem co? Kończyli w bagnie. Dajcie mi leki, to będę żył. Żadnych leków. Od dzisiaj dostajesz to – i tu psychiatra podaje mi zalakowaną kopertę. Wygląda na starą, pytam, co to znowu, coś dla wybranych, pamiętaj, wiemy o Tobie więcej niż myślisz. Nie stworzyliśmy cię, żebyś zaliczał panienki i cieszył mordę na koncertach Metaliki. Więc od dzisiaj pracujesz dla nas. Kim jesteście? Nie bój się, dobrzy ludzie. Tralala, a kto wysadził WTC? Na pewno nie my. Słuchaj wybrańcu, pamiętasz jak wtedy wyleciałeś z dominikanów i zadzwoniłeś na 112? Wieźli cię, a Ty sobie myślisz: “E tam, Boga nie ma, to koniec”. No więc to On nas posłał, a my oddamy Mu Ciebie całego i zdrowego. Jeszcze raz mówię, najpierw przeczytam, nic nie podpiszę in blanco. Czytaj, wiemy, że babcia Cię uczyła, tak jej kazaliśmy. Psychiatra podaje mi kawałek pergaminu: “od dziś żyję inaczej. Czynię dobro, pomagam słabszym i nie zaliczam panienek.” I co mądralo, takie straszne? Nie wygląda to podejrzanie, więc biorę pióro z kałamarza i maluję zygzak. Żeby się odpierniczyli. Teraz dalej: zaraz pójdziesz schodami na górę, wejdziesz do komnaty, tam podadzą ci napój. Wypijesz jednym haustem. Poczujesz się euforycznie, to normalne, nie bój się – to nie trucizna. Wybrańcy bogów mają najlepsze specyfiki. Jeszcze jedno – wyjdziesz stąd i nigdy nie wrócisz, ani nie wspomnisz słowem nikomu. Inaczej melancholia powróci. Pożegnałem się, poszedłem i dostałem napój cienisty. Przez chwilę czułem zamęt w głowie, potem wszystko ucichło. Wiedziałem, że mówili prawdę. Zostałem uratowany, oszukałem los, wywinąłem się naszej dobrej znajomej kostusi. Szybko opuściłem gabinet. Znalazłem się na jakiejś cichej ulicy. Czułem radość. Uratowany. Wreszcie. Po tylu latach bezskuteczności. Widziałem swoje życie i jego przeznaczenie. Ktoś bardzo dobry szedł obok mnie. A wtedy, gdy był na piasku jeden ślad, on niósł mnie na rękach.

 

 

Dziewczyna z ognia…

 

Do widzenia, widzimy się w styczniu. Skacowany nieudanym Sylwestrem, którego spędziłem kompletnie pijany na jakiejś ławce w parku Jordana, postanowiłem nigdzie nie iść. Nie potrzeba mi, kurde, lekarzy, to debile, przez tyle lat nie potrafili, to widocznie nie potrafią. I tak leżąc na ławce liczyłem gwiazdy, aż podeszła jakaś panna i pyta, czy może mnie poczęstować. Czym? Papierosem, a czym? A tak, wiem, niczym, ok, spoko, niech bedzie. Wolałbym, żeby mnie wtedy poczęstowała solidnym kopniakiem, ale ok. Jakie palisz – pyta miłym głosem. A co ma pani do wyboru? Natalia jestem, mówi i powtarza: jakie palisz? Elemy zielone, mówię ze złościa, że kiedyś w ogóle zacząłem palić. Wyciaga paczkę, a mną wstrząsnął nie tyle fakt, że były to dokładnie zielone LM-y, ile to, że po raz pierwszy w życiu ktoś pierwszy do mnie zagadał. I to w takim miejscu, mysle sobie i odbieram papierocha, a ona siada, nawet nie pytając o zgodę. Zresztą i tak bym się zgodził, i tak bym sam zaproponował. Wcześniej czy później. Przez chwilę typowa cisza, kiedy pierwsze substancje chemiczne dostają się do moich płuc, stamtąd do krwioobiegu, serca, mózgu, łączą z receptorami nikotynowymi (kto i po co je na Boga tam umieścił w ogóle?). Czekamy, kto się odezwie pierwszy. Nie wytrzymuję ja: “Jak się żyje w Krakowie?” “Ach, ok, tylko ten dym dokoła, te fabryki, samochody, woda…” “No, tak, woda płynie z gór…” “Właśnie. Muszą tam strasznie ci górale ta wodę zanieczyszczać. No i ostro palić w piecach…” “Pani stamtąd?” “Mów mi Natalka, nie żadna pani….o ja pochodzę z daleka.” “Byłaś w górach?” “Byłam, byłam, gdzie to ja nie bywałam. Zapomniałam tylko zapytać górali, gdzie jest najtańszy nocleg. Ale o to to już ty zapytasz następnym razem…” Siedzę i czuję, że zaraz zwariuję. “Kim ona w ogóle jest…”-myslę niespokojnie, ale ona juz mówi: “Tak, nieraz sama nie wiem, kim jestem…tyle lat za mną, tyle przede mną…rodzisz się gdzieś, chodzisz do budy, potem przeprowadzasz hen precz, byle dalej od starych, a tam jest tak samo…potem wracasz, kiedy chłopak znajduje sobie lepszy model, nie tak jest?” “No, nie, tak, znaczy ja…” “Tak. Miałeś sporo kobiet w życiu, to dobrze powiedziałeś…niektóre platonicznie, większość nie za bardzo, ale co tam, fajnie było…dobrze, że nie musisz teraz siedzieć przy bachorach. Ale to się może zmienić. Szybciej niż myslisz…” “No, ja wiesz miałem narzeczoną, ale…” “Tak. Miałeś narzeczoną, ale wyszła za mąż po tym jak ją zostawiłeś dla jakiejś pieknej brunetki. A kiedy i ta brunetka cię olała, wezwałeś pogotowie…” Milczałem. Ona zaś ciągnęła: “Potem podawano ci neuroleptyki, co byś był normalny, to znaczy nie wierzył w przeznaczenie, a konfesjonał poszedł w odstawkę. Leżąc na sali nr 25 patrzyłeś przez okno, a był listopad i liście opadały, deszcz zacinał, a ty miałeś głupie myśli o tym, że zamiast jednej tabletki zażyć sobie więcej…a kiedy ci przeszło i cię wypuścili, poleciałeś od razu na obronę.” “Pisałem o…” “Wiem o czym pisałeś. Ja wiem wszystko. I muszę ci powiedzieć, że słabe to, jak na 11 lat pisania. Teraz napiszesz coś innego…” “Wiesz, kurcze, a może mi jeszcze powiesz, co takiego?” “Chętnie. Wrócisz zaraz do domu, do rodziców, którzy ci pomagaja, siądziesz, choć tego nie lubisz i napiszesz o dziewczynie, która zaraz pójdzie i już jej nigdy nie spotkasz…lecz która wie o tobie wszystko. I cię kocha.” Czuję, że serce mi wali, a pozostałe członki ciała napełniają się żywą krwią. “Kto mnie kocha??? Nikt. Nigdy nikt mnie nie kochał, nie kocha i nie pokocha, rozumiesz???” – wrzeszczałem, chcąc, żeby sobie poszła i dała mi spokój, bo chcę wytrzeźwieć i się wyspać. “O nie. Ode mnie tak łatwo nie odejdziesz. Nie masz dokąd.” “Że co? Mogę mieć każdą…” “Serio? A pamiętasz, jak w dziewięćdziesiątym siódmym patrzyłeś na tę piekną brunetkę i co? Poszła. Wyszła za mąż. A pamiętasz, jak w zeszłym roku tańczyłeś z koleżanką w Niklasie? I co? Wolała ratowników, a nie twoje jazdy.” Spuściłem głowę. Nie mówiłem już nic. Wtedy ona dopalając papierosa wzięła moją prawą dłoń. “Przepraszam cię. Ale czasem na was trzeba nawrzeszczeć.” “Skąd Ty to wszystko…” “Rafał…” “Skąd znasz moje imię?” Wtedy Natalia wyciągnęła jakiś papier. “No, trudno nie znać takiego autora…artykuł w Dzienniku Polskim, nr z 30 kwietnia 2000 roku…” Patrzyłem na swój pierwszy tekst. Nie do wiary, że ona go znalazła po trzynastu latach. “Wiesz, czasem się dziwię takim jak Ty. Schizofrenia schizofrenią, ale losowi trzeba pomóc…” Patrzyłem w jej twarz. Miała oblicze, w które trudno było nie patrzeć. Jak ognisty krzak. Mijały minuty. Nie wiedziałem nic. Na szczęście wyjęła długopis i napisała mi swój telefon…wstała, ja siedziałem. “Jak dojdziesz do siebie, to zadzwoń. Nie pożałujesz”. Tak, powiedziała prawdę. Nie żałuję.

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko