Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze SŁAWOMIREM ORZECHOWSKIM

0
241

Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze SŁAWOMIREM ORZECHOWSKIM  


Ma Pan na swoim koncie bardzo bogaty dorobek artystyczny, a jednocześnie nie stał się Pan celebrytą, co od lat idzie często ze sobą w parze. Dlaczego?


– Zupełnie mnie to interesowało. Celebrytyzm, to często uboczny skutek aktorstwa, ale mnie do niczego nie jest potrzebny. Zazwyczaj taki wzlot celebrycki trwa krótko i potem następuje dołek. Aktor, który jest długo na tzw. topie, pod okiem tabloidów, szczególnie narażony jest na to, że może w pewnym momencie opatrzeć się, znudzić. I widzom i reżyserom. I wtedy może spaść z wysoka, czyli boleśnie. Wszystkim nam, aktorom, grozi opatrzenie, bo nasz zawód polega między innymi na tym, że się na nas patrzy, ale aktorskim celebrytom grozi szczególnie. Z drugiej strony trzeba zachować umiar, bo jak nas jest zbyt mało, to mogą o nas zapomnieć. Najlepszy jest tu chyba złoty środek. Nie chciałbym żyć pod okiem tabloidów i plotkarskich portali.


Pana kariera natomiast toczy się miarowo, na wysokim poziomie, ale bez fajerwerków…


– Kariera! To się tak nazywa? Ja tego nie widzę jako kariery. Owszem, mam bardzo czynne życie zawodowe. W tym teatrze, w którym rozmawiamy, czyli współczesnym, gram aktualnie 19 przedstawień w miesiącu, co zwłaszcza jak na obecne czasy, gdy generalnie gra się w teatrze mniej, to bardzo dużo.


Kiedy pojawiła w Panu pierwsza myśl o wyborze tego zawodu?


– Nie uwierzy pan, ale w przedszkolu. No, może nie myśl, ale jakiś nieuświadomiony impuls emocjonalny. Wystąpiłem jako mały recytator przed publicznością, otrzymałem brawka i dobrze się z tym poczułem. Nawet wzruszyłem się sobą samym. (śmiech). Bardzo mi się to spodobało i zapragnąłem, żeby się to odczucie powtórzyło. Skojarzyło mi się to z filmami, które oglądałem, z doznawanymi wtedy wzruszeniami. Ciągle coś udawałem, grałem w wyobraźni i bardzo mnie to ekscytowało. Wytworzyła mi się w emocjach, w wyobraźni taka zbitka skojarzeniowa, że ja też tak mógłbym i tak dalej. Potem były recytacje szkolne, granie w szkolnych przedstawieniach, więc kiedy kończyłem szkołę średnią, nie miałem wątpliwości gdzie zdawać. Nikt z nauczycieli nie musiał mnie zachęcać, sam chciałem Wcześniej chodziłem do ośrodka teatralnego na warszawskiej Ochocie prowadzonego przez Halinę i Jana Machulskich, dziś trochę już owianego legendą. A po maturze pomyślnie zdałem egzamin na Wydział Aktorski warszawskiej PWST. Problem wyboru szkoły teatralnej dla mnie, warszawiaka z urodzenia, nie istniał. W grę wchodziła tylko szkoła przy ulicy Miodowej


Kto z profesorów był dla Pana najważniejszy, także z dzisiejszej perspektywy?


– W pierwszym rzędzie Zbigniew Zapasiewicz, Rena Tomaszewska, bardzo wymagająca, kochając i opiekuńcza, a poza tym oczywiście Łomnicki, Łapicki, Śląska, Mrozowska, czy młody Piotr Cieślak. No i oczywiście Jan Świderski, który reżyserował moje przedstawienie dyplomowe czyli „Męża i żonę” Fredry. Z jednym wyjątkiem, wszyscy już nie żyją.


Co Panu najbardziej utrwaliło się w pamięci z okresu studiów?


– Mnóstwo zdarzeń, rozmów, spotkań, ale o tym musiałbym opowiadać godzinami, jak każdy chyba. Może wspomnę tylko o tym, że na drugim roku, który przypadł na burzliwy okres solidarnościowy 1980/81, zrobiliśmy w grupie koleżeńskiej spektakl według prozy Wieniedikta Jerofiejewa „Moskwa-Pietuszki”, studium rosyjskiego pijaństwa i jeździliśmy po kraju, a  przygrywał nam na gitarze Jacek Kaczmarski. Zagraliśmy to chyba ponad trzydzieści razy, co jak na spektakl półlegalny, studencki, bez mała amatorski, było bardzo dużą liczbą.


Po studiach ukończonych w 1983 roku dostał Pan angaż na scenę bardzo jeszcze wtedy renomowaną, czyli do Teatru Dramatycznego w Warszawie. Co Pan tam zastał?


– Trafnie użył Pan słowa „jeszcze”. Już nie było w nim Gustawa Holoubka, który stworzył renomę tej sceny. Jeszcze było grono wybitnych aktorów, ale powoli, a potem coraz szybciej odchodzili. Nie mniej jeszcze zdążyłem zahaczyć o samą końcówkę świetności Dramatycznego, zagrać u boku kilkunastu znakomitości.


Zadebiutował Pan w Dramatycznym niewielką rolą w „Weselu Figara” Beaumarchais. Okazało się to, nomen omen, bo przez pierwszych kilkanaście lat grał Pan niemal w samej klasyce i dopiero od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych przewagę zaczął zdobywać repertuar współczesny. Proporcje się odwróciły. Dlaczego?


– Te proporcje zaczęły odwracać się już sporo wcześniej, bo pod koniec lat osiemdziesiątych, choć może nie akurat w Dramatycznym. Wtedy zaczęło się pojawiać coraz więcej współczesnych tekstów zachodnioeuropejskich czy amerykańskich. Mam wrażenie, że wiele teatrów zaczęło się nimi zachłystywać, jakby chciały nadrobić zaległości z poprzednich lat. Mówiąc obrazowo, „Samuel Zborowski” Słowackiego zaczął ustępować miejsca „monologom waginy”. I tak to trwało latami. Nie potrafię określić dokładnie, ale chyba do końca lat dziewięćdziesiątych była największa nawała brutalizmu i wulgarności w teatrach. Od początku poprzedniej dekady zaczął bardzo powolny powrót do klasyki. Myślę, że i ludzie teatru i widzowie nasycili się babraniem  bebechach psychicznych i fizjologicznych, brutalistami z Sarah Kane na czele i jej naśladowcami. Z wolna pojawiła się, chyba po obu stronach, tęsknota za czymś wzniosłym, wielkim w człowieku, szlachetnym, podniosłym, pięknym. Brzydoty mają po uszy na co dzień, wokół siebie. I tylko w klasyce można takie piękno znaleźć. Jeśli dziś gramy w Teatrze Współczesnym „Hamleta”, przez cztery godziny, przy pełnej widowni, to o czymś to świadczy. To utwór, którego finałem jest rzeź, ale pokazana nie werystycznie, nie naturalistycznie, dosłownie, lecz rzeź opowiedziana przez wielkiego artystę. Na tym polega sztuka. Nie na kopiowaniu rzeczywistości, lecz na artystycznym przetwarzaniu jej obrazu.


Po odejściu z Dramatycznego, po dwudziestu latach, przez kilka lat grał Pan na różnych scenach, m.in. w Teatrze Studio. W 2006 roku zaprosił Pana do swojego zespołu w Teatrze Współczesnym, Maciej Englert…


– Ogromnie sobie to chwalę. To idealny teatr dla kogoś takiego niecelebryckiego, skupionego na zawodzie jak ja. Maciej Englert to uczciwy artysta, bardzo szanujący publiczność, bardzo szanujący aktorów, współpracowników. Jako reżyser jest niezwykle wnikliwy, precyzyjny, skupiony, świadomy. Pracując z nim wchodzimy niejako w jego świadomość. Zbudował wokół siebie stabilny zespół aktorski. Mogę powiedzieć z dumą, że jestem jego aktorem.


Osiągnął Pan ciekawy i wcale nieczęsty rezultat jako aktor. Mając warunki zewnętrzne charakterystyczno-komediowe, rodzajowe, stał się Pan aktorem ewidentnie dramatycznym…


– To jest właśnie w moim zawodzie najciekawsze. Grać wiarygodnie wbrew warunkom. Mając moje warunki zagrać wysokiego, szczupłego, czarnowłosego amanta. Oczywiście we własnej i przede wszystkim widza wyobraźni. To prawdziwa przyjemność. Przecież tak naprawdę amantem, Don Juanem jest się w głowie, w mózgu, a nie w powierzchowności. W Teatrze Telewizji grałem kiedyś w „Klubie kawalerów” Bałuckiego w reżyserii Krystyny Jandy postać uwodziciela, nałogowego podrywacza kobiet, co wydawało się trudne przy moich warunkach. To jest najbardziej frapujące w tym zawodzie. Możliwość wcielenia się w postać krańcowo odległą od siebie. Wiem, że to brzmi jak banał, bo aktorzy często to mówią w wywiadach. Brzmi, ale dla aktora nie jest to banalne. Pamiętam, jak w jednym z filmów Wajdy rolę kobiecą grał mężczyzna, Japończyk. Pewnie część widzów to rozpoznała, część nie, ale pamiętam silny, troche perwersyjny dreszczyk, jaki to we mnie wywołało, efekt, którego nawet nie potrafię zdefiniować.


Zagrał Pan  około trzydziestu ról w teatrze telewizji, około trzydziestu filmowych i kilkanaście w serialach. Którą mógłby Pan wymienić jako szczególnie niezapomnianą?


– W związku z powtórką telewizyjną z okazji rocznicy powstania w getcie przypomniała mi się rola Schielkego w „Rozmowach z katem” w reżyserii Macieja Englerta wg książki Kazimierza Moczarskiego. Ten funkcjonariusz niemieckiej obyczajowej policji kryminalnej co prawda, jako funkcyjny, przymusowo został wcielony do NSDAP, ale nie był zwolennikiem ideologii hitlerowskiej. To był zwykły człowiek, nie będący materiałem na bohatera. Chciał przeżyć wojnę w miarę bezboleśnie, wiedzial, że musi ją przeżyć, ale  nie zapominał o swoim człowieczeństwie. Kiedy Moczarski wraca do celi zakrwawiony, skatowany podczas przesłuchania, Schielke pomaga mu, opiekuje się nim. Ma chyba jakąś rodzinę, dzieci, pochodzi ze wsi pod Poczdamem. Z tej racji, że jest niższy rangą od Stroopa, przyjmuje rolę podwładnego, obsługuje go, myje mu miskę, czyści buty. Jednak słuchając wywodów Stroopa Schielke zaczyna odnosić się do niego z coraz większą niechęcią, nawet odrazą, obrzydzeniem. Poza tym jest dla obu postaci głównych antagonistów jakby dopełnieniem, katalizatorem. Uwypukla ich cechy, bez niego byłoby to starcie tylko dwóch krańcowych antagonistów. On poszerza perspektywę spojrzenia na całą tę sytuację jako człowiek do pewnego stopnia funkcjonujący poza tym wielkim starciem historycznym.


A z ról filmowych?


– Takich też było sporo. Nie jestem w stanie wskazać jednej. Może wspomnę tylko o moim debiucie filmowym w „Psach” Pasikowskiego, gdzie grałem posła Ruteckiego. Ten film, dziś nazywany „kultowym”, to przykład na to, jak kapryśnymi prawami rządzi się sztuka, także filmowa. Kiedy kręciliśmy ten film, czułem, że może on wzbudzić kontrowersje ostrością języka, używaniem ostrych wulgaryzmów, czego wcześniej w kinie polskim nie było. Nie sądziłem jednak, że będzie to coś więcej niż gatunkowy film typu policyjnego. Szybko okazało się, że film nie tylko został polubiony przez masową widownię, ale stał się pewnego rodzaju metaforą ówczesnej Polski. Nabierał tego znaczenia wraz z upływem lat, a liczne powiedzonka z „Psów” weszły do języka potocznego. Do dziś nie mam jasnej odpowiedzi na pytanie, czy Pasikowski tak to zamyślił, czy tak mu się to samo ukształtowało.


Dziękuję za rozmowę.


Sławomir Orzechowski – ur. 6 lipca 1958 w Warszawie. Niektóre role teatralne, to m.in. w Teatrze Dramatycznym: tytułowy „Kandyd” Woltera (1985), Arkas w „Ifigenii w Taurydzie” Goethego (1989), Estragon w „Czekając na Godota” Becketta (1996), Peachum w „Operze żebraczej” Havla (1999), w Teatrze Współczesnym: Wilem w „Procesie” Kafki (2008), Selznick w „Księżycu i magnoliach” Hutchinsona (2011), Poloniusz w „Hamlecie” Szekspira (2012). Role filmowe, m.in. w „Kilerze” J. Machulskiego (1997), „Cześć Tereska” (2000), „Warszawa” D. Gajewskiego (2003), „Komornik” F. Falka (2005), „Dom zły” W. Smarzowskiego (2009), „Kret” R. Lewandowskiego (2010). Wystąpił w 15 serialach m.in. „Plebania”, „Ojciec Mateusz”, „M jak miłość”, „Glina”, „Sfora”. Od ćwierć wieku występuje w teatrze telewizji, m.in. „Ja, Michał z Montaigne” (1994), „Cezar i Pompejusz” (1996), „Miś Kolabo” (2001), „Herbatka u Stalina” (2001), „Niuz” 2003, „Rozmowy z katem” (2007).

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko