Sławomir Majewski – Gówno, nie mecenat

0
175

Sławomir Majewski


Gówno, nie mecenat (fragment)


Ryszard TomczykGdy się ma ponad pięćdziesiąt lat trudno mówić o braku doświadczenia życiowego, ponieważ suma przeżyć i refleksje, które z nich wynikają stanowią bezcenny kapitał: doświadczenie właśnie. Mam ponad pięćdziesiąt lat. Oczywiście, można przeżyć dziewięćdziesiąt dziewięć lat, kilka wojen, kataklizmów dziejowych i osobistych pozostając dziewiczym w zakresie doświadczenia, bowiem o nim decyduje refleksja nad przeżytym a nie fakt przeżycia mniej lub bardziej traumatycznych wydarzeń.

W ciągu ostatnich 20 lat dokonaliśmy niebywałego skoku cywilizacyjnego od komunistycznego bantustanu, w którym brylowały kapusta kiszona, leniwe i „towarzysz Szmaciak”, do państwa Zachodnio-europejskiego. Pomogły nam w tym – niekoniecznie w takiej kolejności – telewizja satelitarna, agencje towarzyskie, telefony komórkowe, Internet, McDonalds i paszporty dające swobodę poruszania się a więc poznawania świata, o którym do 1991 roku wiedzieliśmy na pewno, że gdzieś tam “za horyzontem, gdzie kończy się [socjalistyczny] świat” ludzie mogą mówić co chcą, żyją jak chcą a w domach mają pralki automatyczne. Taka Atlantyda niezatopiona jakby.

Ów skok kulturowo-technologiczny o którym wyżej, nasuwa mi refleksje o analogicznych procesach którym podlegały w toku dziejów wszystkie lub prawie wszystkie narody świata. Hellenowie ponieśli w obszar ówczesnej ludzkości skupionej wokół Morza Śródziemnego wszystko co najlepsze wydarzyło się w Atenach, Mykenach, Knossos i Sparcie od V wieku p.n.e. Wielokrotnie pisałem, że wszystko co w kulturze świata nastąpiło po nich [Grekach] było twórczą kontynuacją osiągnięć Hellenów.

Ludy podbite przez greckie kohorty wprawdzie niechętnie, lecz jednak przyjmowały kulturę najeźdźcy z sarisą w dłoni. Niechęć a nawet nienawiść wyrażały starsze pokolenia, młodzi przyjmowali nowinki obcych raczej z entuzjazmem starając się naśladować okupanta ale i zarazem kreatora cywilizacji (nie tylko technicznie) lepszej i bardziej zaawansowanej. Analogicznie rzecz się miała z wpływem Imperium Romanum na ludy żyjące w obszarze Mediterraneum a później cesarstwa Bizantyńskiego na tę i euro-azjatycką część świata oraz (żeby nie przynudzać) każdego mocarstwa na każdą podbitą lub zniewoloną część świata.

My, podobnie jak cała Europa i większość państw świata zostaliśmy zamerykanizowani i jest to fakt równie niepodważalny jak to, że mendel liczy sztuk piętnaście. Ale z naszą amerykanizacją wiążą się problemy natury ogólnej: zachłysnęliśmy się nią nie mając żadnego przygotowania do jej trawienia w takiej ilości i rozumienia American life of way. Internet pozwolił każdemu zdolnemu do zakupu komputera i opłaty za łącze nie tylko do swobodnego surfowania po sieci ale też – a może przede wszystkim – do wywalania przed światem swoich bebechów. Więc na blogach opisywane są godzina po godzinie, dzień po dniu szczegóły z prywatnego życia, z przebiegu pracy; refleksje, opisy zakupów; plotki i ploteczki. Eksponowane są zapiski i fotografie dziadziusia w bujaku, mamusi na plaży w Łebie, tatuś z kolegą przy budowie trasy W-Z itd. A młode pokolenie pokazuje cycki, penisy albo zamieszcza na YouTube filmik, na którym kopuluje lub masturbuje się wdzięczniej lub paskudniej ku uciesze internetowej czerni pospolitej o czołach myślami nieskażonymi.

Zazwyczaj rozwiązłość erotyczna i „upadek moralny” w historii imperiów zwiastowały ich koniec; Hellada Ateńczyków i Kreteńczyków, Roma Aeterna Rzymian, królestwo Burbonów. Czyżby wszechobecna dziś pornografia i wszechobecny brak „zasad moralnych” zwiastowały upadek cywilizacji a co za tym idzie – imperium białego człowieka? Być może. A być może, iż zbieżność dotyczy wyłącznie technicznych możliwości eksponowania dup, cycków i jajek ponieważ wspomniane powyżej „rozwiązłość erotyczna i upadek moralny” w historii imperiów nieodmiennie łączyły się z rozwojem kultury i sztuki, z osiągnięciem jakichś wyżyn, ustanowieniem nieśmiertelnych kanonów, wytyczeniem nowych obszarów i horyzontów.

Rzecz charakterystyczna: pornografom i kurwiarzom w schyłkowych czasach wszystkich imperiów zawsze towarzyszyli jacyś Fidiasze, Sofoklesi, Peryklesi, pisali Wergile, Horacjowie albo Pliniusze, pisali łajdacząc się niemożebnie jacyś markizowie de Sade albo Sacher-Masochowie, niebaczni że lud głodny nie mogące znaleźć ciastek którymi głód zaspokoi  powiedzie na gilotynę wszystkich, których głód nie dręczył.

Więc i owszem, łajdaczyli się ale tworzyli, kurwili niemożebnie ale cyzelowali literaturę i wszelaką sztukę zatem upadek obejmował tylko przedmiot władzy – władzę; ancien régime zastępował reżim nowy i poza ryjami u koryta wszystko zostawało po staremu a więc nic nowego, bo jak mawiał Ben Akiba „wszystko już było”.

Dziś tylko się łajdaczymy, ponieważ Wielka Nadzieja Białych – pokolenie lat 80/90 – to w ogólnoświatowej masie wtórni analfabeci kulturowi, dla których wyżej zacytowane nazwiska nic lub prawie nic nie mówią. Kiedy czytam niektóre teksty na rozlicznych forach w necie, ogarnia mnie rozpacz; strach pomyśleć co to będzie, gdy pewnego dnia zabiorą im prawo do prądu.

Kiedy stawiałem pierwsze chwiejne kroczki na brukowanych trotuarach PRL-u, II Wojna Światowa była wspomnieniem tak żywym jakby to było wczoraj; dla wielu była „wczoraj”, bowiem moje narodziny od śmierci Adolfa dzieliło zaledwie 10 lat zaś wytrzebiona w imię niemieckiej Rasy Panów ludność świata wynosiła ok. 4, 5 miliarda dusz. Obecnie jest nas ponad 7 miliardów i żadne AIDS, H5N1 czy Erika Steinbach skrzyżowana z wirusem Ebola nie zmniejszą populacji. Mnożymy się jak lemingi czy termity i mnożyć będziemy, ponieważ nasze prokreacyjne gotowość i ochoczość wyrażają się w postępie geometrycznym.

Jak wspomniałem, ledwie pół wieku temu na Ziemi żyło 4,5 miliarda ludzi a obecnie – grubo ponad 7 miliardów. W kontekście lawinowego rozwoju mediów i technik medialnych a szczególnie Internetu i telefonii komórkowej, pozwalających na wypisywanie wszystkiego, wszystkiego filmowanie i fotografowanie, owo młode pokolenie ma cholernego zgryza, jakiego ani ja ani moje dzieci nie mieliśmy:

– Kurwa, jakby tu zaistnieć?

Bo rzeczywiście: jak tutaj, kurwa, indywidualnie zaistnieć w czasach, w których zaistnieć może każdy i wszędzie? A takie pytania rodzą frustrację; frustrację tym większą, że powodują kolejne:

– Czym tu, kurwa, zaistnieć, skoro wszystko już zaistniało?

Przyznaję, mają zagwozdkę. Każda horda ludzka czy zwierzęca posiadają co najmniej trzy segmenty: na czele stoi Alfa, na końcu Omega a środek wypełnia magma czyli osobniki od Beta do Psi więc siłą rzeczy najbardziej eksponowane są tylko dwa wierzchołki biegunów społecznych: Alfa i Omega. Kto pośrodku, ten nic. Mierzwa, plebs, barachło, nul. A „nulem” czyli zerem jakoś nikt być dzisiaj nie chce.

Ja to pokolenie nazywam bytem retorycznym. Bytem dla bytu. Niedowartościowani? Jasne! Patrząc w lustro widzą pryszcze i dwoje uszu a między nimi Chaos. Kiedy spoglądają na nich rodzice, widzą Chaos. I pryszcze pomiędzy dwojgiem uszu. Nie widzą w nich Człowieka ani dziecka któremu oni, ich „starsi” spieprzyli życie, kiedy pracowali albo chlali na umór zamiast im czytać bajki, nosić na barana, chodzić do kina z „zestawem bajek”, na spacery z lodami i karmieniem parkowych zasrańców – gołębi przyoszczędzonym na ten cel suchym chlebem. Zamiast opowiadać o rodzinie i kreślić drzewo genealogiczne, żeby wiedział “Polak Mały”, iż nie zeszli wczoraj z palmy kokosowej, zamiast opowiadać o historii.

Kto chował urodzonych w okresie 1980-1990? To już nie moja ale moich dzieci robota. A jaka Polska chowała moje dzieci, że tak wychowali swoje? Jaki świat? Jeszcze komunistyczny czy już ten „amerykański”? Ten świat okresu przełomu, gdzie każdy (chcąc nie chcąc) siedział w duchowym i kulturowym szpagacie rozdartym, bo dokoła niby demokracja i kapitalizm, ale…

Czy ja mam jakieś wnioski? Czy mam jakieś postulaty? Nie. Dlatego czasami marzę sobie, że chętnie poszedłbym do klasztora, by w zaciszu scriptorium studiować stare inkunabuły, iluminowane pergaminy, badać kulturę, sztukę i literaturę antyku oraz średniowiecza lecz boję się, że opat zechciałby mnie zatrudnić do budowy strony www pt.: „How To Funny Be a Monk” opatrzonej bannerem z muskularnym, półnagim alumnem albo zakonną siostrzyczką prezentującą gołe cyce z brodawkami jak spodki. Wyglądam oknem, szukam na ulicach, węszę po kawiarniach, sprawdzam w gazetach i w Internecie: gdzie luminarze, koryfeusze, kreatorzy literatury i sztuki? I wołam biegając z rozwianą łysiną:

– Gdzie jesteście, współcześni Homery, Wergile, Michały-Anioły, Prousty, Joyceowie, Hemingwaye? A tu jeno głuchy śmiech pokoleń…

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko