Hanna Dikta – Okulary

0
275

Hanna Dikta

 

Okulary


Edward Hopper

 

        Teraz idziemy do dzieci! – komenderował ojciec, prowadząc nas w stronę śmietnika, w pobliżu którego, podobnie jak na większości polskich nekropolii, rozsiane były grobki najmłodszych. Kilkanaście maleńkich, łudząco do siebie podobnych mogiłek: bez napisów, czasem nawet bez krzyża. W tym miejscu zwykle kończyliśmy coroczną wędrówkę po cmentarzu.

        Ja chcę zapalić znicz! Nie, bo ja! – kłóciłyśmy się z siostrą, wyrywając sobie zapałki. Po kilku godzinach spędzonych na klepaniu „zdrowasiek” w intencji ludzi, których nigdy nie widziałyśmy na oczy, byłyśmy głodne,  zmęczone i złe.

        Uspokójcie się! – strofował nas tato zaskakująco cichym i łagodnym głosem. – Ten wieniec połóż na Jerzyka, a ten na Marysię. – Wskazywał właściwe kopczyki.

Grób chłopca był charakterystyczny: z granitowym, pochylonym do tyłu krzyżem i betonową obmurówką. Odległy od niego o kilka kwater grobek dziewczynki zawsze mylił mi się z sąsiednim, równie bezosobowym. Nie było na nim niczego, co wskazywałoby, że jest to miejsce pochówku.

        Opowiedz, tato, o dzieciach – prosiłam, kładąc na ziemi rozgrzewający się znicz. Ojciec niechętnie rzucał dwa, może trzy zdania, z których właściwie nic nie wynikało, po czym zdejmował okulary i, chrząkając, przecierał je  szybko chusteczką.

        Znów się zaparowały – burczał. – Chodźmy! – Poganiał nas w kierunku bramy.

        Po co się tak spieszysz? – dziwiła się mama, kiedy, już na ulicy, przeciskaliśmy się między stojącymi w korku samochodami. Cała Kościelna zajęta była przez wracających z cmentarza pieszych.  Ojciec rzucał jej w odpowiedzi wściekłe spojrzenie. Już sobie wyobrażałam, jak przez kolejne minuty będziemy wysłuchiwać w aucie psioczenia na „stado baranów”, które nie wiedzą, do czego służy chodnik.

Ten rytuał powtarzał się co roku – zapalanie „lampek” na kilkunastu grobach obcych ludzi: jakichś prababek, pradziadków, chrzestnych i przyjaciół z dzieciństwa, wymienianie ze spotykanymi w alejach znajomymi rodziców uprzejmości i zachwytów: „To twoje dziecko? Niemożliwe! Jak ten czas leci…”, a na koniec wizyta przy śmietniku: nasza ciekawość i taty niechęć, aby ją zaspokoić.  

            Historię Marysi poznałyśmy dość wcześnie. Może dlatego, że nie była szczególnie tragiczna: ot, kilkutygodniowe niemowlę przeziębione w czasie pogrzebu prababki. Zwłoki przez trzy dni leżały w domu, trzeba więc było wywietrzyć pokój po wyniesieniu trumny. W ogólnym rozgardiaszu nie zwrócono uwagi na przeciąg, w którym przez kilka minut leżało malutkie dziecko. Dziewczynka umarła na zapalenie płuc dwa tygodnie później.

            Los Jerzyka długo był dla nas tajemnicą. Myślałyśmy, że również zmarł jako niemowlę, grobek, w którym leżał, nie był wcale większy od  mogiłki siostry. Gdyby nie przypadek, który sprawił, że wraz z ojcem – już jako dorosłe kobiety – znalazłyśmy się w miejscu, gdzie chłopiec przeżył swoje ostatnie chwile, pewnie nigdy nie poznałybyśmy prawdy.

            To była komunia najmłodszego syna stryja. Zmęczeni siedzeniem za stołem wybraliśmy się we trójkę na spacer do sadu dziadków. Kiedy przechodziliśmy koło starej gruszy, nagle tato zatrzymał się i powiedział:

        Tu znaleźli Jerzyka.

        Jak to? Kiedy? – Spojrzałyśmy na ojca zdziwione. 

        Kiedy umierał – odparł cicho i przykląkł, żeby dotknąć ziemi. Trwał w tej pozycji przez dłuższą chwilę. Potem raptownie podniósł się z klęczek i, nie patrząc na nas, ruszył dalej. – Chodźmy, pokażę wam miejsce, gdzie pochowali niemieckiego żołnierza – dobiegł nas jego szorstki głos.

Nie interesowały nas jednak historyczne ciekawostki. 

        Opowiedz o Jerzyku, nigdy o nim nie mówisz – poprosiłam, zrównując się z ojcem krokiem.

Przygarbiony, z załzawionymi oczami, wydał mi się nagle stary i bezbronny. Gdzie podział się człowiek, którego tak się z siostrą w dzieciństwie bałyśmy? Pamiętam, jak nasłuchiwałyśmy, w jakim wraca humorze: jeśli, wchodząc do domu, pogwizdywał pod nosem, oddychałyśmy z ulgą, jeśli wołał nas, żebyśmy poukładały na korytarzu swoje buty, wiedziałyśmy, że nie obędzie się bez awantury. Nigdy nas nie uderzył, wystarczyło jednak, że krzyknął, a miałyśmy ochotę schować się przed nim do mysiej dziury.

            Teraz przystanął i sięgnął do kieszeni. Drżącymi rękami wyjął z niej portfel. Chwilę wahał się, czy go otworzyć, po czym, poganiany moim niecierpliwym spojrzeniem, wyszperał z bocznej kieszonki niedużą, zgiętą na pół fotografię. Przybliżyłyśmy się do niego.

        Ten z przodu, z odstającymi uszami to ja – objaśnił. Pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie taty z czasów, kiedy był dzieckiem. – A za mną Jerzyk – wskazał po chwili uśmiechniętego, może siedmioletniego chłopca.

Siedzieli obaj na motorze, mały obejmował starszego brata w pasie. W tle drzwi do jakiejś szopy, obok wychudzony kundelek, spoglądający jak chłopcy prosto w obiektyw. Ojciec też się uśmiechał. Patrząc na zdjęcie, uświadomiłam sobie, że nigdy nie widziałam go tak radosnego. 

        Jerzyk? Taki duży? – zdziwiłam się.

        Tak, ma tutaj osiem lat, to jego ostatnie zdjęcie.

            Wzięłam fotografię z rąk ojca i przysiadłam na trawie. Uderzyło mnie podobieństwo braci, byli niemal identyczni: te same szerokie brwi i ścięte przy skórze, niemal białe włosy.

        Opowiedz nam o nim – poprosiłam cicho.

        Tak, opowiedz – poparła mnie siostra, przysiadając obok.

Ojciec znów sięgnął po chusteczkę. Tym razem jednak rozłożył ją na trawie, nie chciał pobrudzić świątecznych spodni.

        Jerzyk urodził się dwa lata po mnie – zaczął. – Bardzo się kochaliśmy, całe dnie spędzaliśmy razem.

„Kochaliśmy się” – jak dziwnie brzmiały te słowa w ustach mojego taty. Słyszałam je tylko raz, po śmierci mamy, kiedy zapłakany próbował zapiąć sukienkę na jej stygnącym ciele. Do mnie nigdy nie zwrócił się w ten sposób. Nie pamiętam też, żeby mnie pocałował albo wziął na kolana, choć pewnie zdarzało mu się to, kiedy byłam bardzo małą dziewczynką. Zresztą podobnie zachowywał się w stosunku do Anki. Tego, że jesteśmy dla niego ważne, musiałyśmy się domyślać, nie potrafił okazać nam czułości.

        Tamten dzień wyjątkowo spędziliśmy osobno. Kolega z klasy, Kazik – zresztą też już świętej pamięci, umarł na zawał w zeszłym roku – zaprosił mnie do siebie na ognisko. Zamierzaliśmy potem spróbować dostać się do poniemieckiego bunkra. Nie chciałem brać Jerzyka ze sobą, bałem się o niego… – Przerwał i wziął z rąk siostry zdjęcie. Przez dłuższą chwilę patrzył na nie w milczeniu. – Do bunkra nie udało się wejść, przegonił nas jakiś facet z grabiami, ognisko też niespecjalnie się udało, spaliliśmy ziemniaki. Kiedy wróciłem do domu, dochodziła dziewiąta. Zaskoczyły mnie ciemne okna i zamknięte na cztery spusty drzwi. Zacząłem szukać rodziców po obejściu, ale nie było ich ani w stodole, ani w oborze. Tylko krowy ryczały wniebogłosy. Chodziłem tak po podwórku, zaglądając we wszystkie kąty dobre pół godziny, kiedy wreszcie zobaczyłem jakichś ludzi na drodze. Gdy się zbliżyli, rozpoznałem mamę, tatę i najmłodszego brata – Stefanka. Zauważyłem, że ojciec niesie coś dużego, jakby pień albo ławkę. Zacząłem biec w ich kierunku, szczęśliwy, że wreszcie wrócili, ale po chwili stanąłem jak wryty. Tym „czymś” trzymanym przez tatę okazał się Jerzyk. Miał zamknięte oczy, podarte ubranie, był cały zakrwawiony. – Mówienie szło ojcu coraz trudniej. Spojrzałam na siostrę, złapała mnie za rękę i przez chwilę trzymała moją dłoń w swojej. Pod wpływem nagłego impulsu drugą położyłam tacie na ramieniu. – Jerzyk już nie żył. Kiedy rodzice znaleźli go w rowie niedaleko naszego domu, jeszcze oddychał. Zmarł przy nich.

        Co mu się stało? – zapytała siostra.

        Pętał się po polu sąsiadów. Wpadł pod kosiarkę i nadział się na jedno z ostrzy. Kiedy Pacieje zorientowali się, co się stało, przerzucili żywego jeszcze dzieciaka przez płot, a sami, przestraszeni, uciekli do domu. Rodzice szukali go przez kilka godzin, zaszli nawet do gospodarstwa sąsiadów, ale tamci nie zdradzili się ani słowem.

        Może gdyby od razu wezwali lekarza, dałoby się go uratować… – wychrypiałam. Czułam w przełyku rosnącą gulę.

        Trudno powiedzieć, obrażenia były bardzo poważne, ale może chociaż nie konałby przez kilka godzin w samotności. – Ojciec zapatrzył się w zachodzące za horyzontem słońce. – No, musimy już iść. – Wstał, otrzepując spodnie. Szybkim ruchem wsunął zdjęcie do portfela. 

            Wracaliśmy w milczeniu.

        Ukarali ich jakoś? – zapytała Anka już pod domem stryja.

        Nie, skąd. – Ojciec machnął ręką. – Tylko matka, kiedy spotykała Paciejową na ulicy, przechodziła na drugą stronę.

        Jak ty to… – zaczęłam, ale przerwałam, widząc jego zmarszczone gniewnie czoło. Zresztą nie musiałam pytać. Wiedziałam już wszystko.

            To był jedyny raz, kiedy byliśmy z ojcem blisko. Nawet kiedy umierał, nie potrafiłam okazać mu czułości – trudno dać coś, czego się nie dostało. Tamtego majowego popołudnia pojawił się jednak we mnie cień zrozumienia. W nieufnym, wrogo nastawionym do ludzi mężczyźnie dostrzegłam nagle tamto skrzywdzone dziecko. Dziesięcioletniego  chłopca, który, tracąc ukochanego brata w tak okrutnych, niesprawiedliwych okolicznościach, doświadczył prawdziwej traumy. I który od tamtej pory nie potrafił się już uśmiechać. 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko