Zdzisław Antolski – ZAPISKI Z PLANETY LUDZI

0
39

Zdzisław Antolski

 

ZAPISKI Z PLANETY LUDZI

 

(Na marginesie książki poetyckiej Zdzisława Łączkowskiego

„Ku wzgórzom planet[1]”)

I

Poetom, podobnie jak kobietom, wieku wypominać nie wypada, nie wolno i się nie powinno tego robić. Ale w przypadku Zdzisława, który zachowuje nienaruszoną energię duchową, a trochę dekadentem był zawsze, myślę, można wypomnieć w formie pochwały, że jego obecność na polskiej scenie literackiej liczymy od dziesięcioleci. Łączkowski zawsze był inny, niepodobny do reszty poetów, chadzał jak kot swoimi ścieżkami, czasem pojawiał się w towarzystwie, zawsze delikatny, jakby się bał, żeby nikogo nie urazić, nie zadrasnąć nawet, niechcący czy nieostrożnie. Delikatny w obejściu – mawiano przed wojną.

Cykl jego pamiętników, nawiązujący przecież do „Pamiętników życia wewnętrznego” Mauriaka, pokazuje, jak wrażliwy to człowiek, ile burz wewnętrznych przebył, przeżył i pokonał, a tylko poeci wiedzą, że takie wewnętrzne wstrząśnienia kończą się czasem dramatycznie. Ale są też budulcem świata wewnętrznej wrażliwości. Wiara Łączkowskiego w Boga nigdy nie była gładka i uładzona, ona miała dramatyczne wiry i zakręty. Jak rwąca rzeka. A może jak walka Jakuba z Aniołem?

Na pewno tak, bo chodziło o wewnętrzne urazy, o to także, żeby zachować swoją tożsamość i inność, nie tracąc wiary ni nadziei. Przecież zawsze modlącego się człowieka nachodzi taka chęć, żeby się siebie wyprzeć dla Boga. Niektórzy święci mistycy (święty Jan od Krzyża) nawet wprost tak radzą w swoich dziełach. Jednak Zdzisław Łączkowski jest samorodnym mistykiem i postanowił siebie ocalić w Bogu i dla Boga, ale także dla innych.

Przede wszystkim dla siebie jako poety, twórcy. Wszak nie da się pisać, nie mając osobowości, nie mając wewnętrznych zachwytów i rozczarowań, depresji i wzlotów, uniesień i ekstaz, a potem upadków w czarną otchłań. Łączkowski jest ostrożny, chce być jasny, anielski, w pamiętnikach uchyla tylko rąbka tajemnicy na wewnętrzne niebo i piekło. Jest przy tym nadzwyczaj dyskretny, szanuje tajemnicę człowieka, także swoją tajemnicę.

Zacząłem moje pisanie o wierszach Zdzisława, które brzmi jakby zakończenie, trochę podsumowanie, a przecież to wstęp jest zaledwie do omówienia poematów zawartych w książce „Ku wzgórzom planet” (2010). Choć mam pisać o konkretnym dziele, to trudno nie wspomnieć o tym, co się wie o Autorze, o jego historii życia, o spotkaniach z nim, o odczuciu tej niezwykłej delikatności i wewnętrznej siły.

Na początku swej książki Zdzisław napisał: „Jestem szczęśliwy, że otrzymałem życie, że mogłem być z innymi na tej pięknej Planecie Ludzi. Że mogłem kochać i być blisko z człowiekiem, takim, jaki on jest, a także, iż mogłem trwać w niedosycie, tęsknocie, dramacie. Nigdy nie pojąłem siebie w pełni i dotykając, nie dotknąłem tajemnicy i Tajemnicy, gdyż jest to niemożliwe: jestem zaledwie pyłkiem małym, pyłkiem w tej cudownej Krainie Nieskończoności”.

II

Pierwszy z krótkich poematów (Łączkowski zawsze miał słabość do poematów, które w poezji są według mnie odpowiednikami symfonii w dziedzinie muzyki) zatytułowany jest żartobliwie barokowo „Wykład niby to platoński starego poety w ogrodach słońca które ślepnie”. Jest ten poemat jakby opisem sytuacji społecznej starego poety (który tą żwawą swoją starością mocno kokietuje czytelnika). Poeta stwierdza: „otrzymałem e-mail? / że zamieniony zostałem w cyfrę (…) / a co z duszą / pytam / odejdzie bez słowa / jako słowo / we wszechświecie / słowo / to kamień / kamień Sens Mądrości”. Słowo poeta traktuje jak podstawowy budulec wszechświata, zgodnie zresztą z Pismem Świętym. I oto to słowo staje się w naszej cywilizacji zdegradowane przez cyfrę. Dla chrześcijanina jest to (musi być) cokolwiek niepokojące. „Co na to Pan Bóg / Ten zawsze cierpliwy (…)”.

„ja starzec? / czy doskonały”… i poeta odpowiada: „nienasycony / nagi bezwstydnie / ułomny / wygnany / choć dumny i wielki”. Oto sytuacja człowieka w naszym elektronicznym świecie, ale też sytuacja poety: „moje ogrody / w trenach / grzechu”. Łączkowski jest zawsze z grzesznym człowiekiem, współczujący, usiłujący zrozumieć i… wybaczyć.

Starzec, mędrzec, jak przystało na wielbiciela antyku, jest nauczycielem wędrującym i nauczającym: „uczniów ciągle wielu / a grządki w chwastach (…). I tak sam poeta-mędrzec, Zdzisław Łączkowski, jest niestrudzonym pielgrzymem po kraju, odwiedzającym młodych poetów i uczącym ich trudnej sztuki pięknego słowa. Przez wiele lat Zdzisław miał swoją siedzibę w pięknej miejscowości Zagnańsk koło Kielc, u lekarza, pisarza, regionalisty, wydawcy i podróżnika – Macieja Zarębskiego. Miał tam swoją letnią bazę i chodził na spacery w świeżym leśnym środowisku. Pewnego razu spotkał poetę Andrzeja Piskulaka, który zapytał go, co Zdzisław Łączkowski sądzi o kieleckim środowisko literackim. – Macie tam jednego poetę – odpowiedział mistrz. – A kogo – zaciekawił się Piskulak. – A Zdzisława Antolskiego.

Opowiedziałem tę anegdotę nie, żeby się chwalić, choć przyznaję, że poczułem się dumny, kiedy mi Andrzej Piskulak zdał relację ze swojej rozmowy, ale żeby pokazać, że Zdzisław Łączkowski w każdej sytuacji zachowuje refleks i dowcip, a mówi to, co naprawdę myśli. Dziękuję mistrzowi za tę najkrótszą recenzję będącą pochwałą, choć wiem, że Łączkowski zna i ceni wielu poetów z Kielc, a w tej rozmowie chciał jedynie powiedzieć, czyją twórczość lubi najbardziej.

A czegóż to uczy mistrz swoich uczniów:

Lekcja pierwsza –

mrówek praca od podstaw

lekcja druga –

dekrety królowej pszczół

Oto widzimy, jak w żartobliwej formie mistrz przekazuje swoje wartości i od kogo radzi się uczyć. Od cierpliwych owadów.

tymczasem całe systemy wartości

już w prochu

granitowe kolumny

dobra

piękna

nadziei

pożera grzyb

i rdza.

Cóż więc robić, jakie jest lekarstwo na bolączki cywilizacji i współczesności:

chór starców:

myśl intensywniej:

niech nie przepadnie miłość

bo nie umiera.

III

W następnym poemacie „testament i Testament” Łączkowski zastanawia się (a właściwie medytuje, duma) nad istotą piękna:

chciałbym dotknąć

jeszcze raz w pokorze

już nie w buncie

a może i w dumie

Kiedy czytam ten poemat, nie mogę się oprzeć zdziwieniu, że ktoś w naszym czasie, w naszej rozkrzyczanej cywilizacji, jeszcze zastanawia się nad istotą piękna? Zaiste, trzeba dużo wewnętrznej siły, aby mieć w sobie chęć i potrzebę roztrząsać takie kwestie, w obliczu zagłady środowiska naturalnego, o czym poeta stale pamięta, „fitoplankton w morzach zanika”. A może to jest właśnie właściwa postawa na te czasy rozwielmożnienia się masowego kiczu? Zachować arystokratyczną dumę poety, nie brać w igrzyskach tandety udziału?  

Kiedy „komputery na podobieństwo / szpilek / budują tożsamość ludzką”, a „bogowie na Olimpie / pomarli na choroby cywilizacyjne”? Bo Łączkowski-poeta, dumny starzec, nie utracił wiary w Człowieka, „byłem / pokryty całunem / Tajemnicy / i tajemnicy / proch / niezniszczalny / jak niezniszczalne / jest piękno Kaplicy Sykstyńskiej”. Niewątpliwie wiara w człowieka jest połączona ściśle z wiarą w Boga i one się nawzajem przenikają.

IV

Następny poemat nosi tytuł „Tylko miłość” i rozpoczyna się od słów „miłość to dar nad dary / (banał poetycki)”. Następnie autor zastanawia się, jak dzisiaj odbierano by miłość Abelarda i Heloizy, czy nie jak psychiczną chorobę? Przywołuje Goethego, Norwida, Witkacego popełniającego samobójstwo na Polesiu. Powraca do „snów chłopca o ucztach platońskich” i miłości starych ludzi w wierszach Iwaszkiewicza. Na końcu stwierdza; „nie ma wieku starości / jest tylko milczenie”. Poemat ten można porównać do rysunku kreską, jakie czynił stary Pablo Picasso, rysunków erotycznych, ale niedopowiedzianych, zawieszonych na bieli kartki. I słowa-kreski Zdzisława Łączkowskiego też są niezwykle delikatne, rzucane jakby od niechcenia, a mimo to w tych kreskach widać rękę mistrza, nieomylną, która nie chybi w swoim mistrzostwie.

Bo poematy te należy umieć czytać, a właściwie odczytywać, jeden przeczyta tylko to, co widać, ale inny zobaczy ciąg dalszy, gdzie kreska się urywa, a zaczyna biel (wieczności, nieskończoności?). Poeta pyta sam siebie – „dokąd / i dlaczego / ty / właśnie ty”. Ale przecież jest to także pytanie do czytelnika i dla czytelnika. Każdy z nas przecież ciągle pyta: dlaczego ja? Czemu mnie się to przytrafiło? To życie, takie, jakie jest, jakim nas obdarowano?

V

Motyw wzgórz, świętej Góry pojawia się nader często w wierszach Zdzisława Łączkowskiego. Stąd i tytuł zbiorku „Ku wzgórzom planet”. Śmierć jako podróż ku następnym świętym górom. Bo życie i istnienie w twórczości Łączkowskiego przeniknięte są sacrum. Życie jest uświęcone i to uświęcenie nadaje mu sens, usprawiedliwia, uszlachetnia nasze grzechy i ułomności. W wierszu „Gdy będę odchodził” poeta powołuje się na swoje fascynacje antykiem: „bogini Euterpe / już na ruinach Akropolu / zagra cichutko na cytrze”, a także na swoje fascynacje literackie i muzyczne (symfonie Czajkowskiego). Kultura antyczna jest ciągle obecna w tej twórczości – jako wartość żywa.

Jednak „gdy będę umierał / przemówią tylko kamienie”, a raczej sztuka, która jest w tych kamieniach zaklęta, rzeźba. Motyw kamienia, który ma przemówić, już pojawił się w wierszu poprzednim („testament i Testament”): „pytam więc kamienia / czy długo jeszcze będzie milczał?”. Gdzie indziej poeta pisze „obejmuję w uścisku / kamień”.

Zadziwiająca jest ta fascynacja kamieniem jako symbolem tajemnicy, potencją możliwości twórczych, symbolem sztuki i filozofii, ewenementem trwania, ale przecież nie wiecznego, symbolem milczenia, tajemnicy, najprostszą formą, naturalną formą? Jeszcze jedna tajemnica poezji Zdzisława Łączkowskiego.

No, i to ostateczne oraz konieczne: mowa kamienia. Jest w tym wiara w sztukę i wiara w zmartwychwstanie poprzez sztukę. Nie można też zapomnieć o ironii. Tylko kamienie przemówią. Ale przecież kamień nie mówi sam z siebie. Potrzebny jest człowiek, który mowę kamienia usłyszy. Jest to więc także wiara w tych wybranych, którzy mowę kamienia usłyszą i zrozumieją. Czy to będzie Norwidowski „późny wnuk”? Zapewne, i taką interpretację należy brać pod uwagę. Ale chodzi też o tych wybranych, którzy milczą, ale mowę kamienia słyszą i rozumieją. To jest to grono czytających poezję, współodczuwających z Autorem, którzy nie zawsze chcą i mogą się wysłowić, ale są jak chór w teatrze antycznym, ciągle obecni i komentujący swoim odczuwaniem jego odczuwanie świata.

VI

– Co jest zdrowiem, a co chorobą? – pyta Łączkowski w poemacie „Kolejne pytania o Istotę”. Wszystko jest kołem, mówi poeta, i wszystko jest ofiarą, nienadaremną. Ten optymizm oparty na wierze, niewzruszonej wierze, zawsze mi imponował w twórczości Łączkowskiego. Jako wyraz siły wewnętrznej. Choć jako poeta przedstawiał w wierszach również chwile załamania, upadku, jednak ten sztandar wiary w jego poezji powiewa niewzruszony w każdym wierszu od dziesięcioleci.  

To jest dar, Drogi Zdzisławie!

Pisząc o świecie i Wszechświecie, o istocie cywilizacji, sensie dziejów, przecież poeta zawadzi zawsze też o swoje mieszkanie na Falęckiej w Warszawie, które „jest grotą w kamieniu / antycznym”. Cóż, nic dodać, nic ująć. Warszawska samotnia, to centrum tej poezji, tak przecież wychylonej na świat, na innych ludzi, i na Historię. Środek świata, a może Wszechświata?

Dom poety. Zawiera pamięć o jego mieszkańcu, ale też pamięć ludzkiej myśli. To twierdza wiary w moc poetyckiego słowa. W moc słowa, po prostu.

VII

W wierszu „Ikona” Łączkowski stwierdza:

ikonę pisałem

całym życiem

krwią

ciałem

wątrobą

w nagości bezbożnej.

Związki tajemne i jawne, między pięknem a wiarą. Między skarbnicą kultury, w jej różnorodności, a pojęciem Boga. Są to sprawy trudne, obrosłe w komentarze i przypisy, prawie nierozwiązywalne, trudne do ukazania. Zwłaszcza w poezji. Ale Łączkowski zakłada z góry człowieczą nieporadność, kalectwo. Pogodził się z tym, że tajemnica i Tajemnica są naszym przeznaczeniem. Co nie zwalnia Poety od stawiania pytań, odważnego, bez trwogi, ciągłego stawiania pytań. Nawet jeśli się one powtarzają w historii filozofii.

Cały ten zbiór wierszy, bardzo lekko napisany, jak rysunek piórkiem, jak kreską Picassa, zawiera wiele trudnych, nie rozstrzygniętych problemów i pytań z zakresu kultury, filozofii, antropologii i teologii. Łączkowski jest ja Sokrates, ciągle zadaje najprostsze i najtrudniejsze pytania, jakie ludzkość zadawała sobie przez wieki.

I ta pamięć jest niesamowita, pamięć kulturowa poety. Bo jeśli nie znamy odpowiedzi na odwieczne pytania, to nie znaczy, że nie powinniśmy ich zadawać, musimy tylko wyzbyć się pychy, że kiedykolwiek na nie odpowiemy: „dagerotyp złamany / na pół / Alfy i Omegi”.

VIII

W wierszu „inna rzeczywistość” poeta Zdzisław Łączkowski znów wraca do pytań o istotę człowieka i jego losu. Z goryczą stwierdza: „tyle naczytałem się / genialnych pisarzy / filozofów / o odejściach / i powrotach / Grobie pustym / niewiastach nigdy chwiejnych / zawsze z ufnością / rozum / wiara (…)”. Ma świadomość, że pytania są odwieczne: „pytania o Istotę / zadawali je swoim uczniom / starcy wspaniali / Grecy / Rzymianie / zadaje od wieków sztuka”.

Świadom, że możemy tylko stawiać pytania, bez nadziei na usłyszenie odpowiedzi, poeta zwraca się w stronę swojego życia: „czyniłem wszystko / jak mówi św. Augustyn / w dramacie / miłości / i poprzez dramat / w kroplach szczęścia / radościach / płaczu / kochałem / ja człowiek bardzo ułomny / i jak gałąź cedru / silny / wieczny”.

Zacytowałem dość obszernie, żeby nie przerywać tej swoistej poetyckiej spowiedzi, która jakby domagała się ujścia w wierszu. A przecież Łączkowski jest bardzo delikatny, nie skraca dystansu filozoficznego, nie mówi o szczegółach, o intymności, jego refleksja trzyma się poziomu filozoficznego. Choć czujemy, ze mówi to człowiek pojedynczy, mówi z głębi swojego przeżytego losu, przez zaciśnięte gardło, że nie mówi tego na wiatr, mówi też do siebie i do Boga, bo taka powinna być spowiedź.

Taką też kończy się ten wiersz piękną inwokacją, a może Inwokacją: „dzięki Tobie Panie / że trwałem na Planecie Ludzi / teraz w płomieniu / i jako płomień / (tak będzie?) / on już nie zgaśnie / w nim odpowiedź: / łatwa? / milczenie / cisza / (ostatni egzamin zdaję jednak na dwóję – / błąd na błędzie…) / mam garb / mieli te garby ci / co dawno już odeszli / będą mieć i ci co przyjdą / a przecież jestem obecny / i zdumiewająco ukryty / trwam”.

IX    

Na zakończenie zbioru poematów Zdzisław Łączkowski umieścił teksty pisane prozą. Czytam teraz „Alfabet przemijania”. Nie jest to w tradycyjnym, klasycznym rozumieniu proza fabularna (choć zawiera jej elementy), nie jest też to stricte poezja ani proza poetycka. Cóż to zatem jest, czym się charakteryzuje? Nie są to nawet wspomnienia z historii rodzinnej wzięte. Jakby nowy gatunek, stworzony przez Zdzisława Łączkowskiego, specjalnie do opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Doskonała łączność między treścią a formą. Przyleganie słów do rzeczywistości wyobrażonej, a nie stworzonej, raczej przywołanej. Przetworzonej wyobraźnią i tkliwością serdeczną.

Jest to, podobnie jak w wierszach, łańcuszek spostrzeżeń nanizanych na nieustanną refleksję: czym jest życie ludzkie, jaki ma sens, czym jest sztuka, dlaczego przemijamy? Nie chodzi o definicje. Nie chodzi o stworzenie systemu filozoficznego ani o ustalenie ostatecznych twierdzeń.

Łączkowski znajduje odpowiedź bardziej intuicyjną, poetycką właśnie, niż filozoficzną. Brzmi ona: „Wszystko odchodzi i nic nie umiera”. Bardzo piękna myśl, głęboka, zgodna z wiarą chrześcijańską, a mająca w sobie też lekkość piórka, metafory, pomachania ręką z oddali, z drugiego brzegu rwącej i huczącej u naszych stóp rzeki?

X

Zamykający cykl poematów wiersz prozą „Romowie” to perełka literacka, nawet w bogatej twórczości Łączkowskiego. Po trosze szlachecka gawęda, nostalgiczne wspomnienie rodzinne, ale przesiąknięte zmysłowym umiłowaniem życia i ziemi. Tekst jak tort, przetkany cytatami z Claudela. W dodatku sny, sny o dziadku i babci. Jak wytłumaczyć takie sny? Co nas wiąże z naszymi przodkami, jaka tajemnica genetyczna czy duchowa? Jesteśmy ogniwem w łańcuchu pokoleń, to wiadomo, ale jaka cząstka naszych przodków buduje naszą tożsamość? Dlaczego czujemy się za nich odpowiedzialni? Czy chcemy coś odkupić? Wybaczyć?

Poeta Zdzisław Łączkowski tego nie wie, on nie jest od udzielania odpowiedzi, on zadaje pytania. „Czy zwyciężę? Pokonam ten piękny dramat cierpienia? Może wówczas, gdy moja lampka oliwna zgaśnie…”.

Nie mogę się nadziwić i nacieszyć tymi słowami. Mimo pesymizmu, jaki panuje we współczesnej kulturze, Łączkowski głosi pochwałę życia, miłości, poezji, a nawet – o dziwo – pochwałę przemijania.

Zdzisławie, już zwyciężyłeś!

 



[1] Z. T. Łączkowski, Ku wzgórzom planet. Poematy. Warszawa, Staromiejski Dom Kultury, 2010.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko