Jan Stanisław Smalewski – Minął Tydzień

0
51

Jan Stanisław Smalewski


Minął Tydzień

I matura, i chęć szczera

 

 

Józef ChełmońskiZawsze w maju, gdy odbywają się matury, wracają do mnie nocne koszmary przeżywanych dawno temu emocji i frustracji związanych z osobistym jej przeżywaniem. Tyle lat, a ja wciąż boję się, co stanie się ze mną, gdy jej nie zdam.

Zostałem potem inżynierem, zrobiłem magisterkę. Wyjątkowe okoliczności towarzyszyły podjętemu przeze mnie doktoratowi, z którego potem przyszło mi zrezygnować. – Najpierw mój promotor profesor Marian Orzechowski został powołany na członka Komitetu Centralnego PZPR, a potem, gdy mimo to zgodził się ze stolicy kierować moim doktoratem, jego córka dopuściła się morderstwa. Zatrzymano ją na dworcu centralnym z walizką, w której ukryła poćwiartowane zwłoki matki.

Przekierowany zostałem wówczas do docenta Pasierba, ale ten, jako historyk przede wszystkim, uparł się, żebym odstąpił od panelowego badania kultury politycznej społeczeństwa i zajął się pierwszą sześciolatką. Wyjątkowo akurat ten temat mi nie leżał, zwłaszcza że już wiedziałem, iż potoczna wiedza o niej rozmijała się z prawdą historyczną, i stało się, odmówiłem. Wypadłem.

Zatem miałoby mi co śnić się po nocach, co do moich kwestii zdobywania wiedzy, a nie śni się nic koszmarnego oprócz matury.

Oczywiście każdy psycholog zapytany o powód tego, odpowie, że to wynik przeżytej w przeszłości głębokiej traumy. Nie jest też tajemnicą, że od lat wszyscy wiemy, że ta trauma dotyka nadal znaczną część młodych ludzi, przekładając się potem na ich dorosłe życie.

Wiemy, mówimy o tym i nic poza tym. A dlaczego? Bo ci, co najczęściej zabierają głos w dyskusji, o maturze wiedzą niewiele, albo też – jak mówią – zapomniał wół, jak cielęciem był.

Mam kilkoro wnuków. Jeden z nich, czterolatek Oliwier, zna wszystkie litery alfabetu i potrafi już liczyć do dziesięciu. A dziewięcioletni Michałek sprawniej posługuje się komputerem ode mnie. Młodzież dzisiaj rozwija się intelektualnie znacznie szybciej. Ma inne po temu warunki, od niemowlęctwa niemal zderza się z techniką, a za jej przyczyną z wiedzą, do jakiej my kiedyś dostępu żeśmy nie mieli.

Wiem, moja mama miała ukończoną przed wojną małą maturę. To na owe czasy było coś. Coś, co potem zastąpiła duża matura. Ale… minęła cała epoka, a stare zasady nadal obowiązują, mimo że dzisiaj dojrzałości wcale nie osiąga młodzież później (w wieku 19 lat), ale znacznie wcześniej niż kiedyś.

Możesz Czytelniku się ze mną zgadzać, albo i nie, a ja swoje wiem. Skoro od szczenięcych lat dzieciaki uczą się wszelakich życiowych kombinacji, uczą się życia w pazernej na pieniądze epoce, w zbiorowości ludzkiej, której towarzyszy również pazerna kultura, dlaczego nadal poddawać ją takiemu sztucznemu egzaminowi?

Tegoroczni maturzyści nawet maskotki nie mogli zabrać na egzamin. Bo mogły w nich być ściągi, nadajniki i Bóg wie (chociaż lepiej akurat Jego w to nie mieszać) co jeszcze, bo wiemy, że współczesna elektronika potrafi ciągle czymś nowym zadziwić. A przecież współczesny absolwent po szkole średniej musi się wykazać w życiu, w przyszłej pracy, wyjątkową przebiegłością i pomyślunkiem. Tego od dziecka go uczymy.

No to jak? Skoro już ma być ten egzamin, to może właśnie powinno się zezwolić na korzystanie ze wszystkiego, co jest mu do rozwiązywania współczesnych zadań i problemów potrzebne. I wtedy dopiero podejmować decyzje. – Kto jest gamoniem i nie potrafi z tego skorzystać, ten oblewa.

A tak na poważnie, jeszcze kilka zdań o tym, jak było kiedyś. – Bo o tym, jak teraz przebiega rok w klasie przedmaturalnej, przyznaję – nic nie wiem.

Kończyłem szkołę średnią w systemie czteroletniego liceum po siedmiu klasach szkoły powszechnej. I pamiętam, w tej jedenastej maturalnej klasie, z przedmiotów objętych egzaminem dojrzałości prawie niczego nowego przez cały rok nas nie uczono, tylko serwowano nam sprawdziany i powtórki. To się nazywało przygotowaniem do matury. – Najpierw powtarzaliśmy zakres klasy ósmej, potem dziewiątej i dziesiątej. Horror!

A do tego raz w tygodniu godzina wychowawcza z dyrektorem, który uświadamiał nam, jaki to olbrzymi obowiązek spada na nas, by udowodnić, że nie tylko my sami już żeśmy wystarczająco jako obywatele stali się ludźmi dojrzałymi, ale jeszcze dowieść tego, że byliśmy godni swej szkoły. Że zdobywając jak najlepsze oceny na maturze, dajemy dowód zaufania do swych nauczycieli, a utożsamiając się z nimi utożsamiamy się jednocześnie z czołówką narodu, z jego inteligencją pracującą, budującą socjalizm. I oczywiście tylko ci, co tego dowiodą najlepszymi ocenami, mogą liczyć na to, iż wraz że świadectwem dojrzałości otrzymają legitymację kandydata partii.

Nie skłamię, gdy do tego dorzucę toczoną wobec nas młodzieży małego miasteczka (Syców) kampanię na rzecz wyboru kierunku dalszej nauki, wyboru zawodu. Nasz dyrektor otrzymał potem za nią od władz miejskich medal „Za zasługi dla obronności kraju”. Aż sześciu spośród nas jedenastu chłopaków – maturzystów dało się namówić na szkołę oficerską.

Czemu wówczas, w minionej epoce socjalizmu służyła matura? – łatwo chyba sobie odpowiedzieć. A czemu, komu, służy dzisiaj, tego naprawdę nie wiem.

 

Tego faktu z minionego tygodnia pominąć nie mogę: – Jak doniosły media, nie będzie w Polsce gazu łupkowego. To znaczy gdzieś on tam nadal w ziemi jest, tylko nie tyle, co optymiści wykrzyczeli jeszcze przed rokiem. Jest go kilkakrotnie mniej, a przeprowadzone wiercenia geologiczne przez zagraniczne firmy (ostatnia; trzecia z kolei wycofała się z Polski właśnie w minionym tygodniu) ustaliły, że łupki są, tylko za głęboko posadowione, by opłaciło się je gazować.

To tak samo jak z pokładami soli, czy z węglem brunatnym. Lata temu wiele wrzawy było wokół tych tematów. I na wrzawie się skończyło.

Pokłady soli, bajecznie czystej, niemal stuprocentowej (100% soli w soliewenement prawda?) znajdują się w drugim podobno co do wielkości złożu na świecie (po Kanadzie), które rozciąga się od Legnicy po Nową Sól, Korzuchów i ma grubość od 40 do 150 metrów.

Fragment tej kopalni funkcjonuje między Głogowem a Legnicą. Byłem tam, kilometr pod ziemią. Cudownie, ale za głęboko. Sól kosztowałaby więcej od cukru. A wiesz Czytelniku ile skoczyły w górę ceny cukru?, gdy polikwidowano w Polsce cukrownie.

Płycej i niemal na tym samym obszarze zalegają olbrzymie pokłady węgla brunatnego. Ale tu znowuż, trzeba by było zdjąć z niego co najmniej czterdziestometrową warstwę ziemi. A co zrobić z ludźmi: wioskami na tym terenie? Co ze środowiskiem naturalnym? I kto na to da pieniądze?

Póki co, w mojej okolicy znakomicie rosną, jak grzyby po deszczu, elektrownie wiatrowe. W promieniu dziesięciu kilometrów przez ostatni rok przybyło ich około setki.

I tu uwaga panie Passent i panie Leszku Żuliński, żeby Panowie mnie nie zaliczyli zaraz do grona malkontentów. Ja nie narzekam, ja tylko pokazuję fakty. A że jestem starym pułkownikiem, Bóg mi świadkiem, daleko mi do jakiejkolwiek wojny: Na ramię broń!

Wiatraki, którymi jeszcze kilkadziesiąt lat temu szczycono się na Zachodzie, wędrują teraz stamtąd albo daleko w morze, albo… do Polski. A ludziska (ciemny naród – jak myślą niektórzy) jeszcze nie protestują, bo nie wiedzą.

Zakładająca je na Pomorzu i Pomorzu Zachodnim firma niemiecko-żydowska wykupuje ziemię od chłopów. W dzierżawę na dwadzieścia lat. Chłop za oddany pod wiatrak kawałek gruntu otrzymuje 2,5 tysiąca złotych miesięcznie (co dla niego jest niezwykle kuszącym luksusem), i interes się kręci.

Potem, po wygaśnięciu dzierżawy, ten kawałek zabetonowanego gruntu razem z metalową tubą (zabrany zostanie tylko generator) chłop otrzyma „w podarunku”. I może sobie z nim robić co zechce. Choćby postawić tam jakąś oborę (dla żyrafy?!).

I tak – myślę – byłoby fajnie, tylko że… każdy taki wiatrak wytwarza pole elektromagnetyczne o tak dużej mocy, że już po trzech latach w promieniu do pięciu, sześciu kilometrów przestaje tam rosnąć zboże, ginie roślinność i… cierpi na tym również człowiek.

Pazerny kapitalizm. W Polsce jeszcze ludzie w tym temacie ciemni, to należy to wykorzystać. A co tam ludzie?..

Czyja to wina panie Passent? Panie Leszku Żuliński, pan też sądzi, że należy o tym milczeć?, bo jak się mówi głośno, to pomawia się państwo?

 

Swoją drogą, przeczytałem uważnie opublikowany na naszym portalu felieton Andrzeja Waltera Los frustratos i miałem nawet ochotę zabrać głos w dyskusji. Zbyt uważnie jednak, bym się potem ze swoimi uwagami zmieścił w przeznaczonej na to rubryce.

Po pierwsze nie lubię, jak panowie sobie kadzą: Gratuluję, świetnie napisane… Gratuluję jesteś cacy, boski…, trafiasz w sedno

Guzik tam! Literat z obowiązku powinien pisać dobrze, i z profesji. I nie przysługuje mu za to żadne głaskanie po głowie. Osobiście nie znoszę tego.

A tak w ogóle, felieton został spłycony. Pan Andrzej podejmując temat, bał się najwyraźniej narazić wymienionym w nim dwóm kolegom. Posługując się uogólnieniami w odniesieniu do problemu funkcjonowania współczesnego państwa, przywołał jego platońskie i francuskie korzenie, a kompletnie zapomniał, pominął korzenie największych światowych rewolucji robotniczych w Niemczech i Rosji Carskiej.

Panie Andrzeju, to nie rewolucja francuska ukształtowała nasze współczesne państwo, tylko rozlany niemal na połowę Europy radziecki socjalizm. A kulturę, nad którą tak rzekomo trzęsiemy się my frustraci, kształtowały: radzieckie łagry, II wojna światowa, obozy śmierci, Katyń i inne miejsca kaźni polskich intelektualistów i… radziecki kurs parcia na przywódczą rolę klasy robotniczej odizolowanej biologicznie od przedwojennej inteligencji.

            My Polacy potrafimy ze skrajności popadać w skrajność. Podobno to jedna z naszych cech narodowych. Dlatego tak duża część narodu po przemianach w latach dziewięćdziesiątych szybko przeorientowała swoje nastroje z poparcia socjalizmu na kapitalizm.

Sam Lech Wałęsa – jak już pisałem o tym – w wywiadzie ze mną przyznawał, że bardzo się bał kapitalistycznej drogi. „Ta komunistyczna, totalitarna była już absolutnie nie do kontynuacji, była do obalenia, a nowej drogi widać nie było”. Jak mówił, marzyła mu się taka droga pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem. Ale… Kto ją miał zbudować?

            „Solidarność” nie marzyła o przejęciu władzy, nie przygotowywała się do tego. Była z założenia związkiem zawodowym. To spadło na nią zbyt pośpiesznie, a zadanie w sytuacji kolejnej fali odpływu inteligencji, tym razem nie przy pomocy fizycznego wyniszczenia jak za ZSRR, ale wygnania jej po stanie wojennym z kraju przez obóz Jaruzelskiego, było zadaniem niewykonalnym.

I bzdurą jest, panowie Passent i Żuliński, że obecnie państwo świetnie się rozwija. Na gruzach gmachu państwa socjalistycznego o charakterze totalitarnym, które normalnym biegiem historii rozpaść się wreszcie musiało, póki co budujemy szopę, w której wszyscy musimy się pomieścić.

Mam nadzieję, że szef portalu pozwoli mi do tego tematu powrócić w kolejnym felietonie.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko