Beata Golacik – Komentarz do lektury… „Totamea” Leszka Żulińskiego

0
51

Beata Golacik


Komentarz do lektury… „Totamea” Leszka Żulińskiego

 

Przyszło mi opowiedzieć o wyjątkowej książce, na której odbiór składają się trzy równoważne elementy: forma, obraz i tekst. Określić tę publikację przymiotnikiem „piękna”, to niewystarczające. Piękno jest pojęciem szerokim i w odniesieniu do tej książki wydaje się szczególnie nieprecyzyjnym. Spotykamy się  bowiem nie tylko i nie tyle z pozycją wydawniczą o wysokich walorach estetycznych (to możemy obserwować w wielu dziełach), ile ze zjawiskiem przenikania się różnych dziedzin sztuki, dynamicznym synkretyzmem, dzięki któremu, każdy z elementów publikacji zyskuje na wartości, jakby wzajemnie „podbijając” swoje notowania.Ekskluzywna forma – elegancja składu, jedwabista gładkość papieru, eksponują walory grafiki, ta zaś przydaje głębi zamieszczonym tekstom. To się nie zdarza często. Tomik wierszy Leszka Żulińskiego – „Totamea”, wydany przez Zaułek Wydawniczy Pomyłka, nazwałabym „książką trzech zmysłów”. Sensualność bowiem zdaje się być ważną płaszczyzną „porozumienia” między książką a czytelnikiem, z którym nawiązuje ona kontakt właśnie poprzez zmysły: dotyku, wzroku i słuchu (słowa).

 

Dlatego nie sposób nie odnieść się na początku do wizualnej strony tomiku, w którym ilustracje stanowią autonomiczną całość, jaką można „smakować” niezależnie od treści. Grafiki Teresy Babińskiej nie sprowadzają się tu do roli dopełnienia, czy obrazowania wierszy. One im towarzyszą jako odrębne dzieło sztuki. Czytając tę książkę, miałam wrażenie uczestnictwa w wernisażu, podczas którego dane mi było obserwować zjawisko „dwukierunkowej” ekfrazy, gdzie wiersze i obrazy interpretują się wzajemnie i doprawdy trudno rozstrzygnąć, czy grafiki uszczegóławiają świat przedstawiony poety, czy na odwrót – rzeczywistość obrazu przetworzona jest na język poetycki. Ilustracje do „Totamei” przywodzą mi na myśl malarstwo Marca Chagalla. Nie ma tu, rzecz jasna, odwołań do fenomenalnej kolorystyki mistrza, mamy przecież przed oczami czarno-białe grafiki z elementami w odcieniach szarości, brudnej zieleni czy sepii. Chodzi mi raczej o kształty postaci – obłość ich gestów, jakby opisanych na okręgach, elipsach, a także jakiś rodzaj uniesienia, lotu, ruchu – co zresztą dobrze koresponduje z wymową wierszy. Żałuję, że tylko w ten sposób – amatorski i zdawkowy – mogę nawiązać do kompozycji Teresy Babińskiej. Nie mam wystarczających kompetencji ani doświadczenia w omawianiu dzieł z kręgu sztuk plastycznych, a jestem przekonana, że grafiki te zasługują na profesjonalną ocenę i poświęcenie im uwagi w nie mniejszym stopniu niż prezentowane wiersze.

 

„Totamea” – jeden z piękniejszych tytułów zbioru wierszy, jaki czytałam,  zaczerpnięty z intymnego języka, którym porozumiewają się ze sobą malarz – bohater liryczny i jego modelka. „powiedziałaś kiedyś: jestem tota tua… od wtedy/ rozcieram te słowa pod językiem,” [A IMIĘ TWOJE…]. „Cała twoja” – ta deklaracja, ta obietnica przyjęta za prawdę, przekształcona zostaje w nazwę własną – „Całamoja”. Przy akompaniamencie tego imienia, przechadzamy się po pracowni artysty, który pragnie namalować kobietę, nie po raz pierwszy, jak możemy się domyślać, ale być może po raz ostatni. Wiersz rozpoczynający tom – „SZKIC NIEPEWNY NICZEGO”, wprowadza czytelnika w wewnętrzny świat bohatera, który jawi się jako swoiste studium przypadku, rozpisane na trzydzieści lirycznych odsłon, z których każda jest w zasadzie odbiciem tej pierwszej. Przytoczę więc wiersz w całości:

 

z zamkniętymi oczami rysuję cię w sobie,
na razie jest to szkic rozsypujący się na drobne.
ta ciemność – to twoje oczy, błękitna plama
– fragment bielizny, smak ust – syrop klonowy,
jego sepia przykleja się snem do oka.

 

chyba na razie nie umiem namalować tego, co chcę,
tylko wzburzone morze. ono szumi, przelewa się,
podchodzi mi do kolan, gardła, do brzegu ostateczności.

 

tam cumujesz, niedaleko mnie. Wczoraj zasnąłem
z wiosłem na twojej łódeczce. gdyby morze
przestało falować, niech ten obraz się zamknie.
może czas zatrzyma się raz na zawsze. i moja ręka,
i twój werniks na rozmazanej kanwie.

 

Mamy zatem do czynienia z dramatem twórczym i egzystencjalnym zarazem. Malarz staje wobec problemu niewystarczalności dotychczasowych środków wyrazu, jakiejś twórczej bezpłodności, powodowanej bliskością relacji, która go połączyła z modelką. Oto nagle sama wyobraźnia nie wystarcza, by przenieść rzeczywistość na płótno. Ciało wygrywa batalię z wizerunkiem, z zamysłem, wizualnym projektem. Emocje biorą górę nad artystycznym oglądem. Barwy, detale ubioru, fragmenty otaczającego świata przestają być posłuszne malarzowi, przekraczają granice zmysłów odpowiedzialnych za powstawanie obrazu, przechodzą w smak, dotyk, falowanie. Erotyka zdaje się zwyciężać nad sztuką. Do tej konfrontacji dochodzi jeszcze perspektywa nieubłaganego końca – ostateczności. Fabuła tego cyklu nie zmierza do jakiegoś określonego celu, nie doprowadza do happy end’u – obrazu Totamei nie udaje się namalować (co było do przewidzenia już na początku lektury, mam więc nadzieję, że nie popełniam wobec czytelników grzechu, ujawniając przedwcześnie zakończenie). Wiersze skupiają się na opisie rozterek bohatera, opowiadają jednak historię, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach: realnej – sceny z życia codziennego w pracowni malarskiej i poza nią; kulturowej – odniesienia do prądów w sztuce współczesnej; filozoficznej – próby dociekania istoty ludzkich przeżyć i przede wszystkim psychologicznej – zmagania podmiotu lirycznego z samym sobą. Klasyczny werteryzm, osadzony w realiach współczesności, oscylujący wokół doznań cielesnych – pożądania i niezaspokojenia, może tylko bez skłonności samobójczych, które tutaj zastąpione zostały finałowym skokiem w „odmęty hedonizmu” i deklarowanego stoicyzmu.

 

A jaka jest ta poezja? Zmysłowa – to na pewno. Pisana z, jak mi się wydaje, charakterystycznym dla Żulińskiego rozmachem – wielosłowiem, które niekiedy, w połączeniu z serią neologizmów, może trochę męczyć: a ty mi się lśnij, ty mi się rozspiżaj, rozmiedziaj,/ rozzłacaj – słońce czułe  wyzgrzytam jak sztycharz Heliosa [SZTYCH ZMYSŁOWY]. Mimo pojawiających się gdzieniegdzie próbek lingwistycznej dykcji, poezja ta pozostaje wierna dotychczasowemu stylowi Autora, przesyconemu kulturową ornamentyką, żarliwymi porównaniami czy metaforami takimi jak: wcielenie niespełnienia, eter kosmosu, Wieża Babel ciała, menora dłoni, ułuda Kolchidy, ciepło zastyga bursztynem, stoję przed sztalugą jak Tantal, leżysz jak Wenus przed lustrem…, które jednak bronią się w kontekście całej tej efektownej sfery gorących uniesień lirycznego „ja”. Owa spójność obrazowania, wydaje się najsilniejszą stroną tej poezji. Autor „Totamei” zbudował wokół swojego bohatera niezwykle wiarygodną scenerię, rozległy pejzaż malarskich detali. Dotyczy to zarówno rekwizytów, jak i pojęć związanych ze sztuką oraz licznych odwołań do rzeczywistych postaci artystycznego świata: nazwisk malarzy, filozofów, poetów, z którymi podmiot liryczny nawiązuje już to dialog (monolog), już to spiera się bądź polemizuje. A wszystko to opisane jest bogato i potoczyście, lecz naturalnie, naturalistycznie niemal i bardzo sugestywnie. Znakomicie wyczuwa się tu atmosferę atelier malarza, pulsującą jego amokiem twórczym i dyskusyjnym. Ta „artystowska” aura  unosi się nad każdym wierszem tomiku. Ale specyficzna dla Żulińskiego nadekspresyjność językowa znajduje w tych wierszach wyjątkowe uzasadnienie i działa na korzyść jego poetyckiej kreacji.

 

„Totamea” może być odczytywana jako swoisty moralitet egzystencjalny i chociaż jej charakter dydaktyczny nie szokuje oryginalnością, jak choćby w tym przykładzie: „bowiem zyskujemy także przez odejmowanie./ stoimy wszyscy w kolejce do pieca i wchodzimy weń/ jak plankton w paszczę wieloryba.” [TYLKO DYM], to możemy napotkać w tomiku kilka nieco ciekawszych obserwacji filozoficznych, jak np. tu: „wędrówka mitów jest szukaniem prawdy. religia jest/ jej umacnianiem. filozofia –  pomnażaniem. a sztuka – domysłem.” [SPACER DO SKLEPIKU]. Jednakże, przy ogólnym swym ukierunkowaniu na „memy” kulturowe i refleksyjność, poezja ta pozostaje „celebracją powierzchowności”. Bohater, w bolesnym doświadczeniu ludzkiego „bytowania ku śmierci” (Sein zum Tode), ucieka łapczywie do świata cielesnych doznań, pożądliwości, ekstaz i zachwytów – dramatycznie chwilowych. Ten neurotyczny i egotyczny „taniec zmysłów” w „krainie Hedonii” wydaje się sposobem na zagłuszenie jego wewnętrznej pustki. Duchowość sprowadza się do emocjonalności, a kobiecość pełni rolę służebną. Totamea jest modelką, muzą, obiektem – ważnym z punktu widzenia pragnień i potrzeb artysty, podobnie jak sztuka – swoistym opium uśmierzającym ból istnienia. Patrząc na nią oczami lirycznego malarza, widzimy przedmiot obiecujący rozkosz fizyczną i ekscytację uczuciową, ale dostrzegamy tylko jej powierzchnię. Obserwujemy w szczegółach, jaka jest (zwłaszcza dla poety-malarza), a nie kim jest i co przeżywa. Z takim typem bohatera tragicznego – rozpalonego „kochanka życia”, „narkomana doczesności”, którym wstrząsa dramat przemijania i nieuchronność śmierci – spotykamy się u Leszka Żulińskiego już wcześniej. Choćby w tomie „Ja, Faust” (2008), gdzie mamy do czynienia z podobnym – „użytkowym” charakterem relacji między mężczyzną a kobietą; czy też w wielu wierszach z tomiku „Dzieci z Hameln” (2012). „Totamea” zdaje się być kontynuacją tej poetyckiej narracji, opowiadającej o kryzysie męskości, rozdartej pomiędzy pożądaniem a niespełnieniem, sztuką a życiem, szaleńczym pragnieniem a niemocą. „Totamea” wciąż opowiada tę samą historię – Faust się nie zmienia, zmieniają się tylko Małgorzaty.

 

Leszek Żuliński: Totamea. Zaułek Wydawniczy Pomyłka. Szczecin 2013, str. 72

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko