Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
135

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego


Pani nie tylko na Skolimowie


„Szara godzina”, to już trzecia książka wspomnieniowa wybitnej aktorki, która apogeum swojej pracy artystycznej przeżyła w Teatrze Narodowym, a zaczynała jednym sezonem (1958/59) w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Na swoim bogatym koncie ma wiele świetnych kreacji zarówno na scenie żywej (np. w „Beniowskim” Słowackiego, „Hamlecie” Szekspira (świetna Gertruda) czy „Miesiącu na wsi” Turgieniewa, jak i w Teatrze Telewizji, m.in. jako „Bronka w „Dziewczętach z Nowolipek”, Alina w „Balladynie” Słowackiego czy tytułowa „Panna Julia” w sztuce Strindberga. Zofia Kucówna była też wieloletnim pedagogiem warszawskiej PWST (dziś Akademii Teatralnej). Przez wiele lat była organizatorką i dobrym duchem Domu Aktora Weterana w Skolimowie. W związku z tym nazywano ją czasem „Panią na Skolimowie”.Jedynie – jak sama się wyraziła – „nie pokochał jej film”, gdzie zagrała niewiele i raczej drugoplanowo. Jako aktorka teatralna reprezentowała emploi, które z dozą wahania i skrępowania własną śmiałością mógłbym na własny użytek określić jako rodzaj „heroiny (tragiczki) charakterystycznej”. Odznaczała się (odznacza) sugestywnie dramatycznym stylem i tonem gry, wyzbytym na ogół elementów „lekkich” oraz intensywnym erotyzmem odzianym w urodę ponętną, acz nieklasyczną (np. Gertruda w hanuszkiewiczowskiej inscenizacji „Hamleta” w Narodowym w 1970 roku). I oczywiście wybitną indywidualnością i precyzją środków wyrazu, co stawia Kucównę w rzędzie najwybitniejszych polskich aktorek okresu powojennego.

To, co przede wszystkim ujmuje w pisaniu Kucówny, to przeciwieństwo aktorskiego egotyzmu. Większość wspomnień aktorów lub wywiadów-rzek z nimi koncentruje się na nich samych i ich porachunkach ze środowiskiem. Kucówna pisze o sobie, ale głównie po to, by poprzez siebie opowiedzieć o innych ludziach i o zdarzeniach wykraczających poza jej biografię,  w tym także politycznych i społecznych. Nie jest tez skoncentrowana wyłącznie na własnym kręgu zawodowym. Warto też odnotować charakteryzujący ją umiar w ocenie ludzi, unikanie nadmiernego subiektywizmu, który bywa efektowny, ale często deformuje prawdę.

Tym razem,  odróżnieniu od poprzednich jej publikacji, narracja jest mniej linearna i dotyczy zarówno zdarzeń sprzed lat kilkudziesięciu, jak kilku. „Szara godzina” jest też znacznie bardziej melancholijna, smutna w nastroju od wspomnień poprzednich, pewnie dlatego, że artystka napisała ją już po ostatecznym przejściu na emeryturę i rezygnacji z większości zajęć aktorskich. Kucówna pisze piękną, klarowną polszczyzną, bez cienia egotyzmu i minoderii, a jej narracja ma po części charakter swobodnego lapidarium faktów, refleksji, wrażeń z lektur i tak dalej. To porcja solidnej kroniki życia i działalności polskiej inteligencji artystycznej starszego pokolenia


Zofia Kucówna – „Szara godzina”, Wyd. Zysk i S-ka, Warszawa 2012, ISBN 978-83-7506-889-4


Fox czyli lis(ica)


Marta Fox jest autorką polską, choć brzmienie jej nazwiska (pseudonimu?) jest anglosaskie. Ma na swoim koncie już około trzydziestu książek, ale z całą pokorą niewiedzy przyznam, że do tej pory nie wiedziałem o istnieniu tej autorki, co jest oczywiście moją wyłączną winą. Nie jestem więc w stanie usytuować jej ostatniej książki, „Portretu z lisiczką”, na tle dotychczasowej twórczości.

Rzecz ta nie jest powieścią, lecz czymś w rodzaju gawędy autobiograficznej i w tym wymiarze nieco przypomina gatunkowo prozę Zofii Kucówny. „Portret z lisiczką” poświęcony jest najrozmaitszym wymiarom życia narratorki, którą – jak można się domyśleć – można utożsamić z autorką. Jest tu sztuka, pisanie, sprawy uczuciowe, podróże, filozoficzne i praktyczne aspekty życia, wszelakie fascynacje narratorki i tak dalej. Wszystko to podane barwnym językiem, potoczyście, atrakcyjnie, z wdziękiem. Co prawda jest w tym odrobinę więcej egotyzmu ( wszak tytuł zobowiązuje) niż w narracji Kucówny, ale tylko trochę, bo jednak i ta autorka nie stara się koncentrować uwagi wyłącznie na sobie, lecz opisuje i ocenia świat, w którym dane jest się jej poruszać.

Lekturę „Portretu z lisiczką” zacząłem nie od stron pierwszych, jak Pan Bóg przykazał, lecz – jako nałogowy i nieuleczalny paryżoman czy paryżofil – od rozdziału paryskiego, gdzie Marta Fox opisała swoje wrażenia i spotkania nad Sekwaną. Gdy tylko przeczytałem znane mi od dziesięcioleci, jak własne, nazwy paryskich ulic, budowli i stacji metra, od razu zrobiło się cieplej na sercu, a nawet uległem niejakiemu podekscytowaniu z powodu ożywienia się własnych wrażeń i wspomnień paryskich, tym bardziej, że w najbliższe wakacje znów się tam wybieram („nigdy syty, nigdy zadość…” ). No i lektura paryskiego passusu zdecydowanie zachęciła mnie do kontynuacji do końca. A że nie był to czas stracony, więc z czystym sumieniem zapoznanie się z lisiczką i jej portretem rekomenduję.


Marta Fox – „Autoportret  z lisiczką”, Wyd. Mała Kurka, Piastów 2013, ISBN 978-83-6274-10-4


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko