Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
199

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego


Lapidarium Konwickiego


Wydawnictwo „Iskry” przygotowało wybór wywiadów z Tadeuszem Konwickim. Przedstawić go wypada tylko pro forma. Jeden z najwybitniejszych prozaików polskich okresu powojennego, autor wydanej w okresie stalinowskim, głośnej „Władzy”, odnoszącej się do sławetnego odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego i walki z „gomułkowszczyzną” i „spychalszczyzną”, ale nade wszystko słynnych „Rojstów”, „Sennika współczesnego”, „Wniebowstąpienia”, „Kalendarza i klepsydry”, „Małej Apokalipsy”, „Nowego Światu i okolic”, „Bohinia”, „Czytadła” i wielu innych. Konwicki to także, co jest bardzo rzadkim połączeniem, równie wybitny jak pisarz reżyser filmowy, jeden z mistrzów polskiej szkoły filmowej, twórca „Ostatniego dnia lata”, „Zaduszek”, „Salta”, „Jak daleko stąd jak blisko”, „Doliny Issy” czy „Lawy”.


Konwicki jest dla redaktorów takich zbiorów obiektem wdzięcznym, bo należał niegdyś do pisarzy wyjątkowo chętnie udzielających wywiadów, w tym jako bohater trzech obszernych książek, wywiadów-rzek z nim. Krótko mówiąc: jest z czego wybierać.


Na wspomniany tom składa się niespełna pół setki wywiadów, ułożonych – z grubsza biorąc – chronologicznie. Z grubsza biorąc, bo wywiady z lat 1954, 1960-1963, 1966-1968, 1971-1974 pomieszczone są jako „Retrospekcje” pomiędzy tymi, które zaczynają się od daty 1981.


Tym, którzy znają pozaprozatorską narrację Konwickiego, jego rozmowy  z dziennikarzami, krytykami i naukowcami, wiedzą jak atrakcyjny jest on w tej roli. Zadziorny pisarz nie tylko nieustannie wchodzi w spory nawet z nie wchodzącymi zeń w spory i nader grzecznymi interlokutorami, ale wiedzie swoje rozważania w stylu nawiązującym do najlepszych tradycji gawędy kresowej (nie na darmo jest Konwicki wilniukiem z urodzenia), barwnej, dowcipnej, złośliwej na przemian z dobrotliwością, naszpikowanej paradoksami, anegdotami, podkpiwaniem z innych, ale przede wszystkim autoironią i podkpiwaniem z samego siebie. Także co do tematów rozmów, to ich bukiet jest przebogaty, dotyczący alchemii pisania i tworzenia filmów, spuścizny romantycznej, więzi z krajem urodzenia, czyli Wilnem, Litwą i Kresami, najszerzej rozumianego kompleksu polskiego, lektur, obejrzanych filmów, kompleksów, zabobonów i fobii samego pisarza. Jest też o jego przyjacielu Gustawie Holoubku, kocie Iwanie, nieco o polityce – słowem o całym wszechświecie Konwickiego. I także o jego znużeniu pisaniem, z czego konsekwentnie wyciąga wniosek od kilkunastu lat, nie pisząc niczego.


Autor wyboru i układu tekstów Przemysław Kaniecki przekonuje co prawda we wstępie, że wybrał i ułożył teksty według przyjętej koncepcji narracji, ale przyznam, że nie zastanawiałem się przy lekturze, czy tak jest w istocie i czy Konwicki rzeczywiście został jakoś redaktorsko wyreżyserowany. Wolałem czytać Konwickiego bez jakiejkolwiek przyjętej a priori hipotezy, bez baczenia na to czy narracja jest „linearna” czy nie, brać go z całym jego urokiem, dowcipem, wiedzą i swoistym kresowym anarchizmem. Godna najgorętszej rekomendacji lektura.


„Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim z rysunkami Mieczysława Piotrowskiego”, Wybór i układ Przemysław Kaniecki, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013


 

Jak to się robi


Dość starszawemu dziennikarzowi, jak niżej podpisany, trafiły się na drodze zawodowej pracy różne formy działalności dziennikarskiej, z dominacją gatunku wywiadu (dziennikarskiego – nie mylić z wywiadem jako służbą specjalną). Dziennikarstwo śledcze akurat nie. By ten gatunek uprawiać, trzeba mieć w sobie dużo żyłki awanturniczej, zapału, idealizmu, poziomu irytacji, „genu poznawania prawdy”, a – choćby i to – także ambicji zaistnienia, wykazania się, sprawdzenia swoje odporności nerwowej i fizycznej, sprawności, odwagi. Poznanie techniki pracy w tym gatunku, jego „kuchni”, uważam za pierwszy walor książki warty odnotowania.


Nawiasem mówiąc, ciekawym i zastanawiającym polskim fenomenem jest to, że w polskim dziennikarstwie śledczym wyspecjalizowali się, może z wyjątkiem antyklerykalnych tygodników Jerzego Urbana i Romana Kotlińskiego, dziennikarze o poglądach – ujmując najogólniej – prawicowych. Lewica nie wygenerowała zastępu dziennikarzy o tym profilu. Dlaczego? To temat na osobne rozważania.


Ukazał się właśnie wywiad-rzeka z Cezarym Gmyzem – który przeprowadził Piotr Gociek – jednym z najgłośniejszych dziennikarzy śledczych, przez lata związanym z „Rzeczpospolitą”. Nawiasem mówiąc, niedawna decyzja właściciela „Rz” Grzegorza Hajdarowicza  o odmowie Gmyzowi pomocy prawnej w procesach wytoczonych mu z powodu artykułów, które opublikował na jej łamach przed wyrzuceniem z niej, jest – najdelikatniej mówiąc – nie fair. Ostatecznie, pomijając wszystko inne, właściciel zarabiał także na owocach pracy Gmyza, niezależnie od tego, na jaką ocenę zasługują jego publikacje. Piszę to jako dziennikarz i publicysta nie podzielający jego politycznych i ideowych sympatii (choć podzielający część jego antypatii).


Wróćmy jednak do książki. Wspomniany wywiad-rzeka jest, ściśle biorąc, zbiorem rozmów na szereg tematów. Zaczyna się od głośnej sprawy trotylu na wraku Tupolewa („Jak podpaliłem Polskę”), poprzez m.in. wątki autobiograficzne drogi Gmyza do dziennikarstwa, „grzebanie” w archiwach IPN, sprawę Ryszarda Krauzego, majątku państwa Kwaśniewskich, lustracji kleru katolickiego i prawosławnego, a kończy ponownie na sprawie „trotyl a Smoleńsk”. Szczególnie pasjonujący jest rozdział poświęcony Tomaszowi Turowskiemu, agentowi służb specjalnych PRL w Watykanie („Zaraza w Watykanie”). Jako ktoś kochający zwierzęta i brzydzący się ich zabijaniem, z satysfakcją pomieszaną z przykrością przeczytałem o myśliwskim aspekcie biografii prezydenta Bronisława Komorowskiego. Oby jednak okazała się prawdą jego deklaracja o zamianie sztucera na aparat fotograficzny…. Gmyz sugeruje, że nie była szczera…


Rozmowy z Gmyzem mają tę właściwość, że czyta się je jak pasjonujący kryminał. Sam nie należę do fanów tego gatunku (wyjątki czynię dla części klasyki gatunku z Simenonem, Chandlerem i częścią kryminałów PRL-owskich), ale wiem, że dla wielu czytelników takie porównanie, to dobra rekomendacja. Dlatego nie zdradzam żadnych szczegółów. Uczciwie też przyznaję, że nie jestem w stanie ocenić jej wartości z punktu widzenia prawdziwości podawanych faktów. Nie mam po temu żadnego instrumentu. Oceniam rzecz tylko jako lekturę,  a na tym akurat, bez fałszywej skromności, akurat cokolwiek się znam. Pasjonująca lektura! Może tylko niekoniecznie potrzebne było dodawanie lirycznego wstępu przyjacielskiego autorstwa rozmówcy Gmyza, ale to malutki grzeszek w porównaniu z satysfakcją z czytania.


„Cezary Gmyz – Zawód dziennikarz”. Rozmawia Piotr Gociek, Wyd. Fronda, Warszawa 2013


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko