Marta Fox – Dudograczomagia

0
84

Marta Fox

 

Dudograczomagia

 

Marta Fox i Jerzy  Duda Gracz     Duda Gracz mówił, że jest w nim 95 kilogramów dziecka i on mi to dziecko odda, mogę z niego wykrzesać wszystko, bo się przede mną otworzy i powie, czego nikomu innemu nie powiedział. Mogłabym rozmowy nagrywać, a potem zrobić z nich książkę. Zapaliłam się do pomysłu i chciałam już, natychmiast wcielać go w życie, ale „już” było niemożliwe, bo Duda Gracz miał w planach Lwów, potem plener w Łagowie, potem promocję swojego albumu, zawsze coś.

– O czym będziemy rozmawiać, kiedy się spotkamy w celach zawodowych? – pytał, ilekroć się spotykaliśmy, nie mając na uwadze tych celów, a jedynie potrzebę przyjacielsko-kumplowskiej bliskości.

– O namiętności, zdradzie, przyjaźni, strachach i zapachach – rzucałam tematy od razu, bez zastanowienia.

Uśmiechał się.

– To w takim razie przypomnij mi, bym ci opowiedział o swojej inicjacji ze studentką, absolutnie pijaną i o tym, jakie miała brudne paznokcie, co zobaczyłem dopiero rano.

– A jak będziemy rozmawiać o zapachach, to przypomnij mi, abym opowiedział o domu rodziców, w którym nie było prawdziwej kanalizacji, tylko szambo w ogródku.

– Aha! I jeszcze przypomnij mi, abym rozwinął wątek chłopa z brudnymi nogami i śmierdzącymi jajami.

Tematy rozmów „książkowych” odkładaliśmy na potem, zupełnie nie dostrzegając, że „teraz” podsuwało nam zawsze coś ważnego. Częściej mi podsuwało. Wysłuchiwał cierpliwie, a potem pisał list, w którym mnie pocieszał i uczył życia.

– Musisz być na różne sposoby permanentnie niespełniona, musisz być pierdolnięta, motylkowata, oszalała, wtedy będziesz pisać i żyć – pisał.

– Inaczej wyschniesz jesiennie w domowych kapciach.

Spalałam się więc zamiast więdnąć, a potem znów płakałam w słuchawkę.

         Był czas, że popadłam w absolutną „dudograczomagię”. Wchodziłam w Dudę Gracza jak w ciemny las, jak w prowincjonalne miasteczko, jak w czerwień, w jarmark, który jest tam, gdzie go być nie powinno, jak w realność i magię jednocześnie, jak w zapach, który jest tęsknotą, jak w sukienkę z falbankami, jak w myśli Tłustej Kobiety, Śpiącej Kobiety, Leżącej Kobiety, jak w muzykę traw porannych i mgieł zamieniających się w dziwadła.

A Duda Gracz złościł się: – Jak ty możesz uwielbiać moje obrazy i tego pacykarza Miro`? Jak możesz publicznie pisać o Miro`, przecież to jakiś koszmar, dziewczyno, a do tego degrengolada gustów, serce mi pęka.

     Tłumaczyłam mu więc, jak zagarnia mnie Miro`, a jak on. Pisałam kolejny wiersz-zwierzenie, którego adresatem i bohaterem litycznym był Miro`, a zaraz potem biegłam do Muzeum Śląskiego, by zobaczyć wiszący tam tryptyk Dudy Gracza, poświęcony Rafałowi Wojaczkowi. Był duży. Szaro-fioletowo-niebieski. Trupi. W środkowej części, w ramce, jakby nagrobnym medalionie, portrecik Wojaczka z papierosem w ustach. Patrzył z góry na mikołowskie uliczki, na zabłąkane w nich psy, na śmierć, która zdarza się co krok, także na ulicy, dlatego w samym jej środku mogły wyrosnąć nagrobki. Życie przeplatało się ze śmiercią, więc nagrobek stał obok człowieka, któremu wkrótce też ktoś postawi nagrobek. A z boku wszystkim tym żyjącym i nieżyjącym anioł zapalał świeczkę. Zszedł na ziemię, usiadł wśród ludzi i pomników na starym, koślawym krześle i zapłakał człowieczymi łzami. Jakby wiedział „ile śmierć ma szuflad”.

     Pisałam potem „poematy mojej melancholii”, w którym, jak u Wojaczka, punkt dziewiąty brzmiał: „Życie jest nic niewarte”, a dziesiąty: „Może jest wiersza warte”.

– Maestro, wyślę ci ten wiersz – obiecywałam w kolejnej rozmowie, która się działa, choć nie naprawdę, bo tę prawdziwą znów sobie obiecywaliśmy.

Nie cierpiał słowa „artysta”, czuł się natomiast pogłaskany, gdy ktoś nazwał go rzemieślnikiem. Oczywiście kokietował.

     Przyglądałam się kobietom Dudy Gracza, tym z obrazów. Były wyraziste, przejmujące, ich ciała żyły własnym życiem, uderzały grzesznością, deformacją i brzydotą. Były to często kobiety widziane oczami dziecka, może chłopca w komunijnym ubranku, dla którego sprawy płci były tyleż pociągające, co i odległe („Zmory dzieciństwa”). Były tam też niekochane kobiety, wyzywające, oczekujące, rozmarzone, rozczarowane życiem, uciekającym za szybko, więc z ochotą powracające do swoich „godzin pąsowej róży”, godzin „zardzewiałego zegara”, „błękitnego zmierzchu” lub godziny „psa”.

     Czasami opowiadałam mu o tym, co zobaczyłam na obrazach.

Na przykład o tym, że pachną: wiatrem, tęsknotą, lasem o zmierzchu, końcem październikowego dnia, stodołą ze wsi Kamion, wiejskim walcem, głupotą, rozpustą, miłością, a może i Śmiercią, taką jak ta w „Umieraniu Byłej Pani Gospodyni ze wsi Kamion” – frywolną, z zardzewiałą kosą i papierosem w ręku.

         Mówiłam mu: – Wolisz brzydotę. Wolał ją też Grochowiak. Była „bliżej krwiobiegu słów, uklejała najbogatsze formy, a w zziębłość posągów wkładała zapach mysi”.

– Piękno bywa posągowe, zimne, idealne, boskie i mało ludzkie. Brzydota malowana z namaszczeniem, z miłością musi być dobrem i prawdą, a jak się dobrze przyjrzeć – i pięknem.

Potakiwał i umawialiśmy się na następną rozmowę, już tę właściwą, do książki.

Kiedyś powiedział: – Namaluję twój portret, ale wpierw poczekam aż trochę przytyjesz i staniesz się bardziej apetyczna.

     Po kolejnym spotkaniu, nie zauważywszy nadmiaru moich krągłości, zdecydował, że namaluje obraz do wiersza, który go zaniepokoił. I zrobił to.

Obraz był w dwójnasób niepokojący (reprodukowany na tomiku moich wierszy „Dotknij mnie, tak dawno nie miałem kobiety”).

Naga dziewczynka, siedząca w pokrętnej pozycji na swoich małych stópkach, z dużą głową, okoloną rudymi włosami. W jej czarnych, dużych oczach jest lęk i niewinność. Siedmioma rękami, wyrastającymi z tułowia, próbuje ogarnąć rzeczywistość swojego ciała. Jest w tym demoniczność i liryzm. Widziałam w niej siebie skrzywdzoną, chwytającą się ciała jako tego, co najbliżej i co dotykalne. A przecież w wierszu te ręce miały ogarniać świat i doświadczać go w wielu barwach. Paradoksalnie – był to wiersz-rozmową z Miro`:

 

Moje ręce są

 

Nie nie Miro` Nie każ mi mówić

ile mam rąk Przecież wiesz że nie

potrafię liczyć (chyba że na siebie)

Moje ręce są

Sam przecież doświadczyłeś kilku

dotknięć bez których Twój pędzel

nie byłby zwinniejszy od jaszczurki

Moje ręce są

Jedna z nich zrodziła moje córki

i od tej pory wiem co znaczy pójść

choćby w ogień a co czuwać z daleka

Inna dała mi miłość niemożliwą

więc oswajam tęsknotę i czuję czym

staje się przestrzeń która wciąż na nowo

rozrasta się we mnie Trzecią dotknęłam

gniewnego Posejdona więc pokazał mi

inną stronę mojej wstęgi Nie morza

Piąta zadała ból będący milczeniem

Siódma ( może siódma) wrzuci mnie

w szczelinę i poczeka na wszystkie inne

które oby pojawiły się z nadzieją

 

Ciekawe, że w wierszach rozmawiałam z Miro`, a w życiu z Jerzym Dudą Graczem. Wiedział o mnie dużo. Bardzo dużo. W listach mnie strofował, ostrzegał, doradzał i niezmiennie powtarzał, że jest ze mną, nawet jak go nie ma. Stanął po mojej stronie, kiedy większość była przeciw, nie wypytywał, czekał aż sama dojrzeję do mówienia, czuwał, był, choć go nie było.

– Namówmy się na jakąś randkę rozkoszną – żartował – bo zemrzemy w końcu, a potem będzie nam żal.

Namawialiśmy się.

Opowiadał. Najczęściej o swoich pomysłach i o tym, jak uwielbia córkę i żonę. Opowiadałam. O tym, jak kocham swoje córki i jak wpadam w kolejne szczeliny.

Kiwał głową nad moją głupotą i naiwnością.

– Czy ciebie doświadczenie niczego nie uczy? – irytował się.

– A nie mówiłem? – prorokował bynajmniej bez satysfakcji.

– Mam prawie pięćdziesiąt lat i boję się matki – skarżyłam się.

– Całe szczęście, że jest ktoś, kogo się boisz – pocieszał.

– I dobrze, że to nie jestem ja – dodawał.

 

      Na urodziny podarowałam mu wiersz:

 

Paciorki szepczę

                                    Jerzemu Dudzie Graczowi w hołdzie

Mijam twoje pokusy o świcie dziwadła mgły

i zmory dzieciństwa mijam zardzewiałe zegary

błękitne zmierzchy i o aniołów przydrożnych

się ocieram rutynowe ćwiczenia martyrologiczne

wyczyniam o godzinę psa się potykam

 

Faluje moja suknia krwista zgarniając pył

pył drogi wyboistej osty zgarniając

o wzgórze wisielców zahaczając

 

Idę przez muzykę traw porannych w niedzielny

wieczór wchodzę w lęki w cienie w ptaki spłoszone

w twoje czoło jasne w twój cień złamany

w spojrzenie deszczem wymyte

 

Błądzę po zabawach dziecięcych po dniach minionych

uczuciach spalonych paciorki szeptam rany solę

bzami okładam kaprysy liryczne oswajam

ze zdrad się spowiadam

 

Znajduję kartkę zapisaną twoim głosem

czułym obraz wyrzeźbiony ręką pewną

z gorzkich myśli się rozbieram grymasy

w lustrach przeganiam ziarna hoduję

i jestem jeszcze jestem

 

Nigdy nie powiedział, czy mu się podoba, czy zrobił na nim wrażenie. Hołd to hołd, przyjął go.

Ale w ostatnim liście napisał: „Niniejszym donoszę, że ukradłem Ci Twoje prawa autorskie i opublikowałem Twój wiersz w katalogu ostatniej wystawy w Olsztynie. Wierzę, że mi łba nie urwiesz, jakkolwiek liczę się z tym, że wyznaczone mi przez Ciebie zadośćuczynienie może być kosztowne i srogie. Wybacz, że się z Tobą nie przywitałem na jubileuszu pani Józefiny R., ale chciałem uciec stamtąd jak najszybciej, bo się kiepsko czułem (zdróweczko szwankuje), a ponadto coraz gorzej znoszę tzw. kontakty międzyludzkie i miejsca publiczne. /…/ To, co mi się jeszcze chce, to malować. No i spotkać się z Tobą na jakiejś randce rozkosznej, porozmawiać na zadany temat, etc.etc. Poza tym: bądź dzielna i odważna, jak jesteś. Twój Wielbiciel i Miłośnik, Brat-Łata, Jurek DG.”

– Nie ukradłeś mi tego wiersza – powiedziałam, namawiając się z nim na „randkę rozkoszną”, ostatnią – bo ci go podarowałam.

Randka trwała pół dnia. Była o wszystkim, tylko nie o tym, co do książki.

Zobaczyłam całą dokumentację, dotyczącą cyklu obrazów „Chopinowi”, gdzie uparł się zinterpretować w obrazach „Fryderyka Chopina Dzieła Wszystkie”, czyli 280 kompozycji. Właściwie 282, ponieważ dwie kompozycje interpretowane są w dyptykach.

– Znów nie rozmawialiśmy o tym, co do książki.

– Nie bój się, nie umrę ci tak szybko – pocieszał mnie.

Kłamał.

Tak samo okrutnie jak mój ojciec.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko