Jan Stanisław Smalewski – Minął tydzień

0
115

Jan Stanisław Smalewski


Minął tydzień

 

Bogdan Ptak            Oczywiście, że pamiętałem. Było, minęło, ale… Walentynki nigdy do końca tego (komunistycznego) święta nie będą w stanie nam zastąpić. Dlatego Wszystkim Czytelniczkom portalu pisarze (a moim w szczególności) z okazji minionego Dnia Kobiet życzę, by zawsze nam lśniły jak te trzy przedwiośniane słoneczne dni, które przyniósł miniony tydzień.

            I chociaż przedwiośniane słoneczko i ciepełko znów przegonił zły duch zimy, naszym paniom życzę, by swoją pogodą ducha zawsze dawały skuteczny odpór wszelkim demonom zła i… męskich nieprawości.

            Tak, tak, pamiętam te wszechobecne (na wszystkich akademiach z tej okazji) goździki. Pamiętam te stylonowe pończochy. Panie czekały przez cały rok, by je otrzymać z rąk swojego przełożonego (dyrektora, kierownika, sekretarza partii) bez konieczności snucia domysłów: co on przez to chciał wyrazić?

 

            Panie Waldku, pamiętam też, że dwa tygodnie temu obiecałem napisać, co stało się z naszymi zającami. I nadal to obiecuję, ale sam pan widzi, temat nie zając, nie ucieknie, a tu tyle ważniejszych rzeczy spada nam na głowy. Były premier Leszek Miller też w czwartek w Sejmie obiecał niedoszłemu premierowi, a na dodatek „człowiekowi z tabletu” profesorowi Glińskiemu, że prezes Kaczyński zrobi z niego „pasztet z zająca”, ale może tak źle nie będzie.

Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego poseł Miller przywołał pasztet z zająca? Jada takowe? Nie wie, że dzisiaj łatwiej byłoby o pasztet z królika? Zwłaszcza takiego wyciągniętego przez cyrkowego iluzjonistę z przysłowiowego kapelusza.

            A propos pasztetów. Ludzie! Nie jedzcie tego paskudztwa. Słyszeliście, że w piątek „odkryli”, iż jedna z polskich masarni przerabiała przeterminowane wędliny i mięsa – susząc je, przemywając różnymi świństwami (czytaj środkami chemicznymi) – by potem dodawać do świeżych wędlin? A ile pasztetów z tego zrobiono?

A myślicie, że ta masarnia to była (jest) jedyna, co…?

            – Boże, co jeść?! – chciałoby się zawołać. Minister rolnictwa przez dwa tygodnie stawiał odpór rzekomym pomówieniom, że u nas też do wołowiny dodawano koninę, i co? Widzieliście jego minę, jak potem udowodniono, że ten proceder szerzy się od dawna w całej Europie? Na szczęście konina to jeszcze nie trucizna. Pamiętam za komuny uchodziła nawet za specyficzny smakołyk (słynne kabanosy końskie), a co?

            Ja bym tam w życiu za nikogo nie ręczył, ani nie dawał sobie czegokolwiek obciąć, że sprzedawane w sieciach naszych supermarketów wędliny są takie cacy. I co? Dziwić się prezesowi Kaczyńskiemu, że „kontrolować, kontrolować, nadzorować, pilnować, śledzić i karać” stawiał kiedyś na czele swego programu rządowego?

            Jak moja żona wyjeżdża do Gdańska do córki, to – ponieważ córcia niedawno została młodą mamą – stara się jej zawieźć „coś ekologicznego” dla wnusi.

            Córka dzwoni i prosi: Jakieś warzywa, dobrze? Jaja ze wsi, ziemniaki od chłopa, prawdziwy miód… – Czy ty wiesz Czytelniku, jak trudno to dostać nawet na wsi?

            Jaja z chłopskiego kurnika nie muszą od razu być ekologiczne. Jeśli chłop karmi kury swoim zbożem, to tak. Ale jeśli na przykład przywozi kurkom karmę z powiatowej paszarni, wiecie z czego oni ją robią? Wystarczy, że wymienię zboża i kukurydzę modyfikowane genetycznie, a to przecież jeszcze nie wszystko.

            Chleb pieczony w prywatnej wiejskiej piekarni. Można upiec (dla swoich) ze zwykłej mąki wiejskiej i niczego ubarwiającego do niego nie dosypywać, ale… jak chce się zarobić, i… dobrze sprzedać, to trzeba podbarwić, ulepszyć, a mąkę najlepiej z (nie wiem czy powinienem? Sami się domyślcie, gdzie teraz najtańsza; z imieniem wiejskiej dziewczyny?)… Mąki najtańsze pochodzą ze zbóż genetycznie modyfikowanych.

            Jesienią kupowałem dla córki jarzyny na małym straganiku w Sławnie. Byłem zadowolony, że kobieta wyglądająca na wieśniaczkę, sprzedała mi „prawie po normalnej cenie” (w Gdańsku takie produkty kosztują trzy razy drożej, a np. za 6 jaj trzeba dać 9 zł) marchewkę, buraczki, pietruszkę. – Jak zapewniała: „ze swojej przydomowej, nie nawożonej sztucznie działeczki”. I że jej kury „karmione, panie, są owsem z pola od sąsiada”.

            Przez przypadek, kochani, spotkałem niedawno tę samą rzekomą wieśniaczkę… przed giełdą warzywną. Robiła większe zakupy. Ciekawe – pomyślałem – czy nie sprzedaje tego potem, jako ekologiczną żywność?

            A jakże, sprzedaje.

Jesienią wmawiała mi pani, że towar, który kupuję, pochodzi z pani małej przydomowej działki – zagadnąłem. – To jak to jest? Działeczka mała, a towaru ekologicznego na cały rok wystarcza?

            Kobieta popatrzyła na mnie i pokiwała z politowaniem głową: A co pan?! Reklam w telewizji pan nie oglądasz?! .

            „Śliwki mirabelki i szczaw” – chciałoby się zawołać za Januszem Palikotem, ale… – jak zauważył Leszek Miller – każdemu inaczej się to kojarzy. I ma rację. Wicepremierowi Piechocińskiemu z dobrym kompotem i niezłą wiejską zupą. Mnie w tym miejscu – zauważę nieskromnie – z biedą na wsi. A szefowi SLD z pędzoną pokątnie gorzałą.

A propos bimbru, panie Leszku, mirabelki to kiepski towar – znam się na tym. Mój ojczulek najlepszą siwuchę robił z renklod i cukrówek. Słodsze od miodu poniemieckie renklody, panie Leszku. Mirabelki są dobre tylko w kompocie. A cukrówki? To takie średniej wielkości słodkie gruszki (rosnące na olbrzymich gruszach), których nie sposób było przejeść, bo lęgły się w ilościach ponad towarowych.

– Śliwki robaczywki – mawiał mój ojciec. I chyba o to chodziło Januszowi Palikotowi: Śliwki robaczywki, szczaw…, marycha, związki partnerskie. Drobna partia, drobne sprawy. I tylko one. Co tam naprawiać państwo szerzej. „Wyjdziemy z sali, nie będziemy głosować nad konstruktywnym votum nieufności wobec premiera”…

Pozostajemy zatem przy… biedzie. Bieda temu krajowi, bo wszyscy oszukują. Oszukują politycy, oszukują sprzedawcy i handlowcy, oszukują media, puszczając w eter (za odpowiednią kasą zresztą) oszukańcze reklamy.

Mamy kryzys władzy, mamy kryzys elit politycznych, goni ich kryzys mediów. No i jak z tego ma nie być kryzysu społeczeństwa? Przecież to dziecko kraju, w jakim żyjemy.

Bieda temu krajowi, bo każdy ma rację. Rację ma nawet szef najmniejszej partii opozycyjnej Ludwik Dorn twierdząc, że winę za złe rządy Platformy ponosi opozycja, która jest za słaba, by cokolwiek zmienić. Nie potrafi się zjednoczyć dla sprawy jednolitego programu.

Ma rację Janusz Piechociński, że winę za cyrkowy charakter polskiego parlamentaryzmu ponoszą sami politycy. Jak przysłowiowa rdza większość z nich trawi partykularyzm i demagogia. Brakuje im ekologicznych jaj do sprawowania władzy w imieniu swych wyborców, a kapitalistyczna mania zaślepienia pieniądzem (9 tysięcy 400 zł na rękę miesięcznie; za mandat) wystarcza, by poczuć się wyalienowanym z klasy biedoty, od której często się oderwali.

Nie zawrócisz kijem Wisły, wiemy o tym. I tu nie kij byłby potrzebny, ale drąg niewyobrażalnej wielkości. Chociaż niekoniecznie. Można to sobie wyobrazić. Wiele zmienić mogłyby same media, gdyby tylko chciały. Gdyby nie kreowały miernoty postaw i zachowań polityków. Gdyby im mniej zależało na poklasku (populizmie), a więcej na Polsce i dobru obywatela, któremu też powinny służyć.

 

Przed tygodniem pisałem o potrzebie adrenaliny, jaką dają nam w życiu wyjątkowe zjawiska, przedsięwzięcia, rekordy. No cóż, jak się okazuje, też temat nie do jednorazowego wyczerpania. Szkoda tylko, że przychodzi mi na niego spojrzeć tym razem z innej strony. Od strony dramatu, jaki dosięgnął dwóch naszych himalaistów: Tomasza Kowalskiego i Macieja Berbeki.

W poniedziałek najpierw media radośnie poinformowały nas, że czterech polskich wspinaczy zdobyło ośmiotysięcznik Broad Peak (8051 m n.p.m.) na granicy Chin i Pakistanu. Niezdobyty dotychczas w porze zimowej.

Krótko potem jednak rozpoczął się dramat. Wejść, weszli. Udało się. Adam Bielecki i Artur Małek zeszli ze szczytu, ale dwaj pozostali? Gdzie są..? Co się stało..? Czy zejdą?..

Do momentu, gdy piszę te słowa, nic się nie zmieniło: zaginęli.

Przypomnijmy: Broad Peak – Falchan Kangri to dwunasty (z 14-tu) pod względem wysokości szczytów Ziemi. Trochę wyżej, na północ, leży jeden z najwyższych szczytów Karakorum – słynny K 2 (8611 m n.p.m.).

Pierwszego wejścia na ten szczyt dokonali 9 czerwca 1957 r. czterej Austriacy: Herman Buhl, Kurt Diemberger, Marcus Schmuck i Fritz Wintersteller.

Do końca roku 2010 Broad Peak zdobyto aż 385 razy (przez 381 osób), w tym 16 razy przez Polaków (Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka pokonali go dwukrotnie).

Mimo wszystko jest to góra niezwykle niebezpieczna ze względu na warunki. Zabrała wcześniej życie 24 alpinistom, w tym czwórce Polaków. 28 lipca 1975 r. podczas pierwszego wejścia na dziewiczy środkowy wierzchołek dokonanego przez pięciu Polaków: Kazimierza Głazka, Janusza Kulisia, Marka Kęsickiego, Bohdana Nowaczyka i Andrzeja Sikorskiego, trzej ostatni zginęli podczas zejścia. A 28 sierpnia 1985 r. utonęła w strumieniu lodowca powyżej Broak Peak Central – Barbara Kozłowska.

Himalaizm to w ogóle sport ekstremalny. I nie wiem, czy któryś inny dorównuje mu pod względem ofiar. Skoro jednak część spośród nas decyduje się na takie ryzyko, trudno jest coś na to poradzić.

Co jest ważniejsze? Życie, czy sukces? A jeśli ryzyko wpisane jest na stałe w życie tych osób, czy można im odradzać ryzyko? Chyba nie.

Spójrzmy raz jeszcze na statystyki, jakie przywołuję na podstawie dostępnych mi źródeł historii himalaizmu. Mówią one same za siebie. Jeśli chodzi o najwyższe góry świata, to tylko 21 himalaistów zdobyło wszystkie czternaście ośmiotysięczników ( w tym 3 Polaków: Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki i Piotr Pustelnik).

W wyprawach tych zginęło aż 711 wspinaczy, w tym 25 Polaków. Te liczby naprawdę szokują. Czy warte są osiągnięć? Może tak, ale… analizując pobieżnie składy niektórych ekip wspinaczkowych mam wrażenie, że niektórych tragedii można by było uniknąć. Chociażby ostatniej, naszej.

Można by było jej uniknąć, gdyby niektórzy alpiniści – czytaj: śmiałkowie wychodzący w góry – potrafili w porę powiedzieć sobie – stop. Gdyby głębiej zastanowili się, czy wydolności ich organizmu (czysto ludzkie ze względu na przykład na wiek) pozwalają im nadal podejmować takie wyzwania.

Byłem oficerem, uprawiałem regularnie sport i zgodnie z obowiązującą mnie pragmatyką musiałem dwukrotnie w ciągu każdego roku zdać odpowiednie testy sprawnościowe przygotowane przez specjalistów. W zestawach tych były m.in. ćwiczenia ogólno-sprawnościowe (wejścia na linę, ćwiczenia na drążku i na poręczach), ćwiczenia siłowe (wyciskanie ciężarka), biegi i pływanie. Wszystko to obwarowane było odpowiednimi tabelami wyników, które – uwaga! – w zależności od grupy wiekowej (do 28 lat, pomiędzy 29-41, od 42 do 54 i powyżej) należało wykonać.

Oczywiście wskaźniki te (wymogi) malały wraz z wiekiem. I… – raz jeszcze uwaga! – od panów po 55 roku nie wymagało się już żadnych ćwiczeń wytrzymałościowych, a ich sprawność – jak żartowała młodzież – wyznaczała jedynie odległość, na jaką udawało im się rzucić oburącz z nad głowy ciężką wypchaną trocinami piłkę lekarską.

Nigdy nie zapomnę naszego fiz-druka ze szkoły oficerskiej. śp. ppłk-a Tadeusza Kowalskiego. Ten pan po pięćdziesiątce próbował nam udowodnić, że tylko sport w dojrzałym wieku może zapewnić mężczyźnie pełną sprawność fizyczną. Biegał co rano po pobudce po parę kilometrów, mimo iż lekarz go uprzedzał: Tadziu, niebawem kończysz sześćdziesiątkę, uważaj na serce.

No cóż, nie uważał, śmiał się z tego. A my któregoś dnia znaleźliśmy go leżącego na bieżni stadionu. Zmarł na zawał; czasu nie oszukał.

Wróćmy jednak do historii himalaizmu. Spośród pań najwięcej głównych szczytów zdobyła Wanda Rutkiewicz – osiem. Pani Wanda zginęła w 1992 r. podczas ataku szczytowego na Karczendzongę. Mimo braku sprzętu biwakowego zdecydowała się przeczekać noc na wysokości 8200 metrów i kontynuować wejście następnego dnia. Jej ciała nie odnaleziono.

Nieco mniej, bo 7 szczytów zdobyła Kinga Baranowska. W roku 2007 na Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) dotarła do wysokości 8076 m, jednakże z racji zbyt niebezpiecznych warunków zrezygnowała ze szczytu. 1 maja 2008 r. szczyt zdobyła jako pierwsza Polka. A zdobyty w 2009 r. przez Kingę szczyt Kangchenunga był czternastym, ostatnim ośmiotysięcznikiem zdobytym przez Polki.

Pani Kinga potrafiła sobie w porę powiedzieć: Nie ryzykuj, poczekaj na inną okazję, lepsze warunki.

Na zakończenie ciekawostka: zdobywczyni przedwierzchołka Broad Peak (8076 m n.p.m.) Anna Czerwińska (6 wejść na ośmiotysięczniki) w roku 2000 jako druga Polka stanęła na Mount Everest kompletując tym samym Koronę Ziemi. Pani Anna jako druga Polka (po Leszku Cichym) swój ostatni ośmiotysięcznik pokonała w roku 2006 mając – uwaga – 58 lat. – Tym razem też udało się.

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko