Leszek Żuliński rozmawia z Tadeuszem Chabrowskim

0
311

Leszek Żuliński rozmawia z Tadeuszem Chabrowskim


Kim naprawdę jestem?


 

         –Tadeuszu, Twoje życie dzieli się na dwa etapy: pobyt w zakonie paulinów i trwający już kilka dziesięcioleci pobyt w Nowym Jorku. Opowiedz w skrócie, jak to wszystko się stało.


         W zakonie św. Pawła Pierwszego Pustelnika byłem szesnaście lat. Małżonkiem i ojcem rodziny jestem już 46 lat. W ubiegłym roku, na zboczu najwyższej góry Vermontu Mansfield, w małej wielowyznaniowej kaplicy odnowiliśmy śluby. Od tamtego czasu zostaliśmy dziadkami. Jesteśmy szczęśliwi – jak by to powiedziała moja ulubiona poetka Anna Świrszczyńska – jak psi ogon.

         Jeśli chodzi o mój pobyt w klasztorze albo może lepiej – o ten wczesny bagaż, który wyniosłem z domu, historia zaczęła się od tego, że ojciec dostał zamówienie odnowienia kościoła w bajecznie pięknej miejscowości pod Częstochową. I tam właśnie, w Złotym Potoku, przyszedłem na świat. Gdy miałem półtora roku rodzice wrócili z powrotem na ulicę św. Barbary, czyli praktycznie w obwód podjasnogórski, w którym wszystko było podporządkowane temu, co działo się na Jasnej Górze. Jako chłopiec doświadczyłem tego porządku na własnej skórze: najbliższy stół pingpongowy znajdował się w świetlicy dostępnej tylko dla ministrantów, małe kieszonkowe można było dostać, gdy się służyło do mszy. Pokazanie się w komeżce przed ołtarzem było dobrze widziane przez sąsiadki spędzające dużo czasu w kościele. W szkole ksiądz katecheta mile pobłażał przyszłym kandydatom do seminarium. Biała nitka tych splotów doprowadziła mnie do nowicjatu u ojców Paulinów w Leśniowie. Opisałem ten okres w debiucie powieściowym „Skrawki białego habitu”. Pozostałe kwartały w seminarium to dwa lata filozofii i cztery teologii. Okres studiowania sofistów, Heraklita, moralisty Sokratesa i Platona był ciekawszy niż studiowanie prawa kościelnego, dogmatyki i Summy contra gentiles św. Tomasza z Akwinu i jego następców. Na kapłana zostałem wyświęcony w 1961, ale trzy miesiące wcześniej zadebiutowałem w „Tygodniku Powszechnym” jako poeta. W grudniu tego samego roku wyjechałem do Pensylwanii, do tzw. amerykańskiej Częstochowy.

         Spędziłem tam siedem lat, uczestnicząc w budowie i obsłudze nowo powstającej świątyni Tysiąclecia. Pracowałem tam również jako redaktor miesięcznika „Jasna Góra” i jednocześnie zostałem autorem dwu tomików poezji: „Madonny” i „Lato w Pensylwanii”, wydanych w Londynie w połowie lat 60. Trzeci tomik, przygotowany do druku, uleciał z dymem z beczki do spalania śmieci. Ten wypadek przyspieszył decyzję wystąpienia z zakonu. Po bardzo krótkiej znajomości z moją przyszłą żoną, Zofią, 25 września 1967 roku w Londynie wzięliśmy ślub cywilny.


         – Czy to osobliwe doświadczenie życia zakonnego i życia świeckiego pozostawiło w Tobie jakieś traumy, nauki, wnioski?


         Po przejściu do stanu cywilnego jedną z pierwszych spraw, jakie sobie uświadomiłem była ta, że jestem zupełnie nieprzygotowany do życia poza klasztorem. Za każdym razem, kiedy pisałem podanie do pracy i musiałem określić swoją przydatność zawodową, nie byłem w stanie podać żadnej konkretnej umiejętności. Jako mnich, praktykujący swoje ćwiczenia duchowe na klęczkach w kaplicy albo z rozkojarzoną głową poruszający się po pustych korytarzach klasztoru, nie byłem w stanie nikogo przekonać, że coś umiem. Kiedy przez długi czas nie mogłem znaleźć zatrudnienia, mój stres zaczął narastać. W końcu poszedłem po rozum do głowy – zacząłem brać wszystko, co było na rynku pracy. Zacząłem od zmywania naczyń w restauracjach, w trzech różnych w ciągu tygodnia, nim nabrałem wprawy. Następne zajęcie dostałem w zakładzie montowania klimatyzatorów przemysłowych, które składało się na taśmie. Mocując się ze sprężyną kontrolującą boczne drzwiczki ciągle kaleczyłem palce. Potem była piekarnia i taniec św. Wita przy rozgrzanym piecu. Zabrało mi kilka lat, nim uzyskałem dyplom licencjonowanego optyka i otworzyłem własny zakład optyczny „Family Eye Care” we własnym domu w Brooklynie. Była to jednak moja prywatna wspinaczka na Giewont, bez żadnego zabezpieczenia, na złamanie karku.


         – A co się działo w tym czasie z twoją poezją?


         Otóż to, dobrze, że wracasz do tematu. Ten trudny okres bycia w świecie, przetrwałem dzięki zapałowi do poezji, jaki posiał we mnie profesor Mieczysław Giergielewicz. Kiedy go poznałem, wykładał na Uniwersytecie Pensylwanii. Uczęszczałem na jego seminaria, był też promotorem moich pierwszych tomików poezji. Zapamiętałem na całe życie jego zalecenie: „w poezji powinno być mniej przymiotników, a więcej rzeczowników”. Będąc w klasztorze z lubością posługiwałem się tymi pierwszymi, były mi bliższe po studiach opartych na szybowaniu w chmurach abstrakcji, alegorii i symboli. Po wystąpieniu z zakonu zacząłem na serio szukać rzeczowników. Dlatego każda, nowa praca była okazją do ich obfitych połowów. Świat w zasadzie jest zbudowany mechanicznie, poskładany z miliarda atomów, drobnych ziaren piachu, śrubek, muterek, blach, kółek, metali i minerałów. By o nim pisać trzeba z wielkiej skrzyni klamotów wyciągnąć odpowiednie czcionki, farby, gwoździe, nitki i kleje.


         – Czy Twoja wieloletnia już świeckość zmieniła Twój stosunek do wiary i Kościoła? Zadam Ci dziwne pytanie, rodem z prasy bulwarowej: czy i jak zreformowałbyś Kościół, gdybyś został papieżem?


         Nie na tyle, żebym przestał się modlić albo żebym nie potrafił odróżnić pustki od Boga. Te różnice dostrzega się wyraźniej z wiekiem. Oczywiście papieżem nie zostanę, ale jeśli pozwolisz mogę pofantazjować. Zastanawiałbym się, czy celibat ma jakikolwiek związek z wiarą. Miłość, również ta, w której uczestniczy nasze ciało, jest darem Boga. Kapłani powinni poświęcać mniej czasu na administrację i księgowość, a więcej na duszpasterzowanie. Papież powinien poświęcać więcej energii na dialog międzywyznaniowy. Chrystus swoich wyznawców nie nazywał katolikami, prawosławnymi lub protestantami. Również największym współczesnym grzechem świata jest ten, że religie zioną nienawiścią do siebie. Istnieje Organizacja Narodów, może zaistnieć Organizacja Religii. Zglobalizujmy naszą wiarę w boga.


         – Pierwszy tom wierszy wydałeś w roku 1962 w londyńskiej Oficynie Malarzy i Poetów. W zasadzie problematyka wiary nie opuszczała Cię w żadnej z Twoich późniejszych książek. Jesteś umieszczany w tym nurcie poezji, której ojcem jest ks. Twardowski. Tak trudno oderwać się, przynajmniej w poezji, od religii? Religia jest bardziej poezją czy poezja jest bardziej religią?


         – Nie wiem czy pamiętasz, że byłem pomysłodawcą antologii współczesnej poezji kapłańskiej „Słowa na pustyni”. Zacząłem zbierać do niej materiały od księży poetów, nim opuściłem zakon. Po ślubie z Zofią zebrane materiały i pomysł przekazałem koledze, ks. Bonifacemu Miązkowi w Wiedniu. Jego zasługą było, że ówczesny kardynał Karol Wojtyła napisał do antologii wstęp. Nie miałem powodu, żeby po wyjściu z klasztoru odcinać się od nurtu, którego byłem integralna częścią. Tym bardziej, że otrzymałem zezwolenie na zawarcie ślubu kościelnego, który został nam udzielony w prywatnej kaplicy Jana Kardynała Króla w Filadelfii. Szybko uświadomiłem sobie, że wystąpienie z klasztoru może tylko uskrzydlić moje mnisze ambicje poszerzania skali współczesnej poezji religijnej. Wyzwoliłem się bowiem z samocenzury, która jak pajęczyna mota i plącze śmielsze poczynania wyobraźni księży poetów. Prawie wszystkie ich wiersze są zbyt paradnie strojone w szaty liturgiczne, gotowe dołączyć do procesji w katedrze przed tron biskupi. Nie ma w nich zmysłowości i konkretności ani też pełnej wizji zewnętrznego świata, jaka cechowała np. Geralda M. Hopkinsa, jezuitę. Pytania o to czy religia jest bardziej poezją czy poezja jest bardziej religią nie musiałem sobie stawiać. W moim umyśle znaczyły jedno i to samo.


         – Twoje życie po 1967 roku było dalekie od Kościoła. Ożeniłeś się, urodził Wam się syn, imałeś się wielu zawodów, byłeś znanym działaczem Polonii amerykańskiej, m.in. pracowałeś w Polskiej Unii Kredytowej. Jaka jest Polonia, jak w niej się czujesz i czy Polakowi może udać się tam prawdziwy sukces i „naturalizacja” w amerykańskim środowisku.


         Moje zaangażowanie w życie Polonii rozpoczęło się po przyjeździe do Nowego Jorku, na początku 1972 roku. Dostałem pracę blisko Union Square, na Manhattanie, w dużej firmie posiadającej przynajmniej dwa albo trzy tuziny wielkich apartamentowych budynków w okolicy. Byłem superintendentem w jednym z nich. Obok regularnej pensji mieliśmy do dyspozycji mieszkanie. Moja żona jako inżynier mechanik po warszawskiej Politechnice, dostała bez problemu pracę w amerykańskiej firmie. Po miesiącu, kiedy już wdrożyłem się w obowiązki związane z moją pracą, zorientowałem się, że mieszkamy w wyjątkowo ciekawej dzielnicy. Pod rozległym parkiem na Union Square istnieje stacja metra, z połączniami do siedmiu linii subwaya, czyli z możliwością uzyskania połączeń do prawie wszystkich dzielnic miasta. O takiej sytuacji marzyłem od dawna. W Manhattanie nie potrzebowaliśmy już samochodu, mogłem poruszać się na własnych nogach. Myśląc o studiach doktoranckich na Temple University w Filadelfii, złożyłem podanie do Fundacji Kościuszkowskiej o stypendium do Polski. Pod koniec maja dostałem potwierdzenie. Przed wyjazdem do Polski wynajęliśmy apartament w polskiej dzielnicy. I tu rozpoczął się mój długoletni kontakt z Polonią. Po powrocie z Polski dostałem zatrudnienie jako pracownik socjalny w Community Social Society na Lower East Side w Manhattanie. Był to pionierski program, nastawiony na badanie problemów starzejącej się populacji mieszkającej we wschodniej części Manhattanu. Należeli do niej emigranci ze wschodniej Europy ( Żydzi, Polacy, Litwini, Ukraińcy lub Węgrzy) i Latynosi. Interesowała mnie tego typu praca, bo była najbardziej zbliżona do tej, jaką powinienem wykonywać w zakonie. Częściowo polegała na tym, że towarzyszyłem starszym ludziom w ich wizytach do lekarza w Bellevue Hospital. Po kilku miesiącach moja kierowniczka, Greczynka, widząc, że zupełnie nieźle daje sobie radę z pacjentami, zasugerowała rozpoczęcie studiów na jezuickim Fordham University.

         O mojej pracy pracownika społecznego, stopniu bakałarza i studiach doktoranckich dowiedział się ks. Longin Tolczyk, założyciel Centrum Polsko-Słowiańskiego na Greenpoincie. Namówił mnie wkrótce na rozpoczęcie tam pracy. Był to też pionierski okres kształtowania się tej organizacji. Trzeba było zakasać rękawy, chwycić za kielnię i wznosić mury. Pomijając wiele ważnych szczegółów, wypada powiedzieć, że przez te wszystkie lata uczestniczyłem prawie we wszystkich programach, które w Centrum zostały powołane. Byłem przy zakładaniu Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej, jej pierwszym niepłatnym pracownikiem. Po uzyskaniu przez Unię pierwszego miliona napisałem do prasy artykuł – „Cud na Greenpoincie”, gloryfikując zbiorowy wysiłek założycieli. Po uzyskaniu przez CPS trzymilionowego funduszu od Miasta na Home Attendant Program (program dla pracowników socjalnych) znalazłem się też w jego siedmioosobowej startującej grupie. Z małymi przerwami moja współpraca z Centrum Polsko-Słowiańskim trwała do 2000 roku.


         – Polskie życie literackie w USA… Czy takowe istnieje? Jeśli tak, to w „getcie” czy na szerszych wodach? Symptomatycznym faktem jest, że większość swych książek wydałeś w Polsce…


         Polskie życie literackie w USA praktycznie nie istnieje, lokalna prasa czasami wydrukuje wiersz związany z narodową rocznicą. Przez kilka lat byłem członkiem istniejącego przy PEN American Center Międzynarodowego Zrzeszenia Pisarzy Mieszkających za Granicą. Członkami tej sekcji byli kiedyś Czesław Miłosz i Jerzy Kosiński. Spotykaliśmy się od czasu do czasu na lampkę wina. Spotkania były ciekawe, bo nasza prezeska, Clara Gyorgyey, potrafiła je interesująco poprowadzić. Po jej śmierci sekcja przestała istnieć. Dla upamiętnienia jej działalności została wydana „Anthology of PEN”, na którą złożyły się wiersze i proza członków grupy. Ze strony polskiej w antologii znalazły się wiersze Ani Frajlich i moja proza, i wiersze.


         – Wydałeś, poza tomikami, dwie powieści. Obie czyta się w napięciu, bowiem opisują one życie klasztorne i przedstawiają to środowisko w fabułach pełnych dramatu i rozdarcia. Zdajemy sobie sprawę, że za murami klasztoru istnieje inny świat. Ale aż tak trudny? Aż tak niepojmowalny w kategoriach świeckich?


         Dla mnie on nie był specjalnie trudny, poza nowicjatem, gdzie każda niemal godzina bycia tam była bolesna. W seminarium szło już z górki, przyzwyczaiłem się. Na filozofii zacząłem nawet nawijać na swoje szpulki niektóre metafizyczne szaleństwa, które do dziś mnie ekscytują. Na teologii były to jednak nitki z niegręplowanej wełny, od których czasami dostawałem ataków astmy. W „Białych nieszporach” próbuję na nowo zmierzyć się z problemami, które wtedy narastały we mnie. Nigdy nie potrafiłem wyjaśnić do końca, czy moje ciało jest tylko ubogą lepianką duszy, w której ona sprawuje bezwzględną władzę, czy też są razem na zasadzie partnerstwa i rozkleją się, kiedy jedno z nich znudzi się drugim. Do dziś nie pozbyłem się obsesji rozpamiętywania, kim naprawdę jestem.


         – Czy więc „socjotechnika religii” nie pogrążyła się przez te wszystkie stulecia w grzechu?


         „Socjotechnika religii”, jeśli bierze się do pracy, powinna najpierw szarym mydłem umyć ręce, ale osobiście podejrzewam, że ona tych rąk nigdy nie miała.


         – Opowiedz coś o swoich wieloletnich przyjaźniach i kontaktach literackich. O ludziach, którym dużo zawdzięczasz.


         Lista może być długa, ograniczę się do nazwisk i pobieżnie do okoliczności, kiedy te kontakty miały miejsce. Wspomniałem już prof. Mieczysława Giergielewicza. Moje pierwsze publiczne spotkanie w Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku poprowadził Józef Wittlin, przeuroczy, bardzo wrażliwy starszy pan, który w moich mniszych wierszach doszukiwał się już śladów mistycznych św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Avila. Zaraził mnie swoją wrażliwością. Przy każdej możliwej okazji odwiedzałem go potem. Bywałem dość często u Aleksandra Janty-Połczyńskiego, błyskotliwego dżentelmena, bibliofila, posiadacza wielu białych kruków. Na zapleczu swojego domu prowadził znany amerykańskim uczelniom antykwariat z książkami. Przez blisko dwa lata z przerwami mieszkałem u Czesława i Krystyny Bednarczyków w Londynie. Spotkałem u nich plejadę ciekawych ludzi, m. in. Jana Rostworowskiego, który napisał pierwszą recenzję z moich „Madonn” do Wiadomości Londyńskich. Dość częstym gościem Oficyny Malarzy i Poetów był Marian Czuchnowski. Byłem głodny kontaktu z autorytetami z okresu przedwojennego. Pan Marian, był doskonałym medium. Lubił mówić, posługiwał się bardzo barwnym językiem, miała za sobą sowieckie łagry, więc wiedział jak życie wygląda po obu stronach barykady. Wystarczyło postawić przed nim „Jasia Wędrowniczka”, a już po kilku minutach rozwieszał kolorowy ekran swoich wspomnień przed rozmówcą. Przywoływał fakty i sceny, o których nie pisały podręczniki ani prasa.

Miło wspominam pobyt Czesława Miłosza w Londynie w 1967 r., kiedy pozostawał w sporze z redaktorem paryskiej „Kultury” i przygotował dla OPiM obszerny wybór „Wierszy”. Wieczorami ślęczeliśmy nad korektą przygotowanych do druku stron. Czasami zostawał z nami i przy lampce czerwonego wina lub koniaku toczyły się dyskusje do północy. W tym czasie, miałem też okazję, by łazikować z panem Czesławem wzdłuż Tamizy, po muzeach i wysiadywać po przygodnych knajpkach.

Wiele zawdzięczam Markowi Skwarnickiemu, z którym nawiązałem kontakt, będąc jeszcze w seminarium. Czytałem jego wiersze i felietony w „Tygodniku Powszechnym”, spodobały mi się. Odwiedzałem go w domu, nasze rozmowy toczyły się głównie wokoło lektur, które polecał mi do przeczytania. Oboje byliśmy zaskoczeni faktem, jak niewiele wymagano od nas w seminarium, szczególnie, kiedy chodziło o znajomość literatury powszechnej. Dzięki Markowi udało mi się część tych zaległości nadrobić. Umożliwił mi też debiut poetycki w Tygodniku Powszechnym.

W podobny sposób śledziłem twórczość Jerzego Zawieyskiego. Kiedyś poprosiłem go o autograf i przy okazji pokazałem wiersze, okazał duże zainteresowanie. Od tej pory otrzymywałem regularnie zaproszenia na jego teatralne premiery. Kiedy byłem jeszcze klerykiem na Skałce, przyniósł mi do furty kilka swoich dramatów i dwie powieści Georgesa Bernanosa: „Pod słońcem szatana” i „Pamiętniki wiejskiego proboszcza”.

Na pół roku przed wyjazdem do Ameryki miałem też okazję spotkać się z Julianem Przybosiem. Z żoną i córeczką Utą zwykle spędzał wakacje w Radzymine pod Warszawą. Dowiedziałem się o tym od znajomych, którzy mieli swój letni domek obok Przybosiów. Zwykle w piątki pan Julian chodził na główną pocztę do miasta, po prasę i korespondencję. Robił to skrupulatnie, bo zależało mu, by utrzymywać kontakt ze światem. W Stanach Zjednoczonych odbywała się wtedy kampania wyborcza pomiędzy Richardem Nixonem i Johnem Kennedym. Zapamiętałem to wydarzenie, bo w czasie prawie półtorakilometrowego spaceru Przyboś ostro krytykował Nixona, a sympatyzował z Kennedym i nie ukrywał swoich lewicujących poglądów. Korzystając z okazji próbowałem go pytać o to, co sądzi na temat innych poetów. Zaperzył się przy Gałczyńskim, nazywając go grafomanem i wierszokletą, był niechętny stylistyce refleksyjnej, jaką uprawiał Miłosz. Skarżył się na młodych, że nie umieją odczytać i docenić sensu poetyckiego w jego wierszach. Twierdził, że jest bardziej doceniany w Niemczech i we Francji niż w Polsce.

Miałem zwyczaj, żeby autora, którego twórczość przypadała mi do gustu, poznać osobiście. Pozwalało mi to potem wniknąć głębiej w treść. Nawet po latach wracałem do już przeczytanych książek, bo był to powrót do raz przerwanej rozmowy.


         Co jeszcze chciałbyś napisać, powiedzieć, zrealizować?


         – Trudzę się nad nową powieścią: „Emeryt”. Narrator opowie o środowisku emigracyjnym, w którym spędził ostatnie trzy dziesięciolecia. Przygotowuję też dawno zaplanowany „Wybór wierszy religijnych i metafizycznych”. W wieku, w jakim obecnie jestem, nie wiem czy można jeszcze więcej planować.


         – Niczego nie planuj, po prostu pisz. Dziękuję Ci za rozmowę i szykuj się na następną. Mamy o czym rozmawiać, a Twoja biografia literacka dla polskiego czytelnika wydaje mi się arcyciekawa… Musimy ją spisać dokładnie…


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko