DARIUSZ PAWLICKI – O SAMOOGRANICZENIU SIĘ POEZJI

0
262

DARIUSZ PAWLICKI

 

O SAMOOGRANICZENIU SIĘ POEZJI (esej)

„Im więcej pojawia się na świecie gadżetów do

robienia hałasu, niwelowania myśli, imitowania    

wyobraźni, tym więcej potrzeba poetów. To oni

przywracają składni energię, a słowom

wielowymiarowość: barwę, plastyczność

i walor”.

Zbigniew Bieńkowski

                                                                     

     O mniejszej roli poezji we współczesnym świecie mówi się niemało (użycie słów: „mniejszej” i „współczesnym” sugeruje, że kiedyś w tym względzie było lepiej). I mówi się o tym z troską. A jeśli chodzi o to, kto na ten temat zabiera głos, znamienne jest to, że są to przede wszystkim poeci. Niewiele głosów w tej sprawie pada ze strony czytelników. A można by tego oczekiwać. Bo czyż, analogicznie, o stanie dróg nie wypowiadają się najczęściej ci, którzy z nich korzystają. Lecz na tym stwierdzeniu analogia kończy się. Bo o ile kierowcy skazani są na takie drogi, jakie są, to osoby dotąd czytające wiersze, mogą, po prostu, zmienić swoją preferencję. W tym konkretnym przypadku – z poezji na np. filmy określane mianem ambitnych.

 

                                                                     

Eustache Le Sueur, Alegoria poezji.

 

     Zainteresowanie okazywane ze strony poetów wspomnianemu tematowi, jest najwymowniejszym dowodem na to, że współcześnie głównie ich obchodzi los poezji, czyli tej najbardziej elitarnej ze sztuk operujących słowem (tak, przynajmniej, mówi teoria, w praktyce często jest inaczej). Na koniec tego fragmentu wspomnę, że niezmiernie rzadkie są opinie, iż sytuacja w jakiej znajduje się współczesna poezja jest dobra (osobiście trudno by mi było przytoczyć jakieś, ale zakładam, że takowe są formułowane).

     Listy przyczyn ograniczenia pola oddziaływania/obecności poezji, w zależności od tego, jacy poeci są ich autorami, obejmują różne punkty. Ale kilka z nich, przynajmniej na zdecydowanej większości tych list, powtarza się. Są to: konkurencja ze strony prozy, jeśli chodzi o literaturę, jak też innych dziedzin kultury, brak mecenatu ze strony państwa bądź kogokolwiek innego, niewielka uwaga poświęcana poezji w szkołach, jak również jej marginalna obecność w tzw. przestrzeni publicznej.

     Przy okazji zwraca się jednak uwagę na fakt, że wciąż bardzo dużo osób, przynajmniej w Polsce, pisze wiersze. Lecz tę konstatację bardzo często opatruje się kąśliwą uwagą, że czytelnikami wierszy są przede wszystkim poeci.

 

     Pogląd, że przyczyny mniejszej roli poezji, leżą poza nią samą, poza poetami, zawiera jednak, moim zdaniem, tylko część prawdy. Za mało bowiem mówi się, że źródłem problemów poezji jest też… sama poezja; przede wszystkim współczesna. Poświęca się temu niewiele uwagi, po pierwsze, dlatego, że nieliczni poeci to dostrzegają, a po drugie, i chyba przede wszystkim, poeci chcą widzieć przyczyny złej sytuacji dziedziny kultury, którą czynnie się zajmują, wyłącznie poza sobą. Dostrzeganie źródła problemów nie w sobie, jest często spotykanym zjawiskiem. Zyskuje się przez to, swoiste, rozgrzeszenie, przez co nieco lżej jest na, przysłowiowej, duszy. Jeśli jednak pisze się o tytułowym samoograniczeniu się poezji, wskazując na przyczyny tkwiące w niej samej, to uwaga zostaje głównie skupiona na języku jakiego używają poeci. Rzecz bowiem w tym, że bywa on niejednokrotnie tak hermetyczny (celują w tym przedstawiciele rozmaitych awangard), że kontakt między autorami wierszy a czytelnikami jest wręcz niemożliwy. Poeci w takich przypadkach stwierdzają, że to nie jest ich problem, ale… czytelników, którzy zatrzymali się na pewnym poziomie i nie chcą uczynić kroku bądź dwóch do przodu. A przecież poezja, tak jak w ogóle literatura, nie może istnieć bez czytelników, ewentualnie słuchaczy (tak, przynajmniej oficjalnie, się twierdzi; choć jest to truizm). Lecz za specyficznym językiem jakiego często używają poeci, kryje się, zresztą nie tylko moim zdaniem, jedynie część problemów współczesnej poezji, spośród tych, które są w niej samej. Problemem jest też to, o czym Adam Zagajewski wspomina w eseju Obrona żarliwości. Jako przykładem posługuje się poezją francuską (nawiasem mówiąc, jak odległe są czasy, gdy właśnie ta poezja była czytana na całym, dosłownie, świecie, a jej przedstawiciele wyznaczali kolejne prądy/kierunki w poezji światowej). A ma na względzie takie oto zjawisko:

     „(…) we Francji na przykład (…) od kilkudziesięciu lat liryka pojmuje swoje powołanie jako metodologiczny monolog, jako nieustającą medytację nad pytaniem ‘jak możliwy jest wiersz’. To tak jakby zamyślony krawiec, zamiast szyć ubrania, wciąż się tylko zastanawiał nad pięknym arabskim przysłowiem ‘igła, która ubiera tylu ludzi, sama pozostaje naga’. Ludzie myślący, poszukujący odpowiedzi na istotne pytania, muszą się odwrócić od takiej suchej, narcystycznej, hermetycznej poezji”. Ten sam Zagajewski w tekście Lustro kłamie, na ten temat wyraził się jeszcze lapidarniej:

     „(…) przedmiotem poezji jest świat, a nie poezja”.

     Czesław Miłosz, w jednym z listów do Thomasa Mertona, tę kwestię podsumował/skomentował równie zwięźle w nst. sposób:

     „Jestem za poezją, która karmi się nie samą sobą”.

     Z owym żywieniem się poezji samą sobą, łączy się też bezpośrednio to, że wielu poetów nie wie, po prostu, o czym pisać. Powodem tego może być np. to, że życie jakie wiodą nie dostarcza im tematów. Ale równocześnie daje o sobie znać imperatyw pisania wierszy. O takiej konieczności pisania, która jest nie do pokonania, wspomina John Ashbery. Z tym, że miłośnicy jego twórczości (są tacy), nazywają to eksperymentowaniem. On zresztą również. A na ten temat powiedział coś takiego:

     „Brałem do ręki amerykańskie czasopismo, na przykład „Esquire”, otwierałem je na chybił trafił, wybierałem jakieś zdanie i od tego zaczynałem pisać własny tekst. Kiedy brakowało mi konceptu, znów zaglądałem do czasopisma. Było to czyste eksperymentowanie”.

     O innej jeszcze przyczynie powstawania wierszy wspomniał lord Byron w liście do Johna Hunta. Choć pochodzi on z epoki znacznie wcześniejszej (17 marca 1823 r.):

     „Komponuję nadal wiersze dla tej samej przyczyny, dla której jeżdżę konno, czytam, kąpię się czy podróżuję – z nawyku”.

 

     Wypadkową braku tematów i towarzyszącej temu potrzeby pisania utworów poetyckich, jest wiele dziesiątków tomików wydawanych każdego roku. To zaś skutkuje często tym, że po zaznajomieniu się kolejny raz z tego typu zbiorami wierszy, czytelnik (mam na myśli także siebie) nie przejawia już żadnej ochoty na sięgnięcie po następne. Niestety, także wtedy, gdy ma do czynienia z debiutantami. A jeśli już najdzie go chęć na lekturę wierszy, najprawdopodobniej, sięgnie po utwory znane już sobie, sprawdzone. Jeśli zaś będą to utwory nowe – po te, które wyszły spod piór poetyckich znakomitości (kto zostanie zostanie zaliczony do ich grona, to już kwestia indywidualnych preferencji).

     Na problemy poezji, które leżą w niej samej, na owe samoograniczenie, zwraca uwagę Joseph Epstein w eseju Kto zabił poezję?. Na ten temat piszę on, między innymi, tak:

    „Przyjmując lirykę za swą główną formę wypowiedzi, poezja współczesna narzuciła sobie poważne ograniczenia. Zrezygnowała więc w dużej mierze z tego, co zawsze czyniło z literatury przedsięwzięcie pierwszej wagi; zrezygnowała ze zdolności snucia opowieści, z relacjonowania tego, jak ludzie żyją lub żyli, z dochodzenia wyższych prawd na temat egzystencji (…)”*. To znaczy zaprzestała tworzenia utworów na miarę np. Boskiej Komedii Dantego Alighieriego, będącej nie tylko opisaną językiem poetyckim podróżą po Piekle, Czyśćcu i Raju, ale również zapisem na temat kultury i wiedzy średniowiecznej. Uzupełnionym dodatkowo wątkami zaczerpniętymi z życia politycznego i społecznego współczesnego autorowi, jak i z epok minionych. A przecież epika obejmuje także arcydzieła powstałe na długo przed Boską Komedią, choćby, Iliadę, Eneidę, jak i powstałe później, żeby wspomnieć Raj utracony, Fausta, czy też Pana Tadeusza. Każde z tych dzieł jest czymś więcej niż obszernym zapisem relacji: podmiot liryczny – świat. Natomiast w ostatnich dziesięcioleciach poezja niezmiernie rzadko podejmuje takie wyzwania. Jednym z nich jest, opublikowana po raz pierwszy w 2006 r., Latająca góra Austriaka Christopha Ransmayra – opowieść o dwóch braciach, mieszkańcach małej wyspy w pobliżu Irlandii, którzy wyruszają do Tybetu. Okazuje się więc, że można. Z tym, że prawie wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, iż gdyby Dante tworzył na początku trzeciego tysiąclecia, do przedstawienia swej wyimaginowanej podróży po zaświatach (w towarzystwie Wergiliusza), mając do wyboru poezję i prozę, posłużyłby się tą drugą. (Ale pewnie najchętniej, gdyby miał ku temu możliwości, nakręciłby trzyczęściowy film fabularny w technice 3D na podstawie swojego scenariusza.)

     Poezja wycofała się też z teatru. Niezupełnie, oczywiście, gdyż utwory napisane wierszem w wiekach minionych, i uznane za znaczące, nadal są grane. I nikogo to nie dziwi. Lecz prezentowanie na deskach scenicznych współczesnych tragedii i komedii, których bohaterowie mówiliby wierszem, wywołałoby, jestem tego pewien, zdecydowany opór ze strony publiczności. W tym jednak wypadku, za samoograniczeniem się poezji stoją dramaturdzy. To oni, z tylko sobie znanych powodów, kilka pokoleń temu, dokonali takiego właśnie wyboru. Uczynili to zresztą w epoce, gdy poezja nie znajdowała się jeszcze w zupełnym odwrocie.

    

     Odgrywanie przez poezję zdecydowanie mniejszej roli w opisywaniu ogólnych zjawisk światowych, zdarzeń, jak też w ich komentowaniu, ocenianiu, podobne jest, cokolwiek, do zmienionej roli filozofii na przestrzeni jej dziejów. Od opisywania świata i jego tłumaczenia, niemal we wszelkich aspektach/przejawach, co miało miejsce w dawno minionych wiekach, obszar jej funkcjonowania zmniejszał się stopniowo. W rezultacie czego, w XX w. został ograniczony do… filozofii (nie wiemy zresztą, czy proces ten został zakończony). Siłą sprawczą tego procesu było usamodzielnianie się kolejnych nauk dysponujących metodami badawczymi, których filozofia nie miała, bo i mieć nie mogła. Tak więc wspomniane stopniowe ograniczanie pola działania filozofii, spowodowały, że tak się wyrażę, siły wyższe, którym nie sposób było się przeciwstawić. Ich źródła znajdowały się bowiem poza filozofią.

     Przez wiele wieków istnienia literatury, jej synonimem była poezja. Bo to ona stanowiła literaturę. Potem oddzielił się dramat, choć język poetycki długo był jego językiem. Później, znacznie później, pojawiła się proza. Właśnie, pojawiła się, a nie oddzieliła od poezji. Nie pochodzi bowiem z jej pnia. I stopniowo, właśnie na jej rzecz, poezja zaczęła rezygnować z epickości. Jako taka nie utraciła bowiem zdolności do prowadzenia naracji, jak i do opisywania z dystansu, w miarę obiektywnie, zdarzeń. Należałoby raczej stwierdzić, że to kilka ostatnich pokoleń poetów utraciło tę zdolność. Ale bez żadnych problemów, i to w sposób płynny, zostali zastąpieni przez prozaików. I tu, moim zdaniem, tkwi główna przyczyna marginalizacji poezji. Dobrowolnie bowiem, przez nikogo „nie nagabywana”, „nie zmuszana” do tego, w zupełnej ciszy, prawie się wycofała z literackiej sceny. Mało tego, można odnieść wrażenie, że jest zadowolona z tak istotnego umniejszenia swej, pierwotnie rozległej i szczytnej roli. A źle czuje się wtedy jedynie, gdy ktoś przypomni jej o tym. Bo sama już o tym nie pamięta, a ściślej mówiąc – mamy do czynienia z niepamięcią tych, którzy winni jej służyć bezpośrednio.

     W tym momencie szczególnie chciałbym podkreślić owo „samoograniczenie”, bo jak inaczej nazwać rezygnację z odgrywania roli także w epice, gdy istnieją ku temu potencjalne możliwości?

 

*

 

       Ale samoograniczenie się poezji, jej dobrowolne ustąpienie pola konkurencji, to jedno. Bo czymś równie istotnym, co odnosi się jednak szczególnie do współczesności, jest i to, że teraźniejsza poezja polska, ta bowiem najbardziej, w tym momencie, mnie interesuje, cierpi na Coś, co można nazwać: pustką intelektualną. Rzecz jasna zdarzają się wiersze, które nie potwierdzają tego mojego stwierdzenia. Ale jak brzmi pewne stare i powszechnie znane przysłowie: wyjątki potwierdzają regułę.

                    

     Poeci piszący swój sto pierwszy wiersz o alkoholizowaniu się, i o tym czym to skutkuje (rzecz jasna są to młodzi poeci, gdyż tylko oni mogą być żywić przekonanie, że odkrywają Amerykę) szkodzą poezji w tym samym stopniu, co poetki zapisujące sto pierwszy utwór swego autorstwa mówiący o zachwycie nad pięknem róży. W tym drugim przypadku wiek nie odgrywa żadnej roli, gdyż wspomniany zachwyt najczęściej towarzyszy całemu życiu.

 

     Nie widzę przesłanek do stwierdzenia, że poezja nie ma przed sobą przyszłości. Niewątpliwie ma ją. Ale dalsze istnienie poezji będzie zależne od tego, jak długo nie będzie w stanie Nic z nią konkurować w wyrażenia emocji ściszonym głosem (nawet wtedy, kiedy słowa są opatrzone wykrzyknikami), wręcz w ciszy. Na razie nie sposób wyobrazić sobie, aby Coś mogło w tym względzie zastąpić wiersza lirycznego. Pole działania poezji współczesnej jest wprawdzie niewielkie (można śmiało mówić o poletku), ale jego granice wyznaczone przez lirykę, są wyraźnie widoczne.

           Rzecz jednak w tym, że obecnie sytuacja poezji jest bardzo niekorzystna. Jest ona bowiem wręcz przyparta do ściany. Oddycha w miarę swobodnie. Wystarczy jednak nawet niewielki nacisk w kierunku owej ściany, żeby ten oddech stał się nierówny…

     Jeśli poezja, tak jak sformułował to William Hazlitt, „nie jest gałęzią literatury, ale samym życiem”, nie powinna być letnia i naskórkowa, jednotematyczna, winna bowiem zająć się kwestią dobra i zła; sferą jej zainteresowania winno być nie tylko profanum, ale i sacrum, którego obecnie nie zauważa, zachwycona wizją Świata bez Boga. Od poezji oczekuję bowiem, podkreślam pierwszą osobę liczby pojedyńczej, sprzeciwu wobec wszechobecnego w naszym życiu relatywizmu i towarzyszącego jemu nihilizmu. Bo oba te zjawiska, ale nie tylko one, sprawiają, że ubożejemy duchowo, sprowadzając się do roli, tylko i wyłącznie, wyznawców scientyzmu, utylitaryzmu, nieczułych na wszelką transcendencję.

       Gdy ów proces, jestem pewien, że jest on odwracalny, zostanie zahamowany, najpewniej i ja będę sięgał po poezję (bardzo) współczesną, w tym polską. Przynajmniej tak często, jak czynię to w przypadku utworów poetyckich napisanych w dziesięcioleciach wcześniejszych. Bo czyż nie chwalono poezji polskiej powstałej w owej minionej epoce (minionej, gdyż mamy początek XXI w.)? A wśród chwalących był, między innymi, Josif Brodski, który mawiał i pisał, i to nie raz, nie dwa, że Polska dała najwspanialszą poezję XX w. A jego opinię, zresztą nie odosobnioną, warto brać pod uwagę, choćby była (nieco) przejaskrawiona. Zresztą we wszelkim chwaleniu, Brodski był bardzo powściągliwy. Twórczość polskich poetów ze wspomnianego okresu ceniona jest np. za:

     – „frapujące połączenie historycznego rozmachu z drobiazgowym odmalowaniem szczegółu”;

     – „poczucie, że ludzkość jest pamięcią, pamięcią historyczną, i że nasza nadzieja w tym, co historyczne”;

     – „prezentowała wartości niezmienne w epoce zupełnego relatywizmu. Dała (…) historyczną poezję zapisaną pod znakiem wieczności”.

      

Rodzaj krótkiej konstatacji

     Ograniczywszy zdecydowanie swój udział w wymianie myśli, za czym stali sami poeci i (w mniejszym jednak stopniu) dramaturdzy, poezja odczuwa obecnie efekty tego procesu. Nie był on zresztą bardzo rozciągnięty w czasie. Można powiedzieć, iż dokonał się, mniej więcej, na przełomie XIX i XX w. Cóż to jednak znaczy, gdy spojrzy się na wieki rozwoju/istnienia poezji. A w przypadku poezji greckiej, tych stuleci jest kilkanaście, a chińskiej – aż kilkadziesiąt.

     Na przyszłość poezji, parafrazując wypowiedź Josifa Brodskiego, można spojrzeć i tak:

     (…) im prędzej poezja sięgnie dna, tym prędzej wypłynie na powierzchnię. I niech ta parafraza stanowi rodzaj pocieszenia. Ale tylko dla tych, którzy lubią bądź chcą być pocieszani.

 

 

     * „Ameryka” 1991/237; przedruk z „Commentary”, sierpień 1988 r.

_________________________________

Wrocław, czerwiec 2010-czerwiec 2012

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko