Leszek Żuliński i Eugeniusz Kurzawa o Andrzeju K. Waśkiewiczu

0
159

Leszek Żuliński i Eugeniusz Kurzawa o Andrzeju K. Waśkiewiczu



Leszek Żuliński


W poszukiwaniu straconego czasu

 

            O projekcie tej książki wiedziałem już od niemal roku… I oto leży ona – jeszcze rozgrzana zapalczywą lekturą – na moim biurku… Eugeniusz Kurzawa, wieloletni przyjaciel Andrzeja K. Waśkiewicza, dopiął swego dzięki Wydawnictwu Adama Marszałka.

            A było to tak: Kurzawa postanowił zorganizować Waśkiewiczowi objazd po jego lubuskich miejscach. AKW spędził w Lubuskiem 33 lata. Tu w 1946 roku przywiozła go matka (miał wtedy 5 lat) szukająca sobie miejsca po wojnie i po śmierci męża, ojca Andrzeja, w Powstaniu Warszawskim. Szukali wytrwale stabilności – w Lubsku, Starym Zagórzu, Dychowie, Kożuchowie, Szprotawie, Jarocinie, wreszcie, na dłużej (1965-1979), w Zielonej Górze. W roku 1979 Waśkiewiczowie przeprowadzili się do Gdańska i tam Andrzej zmarł 11 lipca ubiegłego roku. To były trzy etapy jego życia – pierwszy (warszawski), najsłabiej zapamiętany, przypadający na dziecięce lata w czas wojny. Drugi – jak już wspomniałem 33-letni – przeżyty w Lubuskiem. I ten ostatni, nadmorski, który trwał dla Andrzeja także 33 lata. Ale chyba ten „środkowy etap” był najważniejszy – wtedy to AKW stawał się wybitnym poetą i krytykiem, do Gdańska przyjechał już przecież jako znana postać literatury.

            Tak więc przez trzy dni (16-18 maja 2011) Andrzej w otoczeniu swojej rodziny, także Kurzawów, także Pani Marii Wasik (znanej bibliotekarki zielonogórskiej) odbył podróż sentymentalną „w poszukiwaniu straconego czasu”. Może bardziej utraconego niż straconego; utraconego tak, jak traci się lata najlepszej młodości i miejsca, w których się dorastało. Domyślam się także, że Andrzeja trapiła inna zgryzota: był już wtedy ciężko chory i chyba wiedział, że odkładać tej podróży nie może (zmarł niespełna 14 miesięcy potem).

            Jeździli po w.w. miejscowościach – tu Andrzej chodził do podstawówki, tam kończył Technikum Rolnicze, gdzie indziej Studium Bibliotekarskie. W Jarocinie napisał swój pierwszy wiersz, a w Zielonej Górze był już redaktorem prasy literackiej („Nadodrze”) i coraz bardziej znanym autorem kolejnych książek. Magistrem-polonistą o wiedzy i kompetencjach profesorskich.

            Obchodzimy z nimi tamte miejsca. Odzyskane po wojnie miasteczka, powojenne kamieniczki, liche mieszkania, zapyziałe uliczki, podwórka, kąty… Dotykamy, czasami przejmującej, chudoby tamtych lat. Poznajemy ludzi, których AKW wspomina; wysłuchujemy jego opowieści, nasiąkamy jego powidokami. Jakże często padają tu słowa „nie pamiętam”, „chyba”, „zdaje mi się” – bo ta podróż to odgruzowywanie przeszłości tak głębokiej, że sam bohater opowiada ją czasami bardziej przez sen niż przez ostry obiektyw. Ale z tego wyłania się arcyciekawy obraz czasu. Obraz migracji terytorialnej i duchowej. I spory kawałek Polski, kawałek historii. Życie i losy co najmniej trzech pokoleń.

            Książka jest znakomicie skonstruowana. Kurzawa wziął na siebie rolę „kierownika wycieczki”. Każdy etap trzydniowych peregrynacji poprzedza swoim tekstem. Ale zaraz potem następują autorskie, bardzo osobiste wspomnienia Waśkiewicza, spisane autobiograficznie (głównie, choć nie tylko, w roku 2006) i tu wkomponowane. Wtedy właśnie AKW zwalnia z narracji Kurzawę i własnymi słowami opowiada nam, co tu i tam zapamiętał, czym żył, jak dorastał, jak się kształtował, jakie rozterki przeżywał, jakie pytania sobie stawiał. Ze swoistym sobie dowcipem i zdystansowaniem buduje spleen, przaśność i poetykę czasów, które garbowały mu skórę i wiodły w coraz bardziej samodzielne życie. Ja jestem od Waśkiewicza młodszy o osiem lat, w różnym więc wieku przeżywaliśmy tamte klimaty i cezury, a jednak powidoki Andrzeja są mi bardzo bliskie (np. też wychowałem się w „poniemieckim” miasteczku) –zapewne dlatego ta książka bardzo mnie poruszyła.

            Książka jest bogato ilustrowana zdjęciami tak z tej podróży, jak i z poprzednich lat życia Andrzeja. W sumie mamy do czynienia z osobliwą autobiografią. AKW zdążył się z nami podzielić bardzo szczegółowymi wspomnieniami, opowiedział nam wiele o swoich przodkach, o losach rodziny i jej peregrynacjach, o własnym domu i własnym dorastaniu, o swoim „wizerunku wewnętrznym” oraz o drodze do literatury. Ale z takim typem autobiografii dotąd się nie spotkałem – myślę, że dzięki Kurzawie powstała nowa odmiana tego gatunku, nowy pomysł na prezentację czyjegoś żywota i dorobku.

            W wynurzenia Andrzeja wpisany jest jeszcze jeden wątek – literacko-autotematyczny. Znajdziemy tu otóż fragmenty takie jak ten: Jedno jest pewne – wiersz najpierw jest, potem zostaje napisany. Najpierw jest, nieskrystalizowany jeszcze; najpierw są obrazy, niezorganizowane poetyckie wspomnienia; jest przekonanie, że wiersz powinien, że musi być napisany. Należę do tych poetów, u których czynność pisania jest równocześnie tworzeniem wiersza. Wiem, że są inni, którzy w momencie pisania mają już wiersz gotowy, pisanie bywa wówczas tylko zapisaniem gotowego już wiersza. U mnie jest inaczej. Jedna metafora, obraz ujrzany (wyobrażony) w nagłym błysku przywołuje za sobą dalsze. A już w momencie pisania, jeżeli go nie zapiszę, mogę być prawie pewny, że w tym kształcie nie wróci już nigdy; w momencie, gdy go zapiszę, stanowi punkt, na którym można się oprzeć. Znając realizm Waśkiewicza i jego racjonalny stosunek do niemal wszystkiego, zdumiewa to „metafizyczne” wyznanie. Ale on właśnie tak pisał, taki był, i wie o tym każdy, kto się przez lata wczytywał w jego poezję. Andrzej zresztą co najmniej w kilkunastu miejscach cytuje swoje wiersze, wyjaśniając ich background biograficzny. Wtedy ze zdumieniem rozumiemy, jak przetwarzał materię faktograficzną na fluidy zupełnie innej proweniencji. W tym była siła jego poezji. On – zasłuchany w język pierwszej awangardy – blisko serca nosił intuicję typu leśmianowskiego. Z tego zderzenia wzięła się oryginalność i przenikliwość poezji Andrzeja.

            Sądzę, że tą historią czterech dekad literackich (1961-2011) swojej aktywności Andrzej K. Waśkiewicz zapisze się na stałe jako jeden z najciekawszych poetów i krytyków (oraz animatorów życia literackiego).             Będziemy do niego wracać, nasi następcy będą o nim pisać. Bez tej książki, którą zawdzięczamy pomysłowi i determinacji Eugeniusza Kurzawy, pisanie o Andrzeju wydaje mi się już niemal niemożliwe…

 

Eugeniusz Kurzawa Andrzej K. Waśkiewicz – miejsca opuszczone, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2012, s. 220





Eugeniusz Kurzawa – Losy. Waśkiewiczowie i Higersbergerowie

 

 

 

– Są takie dwa zdjęcia z twego dzieciństwa. Pierwsze nazywałem „Panicz”. Dzieciak w pięknym białym ubranku, „dorosła” biała czapka na głowie. W tle stoi mama. Domyślam się, iż fotkę zrobiono we dworze, w Trzylatkowie. Przy drugiej fotce zastanawiam się nad tytułem… „Walonki”? Stoisz zimą na ulicy w Łodzi, jak wiem. W kurtce z koca, w wysokich butach. Oba zdjęcia dzielą może ze dwa lata. I dwie epoki.

– Zdjęcie z Łodzi w 1946 roku wykonał, jak sądzę, fotograf uliczny. To, że kraciaste paletko zostało zrobione z koca, powiedziała mi potem matka. Pamiętam też spodenki uszyte z bryczesów ciotki. I to, że co było do przerobienia to się przerabiało, z dwóch swetrów jeden, z podartych koszul chustki do nosa. Tyle, że to było normą, nie odstępstwem od niej. Tak było w większości domów, które znałem. Nic szczególnego…

 

– Wczesne dzieciństwo Andrzejka utrwalił na zdjęciach ojciec, Błażej. Fotografia to było jego hobby?

– Tak, obok motoryzacji fotografia była jego drugim hobby. Zresztą dziadek Higersberger też robił zdjęcia, więc i wcześniejszy okres, z czasów dzieciństwa mamy, mogę sobie obejrzeć. Zachowały się po wojnie cztery albumy zdjęć wykonanych przez ojca. Zdaje się, iż po powstaniu niania poszła na ruiny naszego warszawskiego mieszkania i oprócz innych rzeczy znalazła te cztery albumy z fotkami. W ten sposób ocalały.

 

– Niektóre, z zupełnie małym brzdącem na pierwszym planie, powstały w domu w mieście. Jak choćby to klasyczne, gdzie leży niemowlak z pisiorkiem na wierzchu. Albo twoja fotka z mamą w wiklinowym, zdaje się, łóżku. Lecz inne zostały zrobione gdzieś w pejzażu wiejskim. Uśmiechnięty blondynek za nim domy, może stodoły. Albo berbeć siedzący na trawie czy w kojcu. Toczy się wojna, a na fotografiach sielanka?

– Te pierwsze zdjęcia rzeczywiście powstały w Warszawie, te drugie w Trzylatkowie, w posiadłości dziadków Higersbergerów, wtedy już nieżyjących, gospodarzył tam najstarszy z rodzeństwa, Jerzy. Rodzice zapewne jeździli do swojej rodziny, prowadzili w miarę „normalne” życie, na ile to było wówczas możliwe. Ze stolicy do Trzylatkowa nie jest daleko. Nie wiem wprawdzie jak się poruszali, może motocyklem ojca, lecz pokonanie tej odległości to chyba nie była wielka trudność komunikacyjna, chociaż oczywiście ówczesna sytuacja nie była łatwa. No, a zdjęcia powstawały, bo przecież mimo okupacji front w tym czasie był dość daleko od Warszawy. Działania wojenne zaś nie rozgrywały się codziennie, choć wiadomo, iż Polacy ginęli w obozach koncentracyjnych, w czasie łapanek ulicznych, na gestapo, na Pawiaku. Ludzie mają tę cechę, że mimo najtrudniejszych warunków starają się żyć normalnie. Moi rodzice mieli w tym czasie jedynaka, starali się, żeby miał w miarę możliwości pogodne dzieciństwo…

 

– Mówiłeś o motocyklowym hobby ojca.

– Nie tylko hobby. Z tego, co wiem krótko przed wojną prowadził przedsiębiorstwo zajmujące się sprzedażą motocykli. Chyba marki Junak. Jednak nie zrobił na tym interesu. Natomiast tuż przed wybuchem działań wojennych zawarł umowę z Policją Państwową na sprzedaż ratalną większej partii motocykli. Niestety, wojna zburzyła wszystkie te plany…

Ale ojciec był też zapalonym motocyklistą, rajdowcem. Dokumentuje to jeden z albumów ocalałych po powstaniu niemal w całości wypełniony zdjęciami motocykli, fotkami rajdów, spotkań w Polskim Związku Motorowym, którego był działaczem. Piszę o tym w dwóch wspominkach pt. „Zawód” oraz „Dwie fotki (poniekąd historyczne)”.

 

– Można je znaleźć kilka kartek dalej. Ciekawi mnie, jak poznali się twoi rodzice?

– To akurat nie jest tajemnicą. Otóż wcześniej, „przed motocyklami”, ojciec, wspólnie ze swoją siostrą, prowadził zakład elektrotechniczny. A mama przywoziła do Warszawy akumulatory do naładowania. W majątku w Trzylatkowie nie było prądu, korzystano z lamp naftowych oraz z prądu z akumulatorów. Tak się poznali.

 

– Kiedy i gdzie był ślub?

– 10 lipca 1938 roku, zdaje się w Lipiu koło Trzylatkowa, bo tam była parafia.

 

– Po ślubie zamieszkali w stolicy. Gdzie to było? Czy kupili dom, czy tylko mieszkanie?

Czy ten właśnie budynek, z którego po powstaniu niania wynosiła ocalone przedmioty?

– Wydaje mi się, że kupili mieszkanie w kamienicy i raczej nie wiązała się z nim własność gruntowa. Nie było zatem mowy po wojnie czy po transformacji ustrojowej o odzyskiwaniu nieruchomości. Ale tak naprawdę nigdy się tym nie interesowałem. Ów zniszczony dom stał przy ul. Puławskiej, taki był ostatni adres rodziców. Nie znam numeru, w każdym razie była to nowsza część ulicy. Wcześniejsze warszawskie adresy to ul. Asnyka 6 i ul. Niemcewicza 9.

 

– Mama była bardziej posażna, prawda?

– Raczej tak, choć ojciec też wniósł swój wkład, wcześniej prowadził przecież własną działalność gospodarczą. Natomiast mama pochodziła z rodziny właścicieli ziemskich, której historia w Polsce, jak podają źródła historyczne, sięga panowania dynastii saskiej. Higersbergerowie przybyli na teren I Rzeczpospolitej z Saksonii i osiedlili się na Kujawach i Pomorzu. Choć znam też domową wersję, że ród pochodził z Kurlandii. W historii sztuki znany jest obraz z roku 1790, przypisywany Janowi Chrzcicielowi Lampiemu Młodszemu, portret Ferdynanda Higersbergera z żoną Anną z Masłowskich. Walorem dzieła było rzadkie ujęcie: zbiorowy portret szlachecki. Trzylatków w posiadaniu rodziny był krótko, zaledwie dwa pokolenia. Kupił go pradziadek, ostatnim właścicielem był wuj.

 

– Jest w tej rodzinie Józef, który był ministrem sprawiedliwości w 1921 roku, potem prezesem NIK; jego ojciec, też Józef (1817 – 1896) był z kolei dyrektorem i wiceprezesem Banku Polskiego. Widać to ciekawa rodzina ze względu na niebanalne losy, ponoć miała też zasługi dla kraju, wspominałeś, że gdzieś w Płockiem jest rondo im. Higersbergerów. Ale czy to gałąź ze strony twojej mamy?

– Pokrewieństwo jest dość bliskie, to właściciele majątku Rataje. Ich potomkowie, o tym samym nazwisku, wciąż żyją. Wuj Jerzy, chyba jedyny z rodzeństwa, który się tymi sprawami interesował, sporządził odręcznie drzewo genealogiczne, zachowałem ten wykres. Można poszukać, sprawdzić… Powiem szczerze, jakoś nigdy nie zajmowałem się genealogią i największe zasługi w ratowaniu pamięci o mojej rodzinie ma moja żona, Hanka. Dopiero dzięki jej uporowi stosunkowo niedawno przejechaliśmy kawał drogi z Gdańska do Kożuchowa, żeby zadbać o grób siostry i brata mamy, z podobnym zamysłem potem jechaliśmy do Trzylatkowa, w towarzystwie naszego syna, Marcina.

Jeśli idzie o rodzinę ze strony mamy to może zacznijmy od niej samej. Mama urodziła się 25 grudnia 1916 r. w posiadłości Trzylatków w Grójeckiem, zmarła 18 grudnia 1980 r. w Gdańsku; zdaje się, że w powojennych dowodach ujęła sobie parę lat. Dziadek Kazimierz był żonaty z Haliną Skórczewską, córką sławnego lekarza z Krynicy, autora licznych publikacji medycznych; notuje je Estreicher. Natomiast, to ciekawostka, poprzez któregoś z przodków dziadka Kazimierza, który ożenił się z panną Stattlerówną, jestem kuzynem drugiego stopnia pisarza Jana Walca. Dokładniej, nasze babki były siostrami, córkami Bolesława Skórczewskiego i Sabiny z domu Stattler. Stąd zresztą także moje dalekie pokrewieństwo z Wojciechem Stattlerem, malarzem, profesorem Matejki, i innymi Stattlerami, których było wielu. Matką Jana Walca jest Róża Nowotna, po mężu Walc. Żeby było zabawne, mógłbym doszukiwać się powinowactw z młodopolskim dramaturgiem Bolesławem Gorczyńskim, malarzem Wierusz-Kowalskim… O tyle nic szczególnego, że gdy rodzina jest względnie zamożna to jej przedstawiciele żenią się z podobnymi, statystyczne prawdopodobieństwo, że z czasem trafi się ktoś względnie sławny, jest dość duże.

 

– Jerzy, Wanda, Janina – twoja mama i Wojciech to dzieci Kazimierza i Haliny Higersbergerów. Losy Wandy i Wojciecha, odnotowywanego często jako znany malarz, złączyły się po wojnie z tobą, mamą i… ziemiami zachodnimi Polski.

– Tak, wpierw, w latach 50., ciocia Wanda przyjechała do nas do Starego Zagoru, gdzie wspólnie mieszkaliśmy, a potem przeprowadziła się z nami do Kożuchowa, tam mieszkała, początkowo też z nami, pracowała i zmarła. Ciotka urodziła się w 1909, ale – sądząc tylko po zdjęciach – można by uznać, iż różnica między nią a mamą była raczej niewielka. Również wuj Wojciech dołączył do nas, ale parę lat później i też osiedlił się w Kożuchowie. Oboje są pochowani w jednym grobie na cmentarzu komunalnym w Kożuchowie. O Wojciechu w różnych publikacjach można przeczytać, że był dyrektorem słynnej szkoły Kenara w Zakopanym, ale nie jestem tego pewien. Za moich czasów specjalnie malarstwem się już nie zajmował.

 

– A co z Waśkiewiczami? Też znane są losy rodziny do czasów saskich włącznie?

– Tutaj jest akurat odwrotnie. Prawie nic nie wiem, poza imionami dziadka i babci. On nosił imię Hipolit, zmarł w 1916 r., a jego żona, Antonina z Banaczkowskich, przeżyła go o 37 lat, czyli zmarła w 1953 r. A już pradziadkowie i wcześniejsi, to dla mnie biała plama. Ponoć, tak mówił rodzinny przekaz, dziadek miał prowadzić handel herbatą z Cesarstwem Rosyjskim. Zrobiłem sobie internetowy wyciąg dotyczący nazwiska Waśkiewicz w 1854 r. w Warszawie. W spisie miasta odnotowano pięciu Waśkiewiczów o imionach Antoni, Franciszka, Jan, Piotr i Wojciech mieszkających pod różnymi adresami, ale nie występujących jako właściciele budynków. Po prostu wynajmowali mieszkania, może tylko pokoiki. Z zawodu byli odpowiednio: Antoni czeladnikiem ostrogarskim, Franciszka kucharką, Jan emerytem, a Piotr grzebieniarzem. Nie mówię, że akurat ci, to są moi przodkowie, lecz pewnie taki mniej więcej był status społeczny i zawodowy moich protoplastów.

 

– Pisywałeś pod pseudonimem Krzysztof Kościesza, a Kościesza to, zdaje się, nazwa herbu. Może Waśkiewiczowie należeli do szlachty?

– Szlacheckich rodzin Waśkiewiczów jest kilka, żadna z nich nie pieczętuje się herbem Kościesza, herbem Sas tak, nawet herbem o nazwie tożsamej z nazwiskiem. Herbem Kościesza pieczętują się Waszkiewiczowie. Podejrzewam, że to ojciec postanowił się uherbowić, tyle że bez należytej staranności. Co do mnie to skłonny byłbym przodka widzieć jeśli nie w owym grzebieniarzu to w czeladniku ostrogarskim.

 

– Czy ojciec miał rodzeństwo?

– Tak i to dość liczne. Ojciec był najmłodszy z rodzeństwa. II wojnę przeżyło dwóch jego braci, Jan i bezdzietny Antoni oraz trzy siostry, Julia zamężna Guzlowa, Zofia Aniela Trzcińska oraz Anna, po mężu Krzemińska. Wcześniej dwóch braci zginęło w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., a jedna z sióstr zmarła w młodości.

 

– Powinieneś mieć wielu krewnych.

– Paradoksalnie jestem ostatnim Waśkiewiczem z tej gałęzi rodziny. Oczywiście po mnie są moi trzej synowie i są też wnuki.

 

– Skoro ojciec miał tak liczną rodzinę, to dlaczego ty jesteś w niej ostatni?

– Proste. Najstarszy brat ojca Jan, słynny „krwiopijca żyrardowski”, opisany w literaturze i reportażach, miał tylko córkę, zresztą dość znaną panią profesor KUL, Hannę Waśkiewicz, wtedy jedną z niewielu specjalistek od filozofii prawa i prawa naturalnego. Antoni zmarł bezpotomnie, podobnie jak Julia. Zofia miała dwóch synów, ale po wyjściu za mąż, to ona była już Zarębska. Zresztą mój Marcin utrzymuje z nimi kontakty. A ta ostatnia córka, Anna urodziła dwie córki. Jedna jest lekarzem w Warszawie, druga mieszka w Czechach. Zatem męskich potomków zabrakło.

 

– Zaciekawił mnie ten „krwiopijca” z Żyrardowa. Powiedz coś o nim.

– Mieszkał w Warszawie, a w Żyrardowie, w zakładach włókienniczych pracował. Jedyny w rodzinie po studiach, skończył Politechnikę Warszawską. Został zatrudniony jako dyrektor administracyjny w fabryce, która istniała jeszcze za czasów carskich. Z tamtego okresu zachowało się przy zakładzie wiele instytucji, nazwijmy je tak, społecznych, ważnych dla pracowników, ich rodzin. Bo Żyrardów był miastem przyfabrycznym. W okresie międzywojennym przedsiębiorstwo kupił kapitał francuski. I wówczas…

 

– … zaczęły się działania oszczędnościowe?! „Zmniejszanie kosztów”? Skąd ja to znam!?

– Ludzie w mieście byli przyzwyczajeni do „socjalu”, a tu im Francuz zabiera coś, co dostali za cara. Dramat rodzin. I wtedy urzędnik średniego szczebla, niejaki Blechowski, zastrzelił jednego z właścicieli, Francuza. Stryj Jan po prostu zeznawał w sądzie podczas procesu. Utrwalił to w piśmiennictwie Paweł Hulka-Laskowski, mocno związany z Żyrardowem, pisywał potem reportaże Romuald Karaś, powieść Kazimierz Koźniewski i pewnie jeszcze inni. Słowem stryj przeszedł do historii.

 

– Ciekawa postać? Warta utrwalenia?

– Czy ja wiem? Pewnie tak. Zachowała się jeszcze taka anegdota o tym, jak przyjmował kobiety do pracy. Otóż wzywał do gabinetu i kazał podciągnąć spódnicę do kolan…

 

– Zbereźnik!

– Nie to! W zakładach włókienniczych podczas pracy się stało i biegało od krosna do krosna. Jeśli pracownica miała grube nogi nie nadawała się do tej roboty. Szybko się męczyła, nogi jej puchły, była mało wydajna

 

– Został jeszcze smutny wątek, śmierć twojego ojca w nieznanych okolicznościach. Wiadomo, że zginął w czasie powstania warszawskiego.

– Tak. Mówiąc w uproszczeniu było tak: rodzina wiedziała, że Błażek wyszedł do powstania i nie wrócił. Reszta jest do dziś nieznana. Ojciec był oficerem rezerwy. Prawdopodobnie brał udział w 1938 r. „zwycięskim” wkroczeniu wojsk polskich na Zaolzie. Po wrześniu 1939 pewnie został zdemobilizowany, ale kto wie, czy nie działał w konspiracji. I z tej racji mógł brać udział w powstaniu. Wiem, że był w AK w stopniu podporucznika, walczył w oddziale wolskim, jeśli dobrze nazywam. Miał pseudonim konspiracyjny „Winoszajtis”. Walczył na Politechnice w dniach 19 – 21 sierpnia 1944 r. Kiedy zginął? Prawdopodobnie właśnie w czasie walk na Politechnice. Gdzie jest grób? Nie wiadomo. Oczywiście, jest symboliczny nagrobek na Powązkach.

 

– Czy wyjeżdżając z naznaczonych wojną, ale w końcu znanych sobie miejsc, mama uciekała od tragicznych chwil po śmierci męża, także po śmierci miasta? Po ucieczce w 1944 r. z drogi do obozu w Pruszkowie, po krótkim epizodzie w Trzylatkowie i Łodzi zdecydowała się wszak na radykalną zmianę otoczenia.

 

– A co miała robić?!… Szansy na mieszkanie w Łodzi nie było. Praca tak, mam nawet kilka zdjęć z klasy, którą uczyła, ale mieszkanie, to było niemożliwe. No i był niesforny rozpuszczony dzieciak, który raczej utrudniał pożycie z rodziną. Ten epizod zresztą opisałem. Na zachodzie jest ziemia, głosiło hasło. Ale także mieszkania, praca. Całkiem więc naturalne, że taką decyzję podjęła. Nie miała innego wyjścia.

– Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz to, co się stało? Myślę o waszym wyjeździe na zachód kraju. Piszesz bowiem w wierszach, że w 1944 r. ocalałeś przypadkowo. A jak by mogło się potoczyć twoje życie, gdybyś z mamą jednak wytrwał u ciotki w Łodzi lub gdybyście z czasem wrócili do Warszawy? Spróbuj pogdybać: kim mógłbyś być dzisiaj bez młodości na Ziemi Lubuskiej?

– Ocalałem rzeczywiście przypadkowo, wehrmachtowiec eskortujący konwój do Pruszkowa pozwolił matce uciec. Pewnie gdybyśmy doszli do obozu przejściowego to by nas rozdzielono. Jeśli bym nawet przeżył, to raczej bez matki, w innej rodzinie, niewykluczone, że niemieckiej, bo byłem dość ładny, nieźle odżywiony blondas…

A jak by się życie potoczyło w Łodzi? Zupełnie nie wiem. Doświadczenia były by pewnie radykalnie odmienne, więc pewnie byłbym zupełnie innym człowiekiem.

 

– Miałem okazje znać twoją mamę, choć rozmawialiśmy niewiele. Pamiętam jej uczesanie, zawsze pełną papierosów popielniczkę, szlafrok, w którym chodziła po domu. Ale wtedy była już emerytką mieszkającą spokojnie u syna. Natomiast interesuje mnie, jak dawała sobie radę w pierwszych latach na nieznanej, obcej ziemi, na dodatek z małym chłopcem? W końcu pochodziła „z wyższych sfer”, nie

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko