Krzysztof Lubczyński rozmawia a artystą plastykiem Markiem Sułkiem

0
270

Krzysztof Lubczyński rozmawia a artystą plastykiem Markiem Sułkiem

Zacznijmy od początku. W Warszawie studiowałem malarstwo i kreację w architekturze, w Amsterdamie wydziały połączone: rzeźby monumentalnej, malarstwa i grafiki. Taka różnorodność działań związana jest z moim charakterem – ciągle robię coś innego. Nie koncentruję się na jednej dyscyplinie, nie trzymam się jednej linii, jak wielu moich kolegów artystów. Również moi byli profesorowie – Ryszard Winiarski i Jan Tarasin podążali konsekwentnie swoimi artystycznymi drogami. Ja tak nie mogłem. Zajmuję się malarstwem, rzeźbią, fotografią. Jednego dnia tworzę prace przestrzenne, innego projekty graficzne. Ostatnio jednak wymyśliłem coś, co łączy sztukę z designem – artystyczne stoły, gdzie obraz, collage, lub fotografia artystyczna jest częścią mebla – artystycznym blatem.


Czy Winiarski i Tarasin mieli na Ciebie jakiś wpływ?


Wówczas ogromny. Choć o wiele bardziej związany byłem z Ryszardem Winiarskim, w którego pracowni byłem od początku do końca studiów. To był jedyny stały element w mojej edukacji. Pozostałe pracownie co roku zmieniałem. Do profesora Tarasina, u którego realizowałem pracę dyplomową, trafiłem na dwa ostatnie lata. Mieszkając wówczas w Holandii kontaktowałem się z nim głównie korespondencyjnie. Nie było jeszcze internetu więc pocztą wysyłałem zdjęcia i opisy moich prac. Podobnie było w przypadku prof. Winiarskiego. Choć tu współpraca była bardziej prosta, – skupiona bardziej na koncepcji niż formie. Winiarski, jak wiadomo zainteresowanym, był artystą konceptualnym, realizującym swe nowatorskie projekty na całym świecie, – bardziej znanym np. w Holandii niż w Polsce. Tak jak wspomniałem, obaj moi profesorowie mieli na mnie duży wpływ, ale bardziej jako osobowości, jako prywatni ludzie. Skoro Winiarski dystansował się od sztuki swoich poprzedników i współczesnych, dlaczego ja nie miałbym dystansować się od niego? Oczywiście zachowując cały szacunek i uznanie oraz zdrowy rozsądek. Po ukończeniu studiów podjąłem próbę odrzucenia to co wyniosłem z akademii. To rodzaj buntu, – chciałem się „oczyścić” -zerwać z tym, czego się wcześniej nauczyłem. Pójść swoją, nie związaną z otaczającą mnie wówczas sztuką, drogą.


Co dały Ci studia amsterdamskie?


Akademia a Amsterdamie to jedna z najważniejszych designerskich szkół na świecie. Kładą tam duży nacisk na design, na działalność użytkową. Rietveld Academie – ma początek w działalności Mondriana – współtwórcy abstrakcjonizmu, i Gerrida Rietvelda – wybitnego modernistycznego designera, twórcy m.in. słynnego, supernowoczego krzesła Rielvelda.

Studiując malarstwo i rzeźbę uczyłem się również zastosowania tych technik w realizacjach w przestrzeni otwartej – rzeźba uliczna, artystyczne obiekty monumentalne, murale. Dzięki tej szkole posiadam m.in. praktyczne umiejętności realizacji takich projektów. Znam się na konstrukcji i technologii. Operuję materiałami które nie są wykorzystywane, a nawet nie są znane na warszawskiej ASP.

 

Czym różnią się studia tamtejsze od polskich?


       W Polsce jest tradycyjny podział na mistrza i ucznia. Może prowadzić to do całkowitego uzależnienia studentów od jednego profesora. Jeśli profesor jest genialny to dobrze, a jeśli nie? Tacy młodzi artyści, często nie mogą odnaleźć się w swej późniejszej samodzielnej pracy. Utrwalony kanon może ciążyć na nich przez długie lata. Druga istotna różnica w edukacji to podejście do studenta. Duża swoboda i tolerancja w polskich uczelniach powoduje że efekty studiów, są delikatnie mówiąc różne. Mam na myśli tolerowanie studentów którzy bądź minęli się z powołaniem bądź też będąc pewnymi swojej wartości nie koniecznie przykładają się do pracy. Ukończenie ASP dla studentów jest procesem naturalnym. Uzyskany dyplom obok prestiżu nie przynosi automatycznie wymiernych profitów. W Holandii system edukacji jest zupełnie inny. Każdy student ma własną pracownię, którą odwiedzają różni profesorzy. Więc ocenia nas cała grupa różnorodnych artystów, krytyków i historyków sztuki. W takiej sytuacji, zadaniem studenta jest umiejętna prezentacja swoich prac i obrona swojej artystycznej drogi. W Rietveld Academie ciężko zalicza się egzaminy, jest ogromny przesiew. Dane dotyczące procesu selekcji mogą być dla polskich studentów ASP szokujące. Pierwszy rok zaczyna ok. stu osób. Na drugi przechodzi połowa. Studia kończy na danym wydziale tylko kilkanaście studentów. Zasada jest prosta. Nie wypuszcza się z dyplomem Rietvelda osób które nie prezentują poziomu uczelni. Każdy szczęśliwy absolwent może jednak liczyć na stypendia , współpracę z najlepszymi galeriami, czy jako designer, na dobrą pracę.


Wpisujesz się w jakieś teoretyczne pojęcia, np. w pojęcie „awangardy”?


      Zawsze uważałem się za artystę awangardowego, w sensie tworzenia sztuki własnej, nie związanej z obowiązującymi trendami. Bycie awangardowym w dzisiejszych czasach może być jednak iluzoryczne. Tak naprawdę wszyscy czerpiemy z doświadczeń poprzedników. Dziś mamy więc do czynienia z awangardą pełną zapożyczeń. Wydaje się że nie można już liczyć na przełomowe nowe trendy, jakimi kiedyś było np. pojawienie się abstrakcji. Trzeba jednak próbować szukać nowych form wyrazu, bo oryginalność kreuje naszą indywidualną wartość.


Krytyk Stefan Szydłowski jako jednego z antenatów wpisał Ci Marcela Duchampa. Czujesz z nim, pokrewieństwo?


– Tak, w pewnym sensie, zafascynowanie jeszcze w latach studiów. Duchamp eksperymentował w wielu dziedzinach, jego prace były totalnie awangardowe choć często czerpały lub wykorzystywały sztukę mu współczesną. Duchamp to jedna z nielicznych postaci sztuki z którą czuję pewne pokrewieństwo. Podobnie jak Warhol czy współczesny nam amerykański artysta Mattew Barney. Bez przesady, jednak, na co dzień nie pamiętam o ich istnieniu.


Kiedy tworzysz, masz motywację semantyczną, chcesz przekazać odbiorcy coś ze swoich poglądów, idei, czy też poruszasz się wyłącznie na polu asemantycznym, w formie?


– Myślę, że jedno i drugie. Tworzę formę jako obiekt wizualny, ale umiejscowiony w konkretnej rzeczywistości, także mojej osobistej. Moja sztuka dostosowuje się do mojego życia. Łączy formy abstrakcyjne z elementem rzeczywistym zaczerpniętym z otaczającej mnie rzeczywistości. Chcę przekazać wartość estetyczną w połączeniu z pewną narracją, historią. Różnie układa się to w proporcjach, w zależności od rodzaju realizacji.


Kiedy robisz fotografię ulicznej instalacji, to ma ona również walor artystyczny, czy tylko dokumentacyjny?


        Jeśli fotografuję moje własne realizacje to robię to głównie w celu dokumentacyjnym. Jednak moja fotografia artystyczna także czerpie w mojej malarskiej i rzeźbiarskiej działalności. Podobnie jak tam, fotografia przetwarza rzeczywistość, odrealnia przedmiot, np. człowieka. Staram się sam kreować własny kawałek rzeczywistości i to zapisywać na zdjęciach.

Od czasu do czasu zajmuję się również tzw. projektami specjalnymi. Nie mieszczą się one w głównym nurcie mojej działalności. To np. seria rzeźb w przestrzeni miejskiej (warszawska Praga) z cyklu „Miasto Aniołów. Zdarza się również wtedy, że czerpię z przeszłości, np. starych technik fotograficznych. Wówczas działam np. w czarno-białej fotografii ręcznie ją przetwarzając np. kolorując. Zrealizowałem kilka kolekcji zdjęć stereoskopowych (trójwymiarowych) które prezentowane były w historycznych fotoplastikonach w Warszawie i Muzeum Kinematografii w Łodzi.


A ziemniaki malowane farbami akrylowymi na różne kolory, różowy na przykład? Skąd ten pomysł?


        Jeszcze z czasów studiów w pracowni prof. Winiarskiego. Cała idea ma on źródło w moim charakterze, fascynacji i potrzebie zmiany a co za tym idzie potrzebie ruchu jako nieodzownego czynnika kreacji. Natura jest w nieustannym ruchu. Połóżmy np. arbuza i przyjdźmy, żeby go zobaczyć po roku. Będzie wyglądał inaczej. Biologiczna destrukcja stworzy z niego nowy, interesujący obiekt. Przez wiele lat prowadziłem działania łączące naturę i plastik. To szereg instalacji w Europie i USA.

Kiedyś w fosie Starego Miasta w Warszawie, pomalowałem trawę w kratę, tworząc coś na kształt ogromnego dywanu. Z kolei w centrum Antwerpii wysypałem na ulice 1000kg pomalowanych na błękitno ziemniaków. I w jednym i drugim przypadku chodziło o połączenie elementów sztucznych z naturą, biologią, która rośnie, rozwija się lub umiera. W swoich realizacjach wykorzystywałem różne naturalne materiały – trawę, ziemniaki. Potem przyszła kolej na uschnięte drzewa. Drzewa martwe, przeznaczone do ścięcia, dostawały drugie – błękitne lub różowe życie. Przed zmianą koloru nikt nie zauważał ich istnienia. Danie im nowego koloru, powodowało tworzenie nowego wizerunku, nowej formy. Wówczas wszyscy zwracali na nie uwagę. Rozmawiając z osobami mieszkającymi w Warszawie, okazuje się że do dziś większość pamięta moje Różowe Drzewo sprzed 15 lat, stojące na ul. E. Plater w miejscu obecnych Złotych Tarasów. Kolejnym etapem w moich doświadczeniach był człowiek – jako forma i materiał. Ciało pokrywane farbą lub gipsem pełniło podobną rolę jak pomalowany ziemniak. Doszedł tu jednak jeszcze jeden ważny aspekt – emocje. Emocje uwięzionego, odrealnionego modela i emocje odbiorców.

 

Jak ludzie reagują na takie działania?


– U nas na ogół ze zdziwieniem, ostrożnie, sceptycznie, nieufnie, -na Zachodzie aktywnie, z uwagą, zaciekawieniem. Różnica jest wciąż bardzo duża. Rzeźba zewnętrzna i instalacje artystyczne w zachodnich miastach są normalnym elementem składowym architektury, w Polsce to rzadkie zjawisko.


W Paryżu, mieście sztuki nie widzę jednak zbyt wielu instalacji…


     Może dlatego, że Paryż jako miasto pełne zabytków i zwiedzających je turystów wystarcza samemu sobie, ale np. we wspomnianej Holandii czy Belgii jest ich bardzo dużo. Przodują tu nowoczesne ośrodki, Rotterdam, Haga, Antwerpia. Dużo możemy nauczyć się też od Niemców. Wystarczy podjechać do Berlina.


Co jeszcze Cię interesuje w działaniach plastycznych?


Jestem artystą, który potrafi zachwycić się pięknem. To nie jest dziś częste zjawisko, ponieważ dzisiejsza sztuka nie ma bezpośredniego związku z klasycznie rozumianą estetyką. Sztuka staje się rodzajem nauki, czymś co można wydedukować jeśli się ma trochę danych.

Większość współczesnych artystów trzyma się daleko od tego, co estetyczne, boją się klasycznych kanonów piękna. Wydaje im się, że im dalej od nich, tym lepiej. Innymi słowy: im gorzej tym lepiej, im mniej zrozumiałe tym bardziej poważne. Jeśli odbiorca nie rozumie pracy to jego problem – nie świadczy to braku w niej sensu lecz o jej wysokim poziomie. Takie myślenie spowodowane jest w dużej mierze komercjalizacją sztuki – często pojedyncza, ważna w biznesie sztuki osoba decyduje za nas co jest dobre a co nie. Za taką decyzją idą środki, kreowana jest moda. Nikt się nie wyłamie bo stanie na przegranej pozycji. Więc naśladowanie uznanego wzorca staje się najbezpieczniejszą i najbardziej opłacalną formą twórczości.

Czy są jakieś kryteria oceny wartości dzieła?


– Tak naprawdę nie ma, zwłaszcza od czasu pojawienia się sztuki abstrakcyjnej. Nie da się rzetelnie uzasadnić dlaczego coś jest dobre lub nie, dlaczego coś nam się podoba lub nie.


To co mówisz, koresponduje z tym, co niedawno powiedziała historyk sztuki, prof. Maria Poprzęcka, m.in. autorka monografii akademizmu, co tym bardziej potwierdza twoja opinię. Otóż na pytanie, jak rozpoznać w galerii czy w muzeum to co wybitne, odpowiedziała: „To, co się nam podoba”.


– Czym innym można się kierować? Orzekanie przez grono specjalistów co jest dziełem sztuki a co nie, jest dla mnie sztuczne i całkowicie arbitralne. Fachowcy od sztuki mają utrwalone wzorce, które też zostały przez kogoś stworzone. Ocenianie sztuki z punktu widzenia obiektywnej wartości jest zadaniem beznadziejnym. Czasem coś jest tak złe, że aż dobre.


Niedawno otworzyłeś przy ulicy Lubelskiej 30/32, w Warszawie pewne miejsce. Czy możesz je przedstawić?


Tak jak wspominałem w mojej twórczości często ocierałem się o design. Teraz właśnie realizuję mój pierwszy tak duży projekt designerski.;

        To „Stolarnia Design”, pracownia w której powstają artystyczne stoły. Blaty stołów są obrazami, zdjęciami artystycznymi, kompozycjami z różnych materiałów. Prace zabezpieczane są ochronną warstwą twardej żywicy syntetycznej. Również nogi stołów posiadają różne, czasami niezwykłe formy.

Design stołów oparty jest na moich wzorach, niemniej pracownia otwarta jest na pomysły a nawet gotowe prace odbiorców.

Można np. wykorzystać na blacie obraz naszego dziecka, nasze zdjęcia, jakieś wybrane przez nas płaskie przedmioty. Ostatnio zrealizowałem komplet stołów dla Teatru „Syrena” w Warszawie. Blaty przedstawiają fotografie słynnych artystów tej sceny, m.in. Ireny Kwiatkowskiej, Wioletty Willas, czy Adolfa Dymszy. Widzowie teatru, przed spektaklem czy w antrakcie, piją kawę na twarzach tych aktorów. To nietypowa forma przybliżenia tych postaci widzom.

Inne stoły „Stolarni Design” są bardziej minimalistyczne, oparte na prostej metalowej konstrukcji i artystycznych blacie w formie fotografii lub obrazu. Do obejrzenia całej kolekcji zapraszam na stronę www.stolystolarniadesign.pl lub do mieszczącej się tuż obok Dworca Wschodniego w Warszawie pracowni.


Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko