Leszek Żuliński – Wielki mrówkowiec przeszłości

0
146

Leszek Żuliński

 


Wielki mrówkowiec przeszłości


 

         Ukazał się kolejny, trzeci już, zbiór wierszy Sławomira Płatka, który dzięki swym sukcesom konkursowym i aktywności internetowej (salonliteracki.pl, choć nie tylko) oraz – oczywiście – dzięki własnemu talentowi szybko stał się znany i ceniony.

         Debiutancki tomik Płatka pt. Bez imienia ukazał się w 2010, a w połowie bieżącego roku drugi zbiór wierszy pt. Prześwietlenie, wydany pod pseudonimem Anna Kalina Modrakis. I zupełnie niedawno właśnie ta trzecia książka poetycka – Awaria migawki. Szybkie tempo, ale trzeba pamiętać, że Płatek (ur. 1974) debiutował późno, więc ta „wielka kumulacja” miała się kiedy zebrać.

         Najnowszy zbiór zaskoczył mnie. Gdy komuna dobiegała swego żywota, Sławek miał 15 lat, a więc nie był ani świadomym beneficjentem, ani szczególną ofiarą słusznie minionego ustroju. Na szczęście też nie ma z nim swoich porachunków politycznych, więc raczej wyniósł z tamtych lat powidoki i koloryty, jakie w każdej epoce towarzyszą każdej młodości. I w dużej mierze Awaria migawki jest właśnie podróżą w stare lata. Także jest „liryką roli” bowiem sporo tu szczegółów, absolutnie typowych dla rzeczywistości przaśnie totalitarnej i totalitarnie przaśnej – podmiot liryczny stawia siebie w dekoracjach i sytuacjach, które były symptomem tamtego czasu.

         Ale – co i dobrze! – to nie są „wiersze rozrachunkowe”, mimo że nie stroniące od prawd bolesnych. To raczej podróż, jak wspomniałem, w powidoki. Podróż, oczywiście, „pikantna”, bowiem peerelowskie realia pojawiają się tu na każdym kroku (już na okładce widzimy sylwetkę auta marki warszawa oraz ebonitowy czarny telefon) i jeśli zawierają w sobie nawet pewien sentyment, to i swoistego przekąsu nie brakuje. Jakby się oglądało stare fotografie, budzące tyleż wzruszenie, zrozumienie, co i zdziwienie lub sarkazm. Topos zdjęcia, jakie inspiruje napisanie tego czy tamtego wiersza, powtarza się tu zresztą. Oto wymowny dla tego wątku wiersz: człowiek przechodzący przez kadr zostawia / ciemne ślady na kliszy / chodź przyjacielu spróbujemy powoli naświetlić / rzeczy subiektywne przez obiektyw bez retuszu grubym ziarnem / zasiejemy strach głęboko w monochromatyczny wieczór wpłyniemy na papierze / kąpanym w etanolu / przekonamy się ile jest w ciemni tych śladów które / każdy widzi inne ale słowa niech wychylają się z bieli / a brunatne postacie nikną w zaułkach w dokumentach tylko to jest pewne / ktoś kiedyś będzie szukać śladów.

         Płatek szuka śladów. Szuka Wielkiego Melanżu gadżetów, obyczajów, kultur, ducha epoki; odwołuje się do wielu kontekstów, które już w tamtych czasach rymowały się z klimatami polskimi sygnalizuje zdarzenia jednostkowe, które uniwersalizują się w kontekście ponadpolskim; operuje drobiazgiem, z jakiego potrafi wysnuć swoisty spleen egzystencjalny. To wszystko czyni ten cykl wierszy niezwykle istotnym. W tym zalewie egocentryzmu poetyckiego to jeden z najistotniejszych tomików ostatniego czasu, który chce coś ważnego powiedzieć o świecie, o historii, o esprit epoki.

         Płatek był mieszkańcem Wielkiego Falowca – to te tasiemcowe budynki w Trójmieście, te monstrualne mrówkowce. Ta „mała totalitaryzacja” zderza się w tych wierszach z czymś niesłychanie globalnym, ale i subiektywnym – i na styku tych obu zderzających się fal mamy coś, co nazwałbym „historiozofią egzystencjalną”. Mądry i spostrzegawczy tomik.

         A jednak polubiłem go najmniej z trzech dotychczas wydanych przez tego autora. W książce debiutanckiej były piękne obrazy wyobcowania z dzieciństwa i exodusu na drugi kraniec Polski. Był tam wątek historyczny boleśnie opowiadający kres plemiona łemkowskiego i schyłek starego świata. W wierszach napisanych pod maską Pani Modrakis mieliśmy przecudnej urody oniryzm i zupełnie niebywały intuicjonizm oraz solipsyzm w życiu za ścianą marzeń, lęków i symbolicznych projekcji. Tamta „parodia poezji kobiecej” była czymś wcale nie do śmiechu. W Awarii migawki zamysł i realizacja są niebagatelne, jednak czytam te wiersze „na chłodno”. Doceniając je – nie rozgrzewam się nimi. Może koncept nadmiernie zagórował nad czymś, co nazwałbym autentyzmem i „nerwem poezji”?

         Przed Sławomirem Płatkiem w ogóle stawiam pytanie: jak często będzie zmieniał języki i światy swojej poezji? Do tej pory zdarzyło mu się to we wszystkich trzech książkach. Mój argument jest taki: jeśli dacie mi na przykład jakikolwiek anonimowy wiersz np. Grochowiaka, to bez wahania rozpoznam Grochowiaka. W Płatku za chwilę się pogubimy. Wolałbym mieć Płatka „płatkowego” niż za każdym razem innego. Poetyka rozmaitych światów i konwencji stawia autora wobec wyzwań, które niekoniecznie są ważniejsze od tego, co w nim samym najistotniejsze. Owszem, zapewne Płatek musiał odreagować kakofonię swoich czasów, myślę jednak, że pora przejść na niwy filozoficzne, co niekoniecznie znaczy egocentryczne, o czym wyżej mówiłem. I co Płatek – wiem to – umiałby zrobić.

         Nie zmienia to faktu, że Awarię migawki mam za jeden z ciekawszych tomików, jakie ostatnio czytałem.

 

Sławomir Płatek Awaria migawki, Stowarzyszenie Salon Literacki i Fundacja Wspólnota Gdańska, Warszawa 2012, s. 45


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko