Dariusz Tomasz Lebioda – ŻAŁOBNA SZAROŚĆ MIASTA

0
148

Dariusz Tomasz Lebioda

 

ŻAŁOBNA SZAROŚĆ MIASTA

 

 

Język poetycki

w „Sklepach cynamonowych” Brunona Schulza

 

 

 

            Trudno wytyczyć granicę pomiędzy językiem prozy, językiem urzędowym, sądowym, czy jakimkolwiek innym, a językiem poetyckim. Mówić tu jedynie możemy o pewnych wyznacznikach, które powodują, że skłonni jesteśmy pewien typ tekstów, typ wyrażania się, zaklasyfikować do tej grupy a inny typ z kolei do drugiej. Język poetycki w prozie ma pewne cechy charakterystyczne. Należą do nich częste zastosowania w tekstach środków stylistycznych, które normalnie znamionują utwór poetycki. Występują więc w takim dziele liczne peryfrazy, eufemizmy, deminutiva i augmentativa, personifikacje i inne. Podobnie rzecz się ma ze środkami składniowymi, które charakterystyczne dla utworu poetyckiego, pojawiają się w tego rodzaju dziele prozatorskim w dużej – można nawet powiedzieć – nadmiernej, w stosunku do tzw. “przejrzystej prozy” ilości.Tego typu nagromadzenia, przerysowania i pewien specyficzny, poetycki właśnie, poblask części utworów prozatorskich, powodują, że ogólnie są one nazywane prozą poetycką. Do tego rodzaju twórczości należy też dzieło Brunona Schulza.

            Narratorem Sklepów cynamonowych jest dziecko. Nie możemy jednak powiedzieć, iż dziecko to opowiada swą historię właśnie w okresie dzieciństwa. Jest to narracja małego chłopca, ale zrekonstruowana po latach. Świadczy o tym przede wszystkim pewna sztuczność języka – łatwość z jaką narrator wypowiada swoje prawdy i jego wielka życiowa mądrość. Potrafi on przecież powtórzyć wykład ojca na temat manekinów, który w swych początkowych partiach jest koherentnym systemem filozoficznym, opisującym istotę bytu i rzeczywistości. Syn Jakuba ma niezwykle wyczuloną wyobraźnię i odbiera wrażenia zmysłowe bardziej intensywnie niż pozostałe postacie utworu. Czasem trudno jest powiedzieć, czy ojciec jest w rzeczywistości takim, jakim odmalowują go słowa syna, czy też wszystkie jego dziwactwa, wszystkie metamorfozy, które przechodzi, są wytworem chorej wyobraźni dziecka. Odnajdujemy tutaj jeden ze sprytnych zabiegów językowych Schulza. Polega on na zagęszczaniu ilości metafor, kiedy narrator opowiada o ojcu. Pełni ten zabieg dwojaką funkcję: Po pierwsze – umiejętnie opóźnia akcję utworu, jakby zatrzymuje bieg zdarzeń, przez co czytelnik szczególnie skupia swą uwagę na postaci ojca i po drugie – sprawnie zaciera granicę między dowolnością w kreowaniu tej postaci przez narratora, a jej rzeczywistym niezrównoważeniem. Taka płynność powieściowej rzeczywistości ułatwia autorowi „przejście w nadrealizm”, pozwala transponować postacie powieści na szereg figur, których rodowodu szukać należy pośród Jungowskich archetypów. Łatwość z jaką Schulz pokonuje granicę realności jest zdumiewająca. Przenosi on z atlasu ptaków skrzydlate stwory na poddasze domu ojca, upodabniając go jednocześnie do wielkiego kondora. Jest to jakby pobłysk groteskowej metafory, która pojawia się przed tą transformacją, konotującą późniejszy bieg zdarzeń:

 

Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą trwał godzinami, ażeby z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami  i zapiać jak kogut.

 

Metafora ta, już przetworzona w rozpadającego się kondora, pojawi się potem jakby odbita przez system luster. Iluzoryczność tej prozy jest najlepiej widoczna, gdy narrator przedstawia czytelnikowi postacie szczególnie dziwne, odmienne od współdomowników, w ich zamkniętym świecie. Zdaje się wtedy, że Ojciec, Pan, Pan Karol i skretyniała córka sprzątaczki nie istnieją w rzeczywistości, są tylko jakby odbiciem życia toczącego się po drugiej stronie sennej, pełnej tajemniczych symboli, iluzji. Najlepiej widać to we fragmencie krótkiego opowiadania pod tytułem: Pan Karol:

 

(…) i odchodził ku drzwiom zrezygnowany, z wolna, ze spuszczoną głową – gdy w przeciwną stronę oddalał się tymczasem bez pośpiechu – w głąb zwierciadła – ktoś odwrócony na zawsze plecami – przez pustą amfiladę pokojów, które nie istniały.

 

Jest to ten punkt, w którym zbiegają się dwa światy, w którym przedstawiona przez Schulza rzeczywistość styka się z jej zdeformowaną nadrzeczywistością.

            Wróćmy teraz do zabiegu zgęszczania i rozszczepiania ilości metafor. Ich zagęszczenie – kiedy dziecko – narrator mówi o ojcu – jest przeciwstawione przejrzystości, prostocie języka wypranego z metafor, kiedy mówi on o Adeli. Spowodowane to jest tym, że narratorem jest dziecko, przebywające większą część czasu ze służącą, dziecko bojące się jej bardziej niż zdziecinniałego ojca. Strach nakazuje autorowi zastosować w tym wypadku prozę przypominającą swoją prostotą reportaż:

 

W samej rzeczy z resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich ceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na otomanie.

 

A zatem Adela obliguje Schulza do rezygnacji z “rozpoetyzowania”, każe mu mówić o niej wprost. Podkreśla to jeszcze bardziej zdecydowanie służącej i jej nieograniczoną władzę nad ojcem i narratorem. Zwróćmy także uwagę na jakościową klasyfikację metafory u Schulza wywołującej określoną reakcję u czytelnika. Szczególnie widać to w opisach mroków zimowych, cieni, małomiasteczkowej nudy i szarości. Kiedy narrator mówi o zimowych nocach kilkakrotnie przywołuje metaforę puszystego futra, jak na przykład w tym fragmencie:

 

Obległa nas znowu ze wszech stron żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem światów, pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro długich nocy zimowych.

 

Służy to – na zasadzie kontrastu – wywołaniu u czytelnika nieomal fizycznego poczucia chłodu.

Podobnie rzecz się ma z porównaniami kolorystycznymi, które świadczą o bezbłędnej intuicji malarskiej Schulza. Kiedy mówi on o nudzie i senności, nieodmiennie przywołuje te zestawy barw, które się z tym nastrojem kojarzą. Widzimy wtedy świat w odcieniach szarości, mętnych gamach brązu – widzimy świat spowity w mroku i we mgle. Potęguje to uczucie obcości i wiszącego wciąż nad osobami powieści zagrożenia. Tego rodzaju tonacje nastrojów są jakby kopułą, która oddziela rzeczywistość od świata zjaw, strachów – od sfery zerkającego przez okno Demiurga. Tak uwypukla się kolejna funkcja języka poetyckiego w Sklepach cynamonowych. Dzięki umiejętnym porównaniom, zastosowaniu odpowiedniej kolorystyki, autor uzyskał iluzję zamknięcia bohaterów dzieła w ich wyobcowanym świecie. Poprzez niemożność przebicia kopuły nierzeczywistości i lęku, uzyskał efekt prawdy absolutnej.

                                                                                                           

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko