Ewa Klajman-Gomolińska – Rok przepukliny słonecznej

0
304
Franciszek Maśluszczak

Ewa Klajman-Gomolińska

 

Rok przepukliny słonecznej

 

Franciszek Maśluszczak         Stoję przed witryną sklepu i widzę, jak słońce dostaje przepukliny brzusznej i czerwienieje na twarzy. „To koniec świata” – myślę sobie. Świat kończy się przepukliną słoneczną. Trzaskiem żaru nad supermarketem. W dzień dżdżysty i ponury. Dla kontrastu. „Teraz powinno życie przebiec mi przed oczami” – myślę. Więc przebiegam zatkanymi jezdniami. I szybuję z moimi dywagacjami. Co będzie, jeśli w post raz najadłam się do syta? Do syta najadłam się jak nic. Że też mi się akurat wtedy wafla zachciało. W post! Mogłam odmówić sobie. Nie odmówiłam sobie! Mało tego, ja sobie sama na to przyzwoliłam. A nawet zachęciłam, częstując siebie samą.Podając sobie wafla na talerzu… Religijnie też trochę odstaję… Nie wiem, czy do Chrystusa mogę mówić: Bracie! Ja się bardzo cieszę, że mam Brata Starszego o dwa tysiące lat z hakiem. Tylko nie wiem, czy to aby na pewno Brat, bo Bóg jest Jeden, ale w Trzech Osobach… To by znaczyło, że Jezus jest moim drugim ojcem niebieskim; w zasadzie Drugą Osobą Tego Samego Ojca Niebieskiego… Prawicą Boga Ojca…

         Nie zastanawiałam się wcześniej nad tym… Zastanawiałam się, czy np. Jezus lubiłby jeździć na rowerze?

         Tabuny krwawych motyli przyklejają się do sygnalizacji świetlnej w rok pękającego słońca… A mogło słońce tyle trosk ludzkich nie dźwigać. Wszystkie samochody wkoło dostają szczurzych ogonów i z takimi łysymi same przed sobą się obrzydzają.

         Znajomy pędzi do MPK przystemplować stary bilet. I parę groszy to warto, wiadomo, co z tym końcem świata… A jak słońcu zoperują przepuklinę? Najlepszych chirurgów wyślą, to on bilet straci. Świni i szczecinę wyrwać… Przyspiesza kroku, a ja patrzę na jego różowy, zakręcony ogonek wystający z ciemnogranatowych americanosów.

         Puszczają famę, że najlepiej zaatakować samego siebie nożem, żeby nie patrzeć na to wszystko i już radio puszcza info, że są zapisy na studia licencjackie „Noże, nożyce i sekatory”. Opróżniam z resztek bankomat i w pośpiechu opłacam pierwszy semestr. Opuszczam budynek uczelniany z wyraźną już opuchliną brzuszną i z satysfakcją rzucam człowiekowi stojącemu na rozszczepionym chodniku, wołającemu „Ostrze noże! Ostrze noże!”

         – Ja też to będę robić, jak studia skończę i wykoszę pana, bo będę mieć na to licencjat! Starzec dziwnieje w oczach i przemiena się w znanego piosenkarza Garou. Dźwięki jego przeboju „Gitan” niosą mnie po słonecznych flakach na żółte wody wymieszanych kwachów z sokami trawiennymi. Natrafiam na kumpelę z poprzednich studiów, zachęcam do edukacji nożowej, ale ona już zaczęła naukę w technologii sznura wisielczego, a jej siostra robi w żyletkach po samym tylko kursie. Udało jej się, zawsze miała fart. Pokazuje mi reklamówkę świec, bo będziemy mieć teraz ciemności egipskie i kurtkę bladoniebieską, którą pędzi do butiku wymienić na żółtą, bo w ciemnościach egipskich bladoniebieski będzie wyglądać jak szary, więc to bez sensu. Puszczają mi nerwy i siadam wśród pierwszych samobójców na czyjejś sztywnej nodze. Nie, żebym się przejmowała, że wejdę w ciemności egipskie w starym paltku, ale te świece… Pięć w świeczniku, jedna w kiblu (na wypadek zawsze, jakby światło zgasło w czasie…), trzy nietknięte w szufladzie…, ale to mało wszystko, mało… Naprzeciw widzę, jak staruszka niczym Szewińska biegnie z koszami pełnymi świec.

         „Napadnę i obrabuję wiechcia” – męczę się jak Konrad w trzeciej części „Dziadów”.

         „Tu żywot na świecie się kończy, a ty nagrzeszyć jeszcze chcesz” – odzywa się moje dobre ja. Tak rzadko się odzywa… Ostatnio trzy lata temu na komunii mojego chrześniaka. Chciałam małemu dać w ryj, bo z tępym wyrazem twarzy chował wszystkie czekoladowe cukierki ze stołu do kieszeni, a ja nie powiem, lubię czekoladowe cukierki… A tu nagle dobre moje ja sobie o mnie przypomniało i mówi do mnie tak „Sabino, w dniu komunijnym chrześniakowi nie wypada dać w ryj” i poskutkowało. Cały wieczór uśmiechałam się do małego diabełka, prowadziłam za rączkę do kibeleczka, gzie zwracał na przemian ptasie mleczko ze śliwkami w czekoladzie. „Rzygaj sobie, skarbeczku, rzygaj dziecino” – rzucałam mu tylko dobrotliwie. Jaka ja właściwie byłam przez to całe moje życie? I znów mój film przewija mi się przed oczami w obliczu światowej zagłady. Przy piaskownicy mamusie mówiły swym dzieciom

         – Bawcie się z Sabinką, bawcie. Sabcia jest dobrą dziewczynką, bo to garbus, a kaleki to dobrzy ludzie. Nie miejmy pretensji do garbatego, że nie ma prostych dzieci. Cała rodzinka garbusków to i Sabinka ma garbcia i lekki świderek widzę w malutkich skośnych oczkach i eski-floreski nóżki i nochalek pokaźny, ti-ti-ti mały brzdącu.

         Babcia mawiała, że albo się będą mnie bali albo się będą ze mnie śmiali, a że wyglądałam jak Napoleon Bonaparte anorektyk, to do serca sobie to wzięłam. Moje medytacje przerywa kłucie i pieczenie wzdłuż mojego niechlubnego garba. Co jest, nigdy mnie nie bolał, to takie nieśmierdzące gówniuszczko. Czuję powolne pękanie otyłości na plecach i nic na to nie mogę poradzić. Z garba wypadają mi kolorowe lampki choinkowe, całe multum i zaczynają, bez podłączenia do prądu, świecić. Galopuję po mieście jak rozjuszone zwierzę, bo coraz bardziej już świecę. Ludziom się to podoba!

         – Zobaczcie – wołają – garbus jest samowystarczalny! Garbata dobrze kuma, świeci garbem i nie potrzebuje świec. Ty, garbie cwany!

         Ludzie otaczają mnie kołem i zapewniają, że ciemności egipskie spędzą ze mną i że mnie nie opuszczą. Tak mnie ta miłość ich rozgrzewa, że tańczę sobie w kółku z moim garbem rozdartym na ten kończący się świat… Ale moją radość przerywa wąsaty chłop schodzący po drabinie wielkiej jak World Trade Center wprost ze słońca.

         – Co wy tu wyrabiacie? – pyta, ocierając pot z czoła.

         – My jesteśmy ludźmi tego świata idącego ku zagładzie – wyjaśnia rzeczowo ktoś z tłumu.

         – A ja jestem krawcem z tego świata i właśnie skończyłem szyć słońcu wielką kieckę, a na wszelki wypadek, gdyby słońce się roztyło, uszyłem o dwa numery za dużą i kiedy słońce oddycha, sukienka unosi mu się jak balon tworząc złudzenie przepukliny brzusznej.

         Cisza trwała sześć i pół minuty, po czym ktoś z tłumu zapytał:

         – To nie ma zagłady i końca świata?

         – Nie ma – odpowiedział krawiec.

         Parominutowe szemranie przerodziło się w potworną wrzawę.

         – Garbata nabiła nas w butelkę, łapać podłego garbusa!

         I znowu gdzieś uciekałam z odczynem tętniaka schizofrenii, gdzieś biegłam i gdzieś się chowałam, gdzieś żyłam i gdzieś mdlałam. Ludzie zapomnieli, że mieli być ze mną do końca świata, bo okazało się, że to jeszcze nie czas. Za karę ogłoszono pogrom garbusów i nastała noc kryształowa z roztłuczonych szkiełek kolowych lampek mego jestestwa.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko