Krystyna HABRAT – DOBROĆ – NIEBEZPIECZNA WADA

0
176

Krystyna HABRAT

 

DOBROĆ – NIEBEZPIECZNA WADA

 

John ConstableWszyscy mi się dziwią, że ja po raz kolejny oglądam serial „Brzydula”. Na razie początek, którego nie znałam.

Oczywiście wiem, że nie wypada się z tym obnosić, gdy lepiej byłoby się popisać lekturą aktualnie modnego autora z postmodernizmu. Najlepiej takiego, którego się wcale nie rozumie. Bo już znać „Ulissesa” to żaden wyczyn. Powiedziałam „znać”, czyli mieć go już przeczytanym w czasach, gdy był modny, bo teraz czyta się innych, coraz ponoć trudniejszych. Nie wszystkich sprawdzałam.

Kiedyś byłam bardziej na bieżąco, gdy prenumerowałam „Literaturę na świecie”. Poniechałam tego, gdy różne czasopisma zaczęły mi gdzieś ginąć po drodze. A w kiosku ambitniejszych czasopism nie widuję, do empiku mam daleko. Pynchon i inni pozostają więc poza moim zasięgiem, choć ciągle sobie obiecuję to nadrobić.

No dobrze, ale muszę wytłumaczyć, dlaczego oglądam „Brzydulę”. Czy tak spuściłam z tonu, że ma mi ona zastąpić wartościowe propozycje kulturalne? Nie. Nie chodzi nawet o interesujący dla pań motyw przeistaczania się brzydkiej w piękną i wszelkie konsekwencje wynikające dla takiej z braku urody lub jej posiadania. To dość częsty motyw literacki czy filmowy, gdy Kopciuszek przemienia się w królewnę. Był już o podobnej metamorfozie film z Ewą Krzyżewską „Zbrodniarz i panna” na podstawie powieści kryminalnej „Liczę na wasze grzechy” – jeśli się nie mylę, a tak kojarzę, bo bardzo mi się ten zwrot podoba. Ostatnio zresztą w każdym niemal programie telewizyjnym jakieś brzydactwo przeistacza się pod okiem projektantów mody, dermatologów estetycznych, chirurgów, dietetyków i trenerów sportowych, w piękność lub taką: ”no, może być”.

Ja natomiast w Brzyduli śledzę fenomen bycia dobrą i związanych z tym konsekwencji. W dodatku bardzo tu realistycznie pokazany zakład pracy z jego autokratycznym szefostwem (niby właścicielom tak wolno), sposobami robienia kariery i wygryzania konkurencji itd. Niby ten zakład pracy – Dom Mody projektujący ekskluzywne stroje dla pań – jest trochę z księżyca, taki z cukierkowatych filmów, jak na bajkę przystało, ale mechanizmy w nim panujące są w stu procentach realne. Zadziwiające.

Nieraz miałam okazję obserwować podobnych szefów, jak w serialu włoskie rodzeństwo, czy senior Dobrzański, choć znani mi szefowie, częściej szefowe ze swymi humorami, wcale nie byli właścicielami firmy, ale panoszyli się, jak na własnym śmietniku. I też musieli mieć swoich donosicieli, zwanych „ucho dyrektora”, też – osoby podlizujące się dla kariery i podobne było zwalczanie się wzajemne. Oczywiście nie wszędzie jest tak źle. Czasem nawet całkiem sympatycznie, choćby tam, gdzie nazywano mnie „wróżką”… I tu postawię kropkę. Wracam do Uli-Brzyduli.

Ula w serialu jest osobą niezwykle dobrą aż do granic naiwności, ba, nieomal masochizmu. Z tego powodu ciągle jej współpracownicy dokuczają. Uwzięli się na nią i każdego dnia   zaznaje nieustannych upokorzeń, złośliwości. Często więc w zakładowej toalecie zalewa się rzewnymi łzami. To mnie interesuje jako fenomen psychologiczny.

   Dlaczego tak jest? Z jednej strony wiadomo. Trzeba być dobrym. Poświęcać się dla innych. Czasem, jak trzeba, oddać nawet życie. W niedzielę nawet ksiądz na kazaniu przypominał, że zaczyna się Adwent, czas pokuty, powinniśmy przemyśleć swe życie i może coś w nim zmienić w tym czasie grudniowego Oczekiwania na   Narodzenie Syna Bożego. Powinniśmy się starać się być coraz lepsi dla bliźnich.

A Ula? – bo posłużę się tym modelem. Jest dobra, usłużna, życzliwa, każdemu pomoże, wybacza krzywdy i ciągle ponosi klęski, a wszyscy jej mają coś za złe. Ten niemal podręcznikowy przykład jest bardzo celny, by na nim prześledzić pewne mechanizmy psychologiczne i socjologiczne. Ale ja, pomimo swego wykształcenia, spojrzę na to okiem niefachowca, bo piszę lekki felietonik, nie rozprawę naukową.

Pierwsze pytanie: dlaczego tak często do osób naprawdę dobrych inni mają ciągle jakieś pretensje? Wymagają też od nas nieustannych usług, pomocy, wspomagania, a sami wymigują się tysiącem wymówek. Oni nie muszą, ale my koniecznie! Inaczej jesteśmy nieuczynnymi egoistami. Oni – nie.

Jednak poczciwa Ula chce być dobra dla każdego, uśmiecha się do wszystkich na powitanie, demonstrując niepotrzebnie nazębne klamerki do prostowania zębów, które nie dodają jej urody. Kiwa zachęcająco ręką do każdego, ale ci odwracają się naburmuszeni. Tak przecież bywa, gdy ktoś kogoś źle nastawi, naplotkuje, oczerni, gdy ktoś komuś zazdrości, gdy źle odczyta intencje.

Mnie zawsze boli, kiedy moje dobre intencje bywają odczytane na opak. Najprostsze zdanie można tak wykręcić, że włosy stają dęba.

Często ktoś opisuje mi swoje bolączki, a potem się sumituje, że pewnie mnie tym zamęcza, albo dosmuca. Wtedy mówię, że po to się ma przyjaciół, żeby im zawierzać swe troski i ja chętnie słucham. Zwrot niby grzecznościowy i mnie wiele osób powierza mi swe troski, a ja zachowuję to dla siebie. Nigdy nie użyje czyich zwierzeń z chwili słabości przeciw niemu, co bywa okrutne. Nauczyłam się też nie udzielać nikomu dobrych rad, póki o to nie prosi, bo wiem, że ludzie tego nie lubią. Sami jednak chętnie doradzają.

Ale zdarza się, że tak zachęcona osoba oburza się, bo dopatruje w tym podtekstów, które mnie do głowy nie przyszły. Czasem, że chcę mu robić psychoterapię, bo powinien iść do psychologa, jakby szło się tam za karę. To ciągle opaczne rozumienie tego zawodu. Szczególnie, gdy ja bardziej bym chciała być pisarzem niż psychologiem.

   Są ludzie, którzy zawsze pod najbardziej grzecznościowymi, a nawet życzliwymi słowami dopatrzą się ataku na siebie. Nic nie da próbować z takim jak najgrzeczniej, by go nie urazić, bo zawsze wyjdą z niego jakieś kompleksy. Może jest to coś, co mu kiedyś zarzucano, czego się wstydził, i takiego ataku dopatruje się w każdej sytuacji. Ludzie często w czyichś słowach wynajdują podteksty do swoich słabości, gdy my jesteśmy od tego najdalsi.
   Miałam kiedyś sąsiadkę, której ja zawsze mówiłam dzien. dobry, a ona tylko na to spod opuszczonej głowy odburkiwała, a jej mąż nigdy się nie ukłonił. Nie zwracałam na to uwagi, bo miałam dużo ważniejszych spraw na głowie, aż kiedyś inna sąsiadka mi uświadomiła, że tamta burkliwa ma mi za złe, że ją lekceważę, bo ona jest ze wsi. Wcale nie wiedziałam skąd ona jest. Czy dokuczałam jej zwyczajowym dzień. Dobry? Ale, jak ktoś ma kompleksy, to wszędzie znajdzie powód do cierpień. Człowiek zakompleksiony myśli, że wszyscy jego ułomności widzą i chcą mu dokuczyć.

Raz młode małżeństwo poprosiło mnie, bym wieczorem została z ich niemowlakiem, to oni pójdą do kina. Widziałam, jak są zmęczeni i sama chciałam im jakoś pomóc,   więc od razu z entuzjazmem wykrzyknęłam coś w tym rodzaju: „Oczywiście, zostanę i wymyślcie sobie jeszcze jakąś imprezę na jutro”. Jakie było moje zaskoczenie, że może słowa   zostały odczytane na opak, że niby ja mam pretensję, że mnie o to proszą. Dużo później zrozumiałam, że ta pani widocznie często słyszała słowa nie wprost, pełne uszczypliwości i w ten sposób odczytała też moje, zwykłe, pełne chęci pomocy. Bardzo się wtedy popłakałam, bo choć bywam twarda i opanowana, zawsze w sytuacji, gdy ja do kogoś z sercem, a ten nim wzgardzi – płaczę z bezsilności. Nawet ukłułam sobie po cichu sentencję – nie wychodź do ludzi z sercem na dłoni, bo je oplują. Nie jest to ładna myśl na początek Adwentu, ale czyż tak nie bywa. Ula-Brzydula do każdego z sercem, a oni dokuczają jej ze wszystkich sił. Niezasłużenie. Tylko ona im wybacza, bo jest dobra, szlachetna. Dopiero po zmianie wizerunku zewnętrznego, gdy stanie się elegancką pięknością, ale też ciut jędzowatą egotystka, otoczenie w pracy zaczyna się z nią liczyć.

No własnie, czy warto być dobrym? I zawsze przegrywać?

Nas tak nie uczono. W głoszonej prawdzie, że należy być dobrym, nie dostrzegano wątpliwości. Czyżby świat się aż tak zmienił?

Krystyna Habrat.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko