Krzysztof Lubczyński – Strachy i dziwolągi Wałbrzycha

0
55

Krzysztof Lubczyński

Strachy i dziwolągi Wałbrzycha


Powieść Joanny Bator, „Ciemno, prawie noc”, jeśli ująć ją w istotnym kształcie jej identyfikacji gatunkowej, to pastiszowa fantasmagoria, ponura baśń, wykorzystująca elementy tradycyjnej powieści grozy. Osnowa fabularna jest klasyczna w swej powtarzalności. Czytelnicy znają ją – by tak rzec – od zawsze. Do Wałbrzycha, miasta swojego urodzenia i dzieciństwa, przybywa dziennikarka z Warszawy, aby przeprowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie tajemniczego znikania dzieci. I od pierwszych stron, już w pociągu jadącym do Wałbrzycha, rozpętuje się pandemonium dziwności, brzydoty, groteski, strachu, demoniczności, tajemniczości, nieodgadnionych znaków niewiadomo skąd i od kogo płynących.Rozpętuje się prawdziwy grand guignol, coś co ma w sobie coś z poetyki Poego, powieści gotyckiej, horrorów Kinga, „Alicji w Krainie Czarów”, coś z makabrycznych bajek braci Grimm i innych egzemplifikacji, coś z filmów niemieckich ekspresjonistów lat dwudziestych, a można by te parantele i skojarzenia bardzo długo mnożyć, podkreślając wszakże indywidualny ton pochodzący od samej Joanny Bator. Ten ton osobisty, to jej kapitalna zdolność do odczytywania grozy w najprzaśniejszej, najpospolitszej codzienności.


Przyznam, że to pierwsza powieść Joanny Bator, pisarki od pewnego czasu już głośnej, którą przeczytałem. I od pierwszych rozdziałów nie można oprzeć się przekonaniu, że to bardzo dobra pisarka, obdarzona bogatą wyobraźnią, umiejętnością dynamicznego, plastycznego obrazowania i kapitalnym słuchem językowym. Znamienne, że właśnie właściwości języka stają się coraz częściej tworzywem, za pomocą którego można najwięcej powiedzieć o właściwościach naszego czasu, że przywołam choćby casus Doroty Masłowsskiej. Niestety główną zauważalną właściwością owego języka jest jego spotwornienie, skretynienie, charakteryzujące się pomieszaniem plebejskiej nieporadności z nowomową, które źródłem jest świat mediów.


Czy – jak w swoim eseju o „Ciemno, prawie noc” napisał w jednej z gazet Przemysław Czapliński – jest ta powieść przede wszystkim alegorią brudów i demonów skrywających się pod powierzchnią polskiej codzienności? Czy jest to powieść o „straszliwym złu w życiu rodzinnym”? O „obrzydliwych piwnicach polskiej normalności”? Wydaje mi się, że taka klasyfikacja, choć uprawniona pewnymi tropami, jako konkluzja całościowa jest zbyt daleko idąca. Zbyt ostre i jaskrawe środki artystyczne, stylistyczne, zbyt błazeńskie tony zastosowała autorka, zbyt wprowadziła swoją powieść w kontekst popkulturowy, by funkcje znaczeniowe tej powieści wpisywać w tradycje (czego autor expressis verbis nie czyni) fundamentalnych rozrachunków ze swoim czasem w rodzaju „Wesele” Wyspiańskiego czy „Ferdydurke” Gombrowicza. Aluzyjnych odniesień do podstawowego pakietu kompleksów polskich, w tym tych, które objawiły się w ostatnich latach w Polskiem życiu politycznym i społecznym jest oczywiście w powieści sporo, ale nadmiernie je akcentując wpisalibyśmy powieść Joanny Bator w krąg publicystyki satyrycznej, a to było by formą obniżenia jej rangi. Pamiętając o tych wszystkich kontekstach nie chciałem czytać tej powieści przez pryzmat programów publicystyczno-informacyjnych w telewizji i radiu. Wolę czytać tę świetną prozę jak literacką grę i jak baśń, od której ciarki chodzą po plecach.


Joanna Bator – „Ciemno, prawie noc”, Wyd. WAB, Warszawa 2012

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko