Marek Jastrząb – SKŁOSZ

0
53
Franciszek Maśluszczak

Marek Jastrząb              

SKŁOSZ


Franciszek MaśluszczakOdzyskał psychiczną równowagę, czyli zwariował do reszty. Lecz nie był to całkowicie łagodny finał: nie zawierał domieszek patosu. Przynosił mu raczej względne zobojętnienie. Dawne udręki stały się beznamiętną rejestracją odchodzących zdarzeń, wstrząsów, karamboli, które przestały go dotyczyć, którymi nie warto mu było się przejmować, walczyć z nimi. Względne, ponieważ niekiedy, jak w szkapie, która w drodze do rzeźni zdaje się wyczuwać bliską egzekucję i pragnąc ją odwlec – buntuje się i zbacza z wytyczonej nieuchronności, tak i w nim odradzały się sprzeciwy.

 

Oto niekiedy był niczym na batucie: skoczył po raz pierwszy i znalazł przedsmak czekającej go nirwany. Skoczył po raz drugi i ujrzał czekające na niego, niewyczerpane zasoby znoju, a te nastrojowe paroksyzmy, podzielone na równomierne sekwencje, wydawały się z niego drwić.


W koło Wojtek

Jeden z nas, notorycznych więźniów, zostaje profosem. Nie gratulujemy mu, ale ograniczamy swój dziękczynny występ do powściągliwych życzeń. Pragniemy dla niego połamania nóg i niechaj go pies trąca. Początkowo stara się ulżyć naszym tarapatom, z czasem jednak poprzestaje na zażenowanym współczuciu. Niegodziwy, radośnie kuma się z pozostałymi strażnikami, zabrania nam tego, do czego tęsknił, o co walczył. Na haju mówi, że trudno nam dogodzić, że nie jesteśmy mu wystarczająco wdzięczni.

Sonda

– Dzieńdoberek, jestem z Redakcji, więc może mi pan powie, co sądzi na temat tak teraz częstej przemocy, rozbojów, gwałtów i coraz większej agresji?

– Dziękuję za głos. Uważam, że to granda w biały dzień i musimy się przed tym bronić. Trzeba sobie powiedzieć jasno, uczciwie, a może nawet po męsku: albo mamy demokrację, albo niepotrzebnie walczyliśmy z komuną. Teraz byle wał pluje nam w oczy tym swoim jajogłowym rozumem, ale my na to nie pozwolimy! Kto to słyszał, żeby w środku Europy, wolny człowiek nie mógł sobie spokojnie napadać, na kogo chce?


List otwarty względem referendum

Ostatnio krążą dziwne i anarchistyczne plotki o tym, jakoby nasza Ziemia nie jest już ani trochę płaska, w co nikt z nas nie może uwierzyć. Niektórzy posuwają się do wyjątkowo wrednych twierdzeń: w bezczelny sposób dowodzą, że nie stoi na żadnych żółwiach. Jednak my wiemy swoje, wiemy, kto rozpowszechnia tego rodzaju pogłoski, skąd one wychodzą i kto za nimi stoi.

Według nas jest to stara woda na nowy młyn, więc żaden uczciwy obywatel nie da się nabrać na te bzdury. Już nieraz bywało, że różni tacy działający pod pozorem, w trosce i pod płaszczykiem, wciskali nam poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Dlatego, by nikt nam nie zarzucił, że blokuje się wolność wyrażania uczciwych poglądów, domagamy się rozpatrzenia naszej prośby względem rozpisania REFERENDUM w temacie legalnego kształtu Ziemi, więc niech się NARÓD jednoznacznie wypowie, czy chce żyć na płaskim, czy na kulistym!


Wspomnienie

– Mój Boże, jakie dałeś mi noce – krzyczałem pamiętając, że były niepowtarzalne. Niepowtarzalne były usypiania; zgrzyt metalowych podsuwaczy stukających w podświetloną ciemność, lampki skierowane w dół, jęki tych z boku stałych transfuzji i respiratora. Ciężki smród śluzówki, moczu i odleżyn mieszał się z wonią szafek po drugiej stronie sali, gdzie co zdrowsi chowali niedzielną zdobycz odwiedzin rodziny: pieczone kurczaki, przesłodzone kompoty i czyste kalesony.

Z rana miejsce to odzyskiwało realny wygląd i przepoczwarzało w jasną, dodającą otuchy bliskość uchylonych drzwi, za którymi znajdowała się dostawka, produkt ostrego dyżuru, nieruchome łóżko skrywające wybrzuszoną zawartość: mężczyznę z otwartymi oczami i nosem przyczepionym do tlenowej butli.

Nie mogłem zapomnieć o zwyczaju nocnego mierzenia temperatury, o chwilach porannego wytchnienia, które rozpoczynały się zapaleniem górnego światła, inaugurowały brzask widokiem wymiętoszonego posługacza, który, demonstracyjnie ziewając, pojawiał się, by objąć nad nami straż.

Przeszłość wypływała na powierzchnię: razem z cierpkim wytchnieniem podmywanych ciał, w trakcie budzenia się fizjologicznych potrzeb, wychodziło słońce; jeszcze nieśmiałe, ale już wczorajsze. Zaś w ślad za jego promieniem, razem z cienistym pomrukiem wiatru brzęczącego w liściach, w poszumach rzeki, podnosiły się z legowisk rozespane, zmierzwione zjawy w podkoszulkach i pokasłując, wędrowały do kibla. Przykrywały owłosione przeguby rąk, zarośnięte srebrem, gotyckie szczęki wystawione na fajansowe zimno umywalek.

Były cztery umywalki. Z ich rejonu słyszałem prychanie i opłukiwanie zmaltretowanych bród, a z golonych, mytych i masowanych twarzy, mydlinowymi wstęgami przybierającymi kształt oceanu spokoju, ciekła na podłogę burzliwa piana. Po generalnym wycieraniu terakoty, otwierano całościenne okno. Zakratowane, aby formalnościom stało się zadość, w pełnym dniu skwarnych śniadań, spełniało rolę wybiegu.

Kto żyw i kto nie żyw, ślęczał na kracie, wystawiając co Bóg dał i czego nie dał. Opalał się na wczasowicza, kulał ze śmiechu od słuchania rynsztokowych dowcipów, a wszystko to musiało się wydarzyć, zanim krępy dziubdziuś, zwany oddziałowym obwieścił, jak należy spędzić resztę dnia.


Łazęga

Wrócił na stare śmieci: z włóczęgi, z beztroskiego szwendania się po nieznanym świecie, wędrówce przez egzotyczne grajdoły. Był już sterany licznymi przygodami w stylu Indiany Jonesa. Zastał jednak nie to, co zostawił; ujrzał ludzi, których przedtem nie widział, zobaczył fircykowate twarze uśmiechnięte do sera.

 

Kiedyś zachwycał się wszystkim, co było duże, rozległe. Roztkliwiał się nad piramidami, Colosseum, katedrami, wszelkiej maści pomnikami potęgi Człowieka. Lecz teraz, kiedy pojazd, który nadjechał, nie pozwolił, by choć trochę zdążył docenić jego śliczną karoserię, by zdążył zapłakać nad skrzynią biegów, tylko bez uprzedzenia zmiażdżył mu nogę i jak przez obwodnicę przejechał po niej wszystkimi kołami, wehikuł ten raz na zawsze oduczył go ujawniania gniewu nie w porę i niekontrolowanego wypadania z domu Matyldy. Bo gdy wyprysł z jej domu, zezłoszczony, skończyła się idylla, a zaczęła historia z innej beczki: wprawdzie wypadł z jej mieszkania na parterze, lecz nie na pustą ulicę, tym razem prosto pod rozpędzoną furgonetkę, bezpośrednio na jej zdumioną maskę.

 

Teraz, nie było w tej chwili; teraz omdlał, a leżąc w niewygodnych skrętach obolałego ciała, czując, że nadchodzi przedwczesny moment na żegnanie się z poprzednimi majakami i nie ma co liczyć na nowy zapas sił, czy odświeżoną ochotę na życie, że przyszedł raptowny czas na witanie się z nieznanymi przerażeniami, z lękami, których już nie będzie miał szans przeżyć do końca i zracjonalizować po swojemu, czuł się coraz gorzej, gdy zaś ocknął się, panowała ciemność i na dodatek bolało go biodro.

 

Nie mógł wyjść z krzaków. Leżał w nich, jak przetrącony listek figowy i modlił się, by nikt więcej tędy nie przejeżdżał, by pozwolono mu choć trochę pospać; choć początkowo sądził, że bez większego trudu będzie mógł się wykaraskać z jego skutków, to coraz mocniej odczuwał uderzenie.

 

Pojął, że znowu czekają go długie miesiące szpitala i rekonwalescencji, pobyty na wysłużonych dostawkach, głupawe rozmowy ze szlafrokami wychodzącymi na peta. Zrozumiał, że ponownie grożą mu odgrzewane wersje nudnych tematów i powrócą rozwlekłe omawiania tego, co tam, panie, słychać na szerokim świecie, zacznie się przymulone komentowanie, wyjaśnianie, narzekanie, rewelacje o tym, co się ostatnio mówi, kto kogo gdzie na czym przyłapał, co na obchodzie, kiedy wypis, znowu zaczną się nieśmiertelne gadki o żonach, laskach i innych breweriach. Zdał sobie sprawę, że wkrótce spadną na niego odstręczające nastroje, krótkie żale zakończone smutkiem, zbędne chwile zastanawiania się nad swoim życiem. I ruszą lawiny poprzednich urazów i obaw, które, choć nastąpią, powolnie, majestatycznie, lecz nieuchronnie, to już niebawem nabiorą rozpędu.

 

I naraz ujrzał przed sobą wszystkie swoje lęki i zagrożenia, które nigdy dotąd nie były aż tak jednorodne, które przedtem były wieloznaczne, nie odzwierciedlały jednego przeżycia, jednego urazu, ale były sumą wszelkich utrat, kwintesencją tych, co już się wydarzyły i tych, co dopiero w nim nastąpią…


Opowiadanie pyszałka

Wyobrażam sobie, że napisałem opowiadanie i choć można się z tego uśmiać, zostało wydrukowane. Zakładam, iż ktoś je przeczyta. Zachęcony, biorę się za kolejne, tym razem świadomie, wierząc w potrzebę jego napisania. Lecz następne też jest do chrzanu. Zacząłem więc pisać trzecie. Też o niczym, ale z mile widzianą pointą. Pointa, razem z opowiadaniem, znalazła się w druku i otrzymałem, na początek, wiązankę słów z otuchami.

Wyobrażam sobie, że nabrałem ochoty do istnienia w modnym kolorze pop, a profesja wziętego nudziarza zaczęła mi pasować. Przejęty sodową rolą, wziąłem się do tworzenia większej kobyły. Ale powieść w wydaniu efekciarza ma swoje za uszami: atrakcyjny wątek, miłosną i koniecznie trzymającą za grdykę akcję, obleśną i dziarską, dużo wyczynowego seksu, nieco egzystencjalnych muld, pomarańczowych zachodów słońca na tle westchnień i niedostępnych gór, pogwarki z najstarszymi góralami, bosymi filozofami zmierzającymi do życiowej prawdy po szkle, kontenery frazesów i żwawych przyśpiewek, rozterkowy zawrót głowy, sława, chwilowo modne znajomości, grube i romantyczne listy ze stekiem anemicznych gratulacji, telefaksy od rozdzierających cudze szaty nad nie swoimi upadkami, jakieś monstrualnie skąpe honoraria, a wszystko nafaszerowane troską o człowieka, spreparowane tak, by wyciągnąć z pióra następny przekaz.

Zgodnie z przepisem na rewelację, wziąłem się za tworzenie fabularnego pieścidełka. Powiedziałem sobie, że jeśli taka liryczna fujara jak X, mógł zmajstrować “Przygody Ygreka w Z”, to tym bardziej ja, którym sporo chwil odślęczał przy czytaniu Jaspersa, Fromma i Blablaka, ja, który, nie chwalący, znam Cendrasa na wyrywki, a w małym palcu mam wszystkie nie napisane utwory Nabokova!

Obecnie, już po publikacji dzieła, które okazało się takie tam i było nieźle ambitną ramotą, jeszcze jedną książką, jakby powiedział Cortazar, uważam za minus powieści fakt, że w ogóle trzeba ją pisać. I dlatego wolę wyobrażać sobie, że napisałem opowiadanie, którego nikt nie przeczytał.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko